piątek, 30 sierpnia 2013

Chapter XIII

~Destiny~
23.06.2013 r. 

Kolejny poniedziałek dobiegał końca. Zmierzch zapadł już godzinę temu, a na uczelni rozbłysło sztuczne światło. Dzisiejszy dzień mogłam zaliczyć do szczególnie udanych, gdyż udało mi się zdać kolokwium na C+, co jak na moje umiejętności techniczne było całkiem niezłym wynikiem. Teraz rozkoszowałam się smakiem risotto z borówkami, które podawali w tutejszej stołówce. Nie wyglądało zachęcającą, ale smakowało znacznie lepiej. 
Przyglądałam się, jak moi znajomi żywo dyskutują o meczu Brooklyn Nets, na który wszyscy ochoczo zgodzili się iść, z okazji świętowania zdanych testów. Ja osobiście zrezygnowałam, gdyż jakoś średnio miałam ochotę na świętowanie. Owszem, byłam szczęśliwa, ale sądziłam, że lepiej to obleje w towarzystwie Sky i Demi, które już od rana bąkały coś o szampanie i pizzy pepperoni. Na co miałam dużo większą ochotę. Co nie zmieniało faktu, że byłam wielką fanką Nets'ów i gdy byłam młodsza wraz z tatą i bratem byliśmy prawie na każdym meczu. Mieliśmy nawet firmowe koszulki, a tata przyjaźnił się z trenerem. 
Skoro już tak rozmyślam o rodzinie, powinnam ich odwiedzić. Nie widzieliśmy się półtora miesiąca. Co prawda sama zdecydowałam się żyć na własną rękę, a mama już od dłuższego czasu narzekała, że nie jestem wcale rodzinna, ale tęskniłam. Zawsze się tęskni za kimś kto choćby przez chwilę był ci bardzo bliski. 
Jak Harry ? Nie. Harry nigdy nie był i nie będzie mi bliski. I oczywiście mówię tu o bliskości psychicznej. Fizycznie już dawno był zbyt blisko. 
- Słuchasz mnie w ogóle ? - Douglas przeciął ręką powietrze przed moją twarzą - Idziesz na pizzę ? Risotto ssie. 
Popatrzyłam na niego, nie bardzo wiedząc o czym tak właściwie mówi. Zauważyłam, że większa część grupy wpatruje się we mnie wyczekująco. 
- Tak, jasne - pokiwałam głową, na znak, że wszystko do mnie dotarło. Co było poniekąd kłamstwem. 
Wsadziłam swoją teczkę z rysunkami do torby, którą przerzuciłam przez ramię i ruszyłam ze znajomymi. Wszyscy śmiali się nawet z najgłupszych tekstów, najczęściej rzucanych przez Drake'a, który uwielbiałam rozbawiać ludzi. 
Drake był studentem czwartego roku medycyny. Był czarnoskóry, wyskoki i naprawdę dobrze zbudowany. Myślę, że lepiej od Pana Złego. W razie czego miał mnie kto bronić. 
Gdy przekroczyliśmy próg szkoły, przed moimi oczami stanął prawie opustoszały parking. Prawie, bo mniej więcej na środku stał czarny Range Rover, o którego oparty był jakiś mężczyzna. Od razu rozpoznałam w nim Harry'ego i aż mnie skręciło. 
Przez te niespełna dwa tygodnie myślałam, że się od niego całkowicie uwolniłam. Wysyłał mi czasami tylko jakieś sprośne esemesy, które kolejno ignorowałam. Widocznie nie da się go unikać bez końca. 
- Des, to my idziemy - rzuciła przelotnie Jane, wtulając się w swojego chłopaka Sam'a. 
Jane i Sam - para idealna. On obrzydliwie bogaty football'owiec, o niebieskich oczach i blond włosach. Ona córka właściciela hoteli, tak zwanej śmietanki Manhattanu, z długimi czarnymi włosami i zielonymi oczami, poruszająca się z gracją kota. 
- Jak to ? Przecież idę z wami - popatrzyłam na nich, wracając do rzeczywistości kolejny raz tego dnia. 
- Chyba ktoś jednak na ciebie czeka - Nancy wskazała na Harry'ego, do którego w tym momencie byłam odwrócona plecami. 
Cholera ! Ten palant wszystko musi zawsze zepsuć. Liczyłam na miło spędzony wieczór z przyjaciółmi, zamiast tego mam natrętnego Styles'a. Oczywiście mogłam próbować olać go i iść z resztą, ale miałoby to marne skutki. O ile go znam, pojechał by za nami i bezczelnie wytargał mnie z pizzerii, mówiąc przy okazji, że nie odpowiada mu towarzystwo, w którym się obracałam. 
- Um... dobra. To do zobaczenia - pomachałam im szybko i z miną skazańca ruszyłam w stronę Pana Złego. Stał oparty o maskę, z rękami założonymi na piersi. Standardowo miał na sobie czarne spodnie, do tego czerwoną koszulę w kratę. Lustrował mnie uważnie, przez co czułam się mniej swobodnie niż zazwyczaj. Wydawało mi się, że idę, jak kaczka, choć nawet nie miałam na sobie obcasów. Dołożyłam wszelkich starań, by wyglądać, jak najbardziej atrakcyjnie, choć no i tak nie liczyłam się z jego opinią. 
- Hej, słońce - wyciągnął rękę, by dotknąć mojego ramienia. 
Cofnęłam się szybko, stając krok dalej. Rozejrzałam się nerwowo, szukając ucieczki. Jak na złość nie widziałam żadnego sensownego wyjścia z tej sytuacji. Czułam się przytłoczona, zła i było mi naprawdę chłodno, bo moja bluza została w plecaku u Douglas'a. 
Harry zmarszczył czoło, wyraźnie niezadowolony z mojego uniku. W duchu gratulowałam sobie zepsucia mu humoru. 
- Czego tutaj chcesz ? - spytałam, rzucając mu wyzywające spojrzenie. 
- Zdałaś test, Des ? - Zupełnie zignorował moje pytanie. 
Teraz czułam się również przygnębiona. To nie było w porządku. Ja musiałam się go słuchać i być na każde jego zawołanie, gdy on po prostu ignorował mnie po całości. Był taki zaborczy. 
- Tak - powiedziałam i zaraz złączyłam usta w wąską kreskę. 
- Gratuluje - uśmiechnął się, ukazując dwa dołeczki - Teraz mam niespodziankę. 
 Obszedł samochód i otworzył drzwi od strony pasażera. Uniosłam jedną brew, patrząc się na niego pytająco. Nie miałam zamiaru wsiadać do tego samochodu, by Harry wywiózł mnie w zupełnie nieznane mi miejsce, jak obstawiałam. Podparłam ręce na biodrach i dalej stałam w miejscu. 
- Chodź tu, Des - rozkazał tonem niecierpiącym sprzeciwu. 
Skrzywiłam się, ale ruszyłam w jego stronę. Kogo ja próbowałam oszukać ? Nie miałam najmniejszych szans na jakąkolwiek ucieczkę. Byłam przegrana też w każdej szarpaninie z Harrym. Wołanie o pomoc też na niewiele by się zdało. To Nowy Jork. Ludzie, gdy słyszą kogoś w potrzebie, chowają się w swoich domach jeszcze głębiej, by nie zostać zaatakowanymi. 
Wsiadłam do samochodu, usadzając się wygodnie na czarnym, skórzanym fotelu. Auto było duże i przestronne, i chcąc nie chcąc byłam w nim już kilka razy. Harry dokończył rozmowę telefoniczną na zewnątrz i usiadł na miejscu kierowcy. Odpalił silnik, a z odtwarzacza, który przypięty był do jego iPhone'a ryknęła muzyka. Eminem ' You Don't Know'. Chwała ci za to, że nie słuchasz jakiejś satanistycznej muzyki, a w piwnicy nie masz skór kotów, które zjadłeś, pomyślałam. Eminem był w porządku, a w połączeniu z 50 cent'em to brzmiało naprawdę dobrze. 
Oparłam głowę o zagłówek. Już dawno zrezygnowałam z pomysłu zadawania Harry'emu pytań odnośnie naszego celu. Wiedziałam, że mi nie powie. Przez co byłam jeszcze bardziej zła. Jasna cholera. Czemu to właśnie ja ? To pytanie chyba nigdy nie przestanie mnie zadręczać. Manhattan roi się od seksownych kobiet, dających się rozebrać byle jakiemu chłopakowi. Skoro Pan Zły lubił tak rządzić, czemu nie obrał sobie za cel właśnie takiej. Mógłby na nią krzyczeć do woli. Ale nie. Musiało paść na mnie. Dziewiętnastoletnią studentkę, z zapadniętymi policzkami i wzrostem krasnala. Albo chcę mnie zabić, albo z nim jest faktycznie coś nie tak. 
Wyjrzałam przez szybę, ale nie ujrzałam absolutnie niczego nowego. W dalszym ciągu widziałam tylko banery i bilbordy na wieżowcach. Westchnęłam głośno, jak się okazało zwracając tym uwagę Harry'ego. 
- Wszystko okej ? 
- Nie ! Nic nie jest okej. Szkoda mi śliny na wytłumaczenia - spojrzałam na niego złowrogo. 
Widocznie nie zależało mu bardzo na moich wyjaśnieniach, bo uśmiechnął się pod nosem i już nie odezwał ani słowem, aż nie dojechaliśmy do naszego celu, którym okazał się być pusty już wieżowiec, bardziej na uboczu niż w centrum Manhattanu. 
Harry zgasił silnik i wyszedł z samochodu, czekając aż zrobię to samo. Zaśmiałam się gorzko. Powinnam sobie przygotować listę numerów alarmowych, bo to miejsce nie wygląda zbyt dobrze. Wepchnęłam dłonie w kieszenie spodni i podeszłam do niego. Wiał ostry wiatr, na moich rękach pojawiła się gęsia skórka. 
Chłopak pociągnął mnie za łokieć do tylnych drzwi budynku. Widziałam przez niewielką szybkę, jak w środku porusza się ochroniarz z latarką. Staliśmy w ślepej uliczce, w której nie było nic oprócz śmieci i dwóch kontenerów. 
- Masz lęk wysokości ? - zapytał, podchodząc bliżej kontenera. 
Nie musiałam się długo rozglądać, aż tuż przy budynku zauważyłam jedne z tych schodów, po których możesz dostać się na samą górę. 
Pokiwałam przeczącą głową, zgodnie z prawdą i podeszłam bliżej Styles'a. Ten momentalnie podsadził mnie tak, że teraz siedziałam na śmietniku. Sam podparł się na dłoniach i wskoczył na niego. Wiedziałam, że czeka nas wędrówka po schodkach. To było bardziej prawdopodobne niż spędzenie całego wieczoru na kontenerze. 
Im wyżej byliśmy tym było mi coraz zimniej. Musiałam trzymać zaciśnięte piąstki, by opanować drżenie rąk. Niestety, nie widziałam dobrego sposobu na opanowanie drżenia nóg. Byłam zmęczona po całym dniu wykładów i wspinaczka na szczyt wieżowca naprawdę nie była moim marzeniem. I jednak się przeliczyłam. Było tak wysoko, że jedynie dzięki ochronnej siatce, dalej kontynuowałam nasz 'spacer'. 
- Des ? - odwróciłam się na dźwięk swojego imienia. Wpatrywałam się w sylwetkę Harry'ego, który nagle znalazł się bardzo blisko - Chodź tu do mnie - powiedział i wziął mnie na ręce, przez co byłam zmuszona obwinąć swojego nogi wokół jego talii, a ręce złączyć na karku. 
Chłopak był przyjemnie ciepły i pachniał jakimiś drogimi perfumami. Mój brzuch oparty był o jego twardy tors, a głowę oparłam o ramię, wtulając się w jego szyje. Nigdy bym tego nie zrobiła, ale w tamtym momencie bardzo potrzebowałam cennego ciepła. A może potrzebowałam jego. Nie, bzdura. 
Ta wędrówka trwała jeszcze z siedem minut i uwierzcie, że było mi tak dobrze, że miałam ochotę zostać w jego objęciach. A przecież to 'palant, którego nienawidzę'. 
Otworzyłam oczy dopiero, gdy moje stopy dotknęły gruntu. Dopiero wtedy zauważyłam, że cały czas miałam je zamknięte. Rozejrzałam się i aż zaparło mi dech w piersiach. Cały Nowy Jork z tej wysokości wyglądał lepiej niż niesamowicie. Te światła, te biurowce. To chłodne powietrze, które nagle przestało tak bardzo przeszkadzać. Idealnie. 
- Harry, tu jest przepięknie - stwierdziłam, gdy Pan Zły stanął obok mnie. 
- Wiem - uśmiechnął się. 
Jednak wiedziałam, że nie wpatruje się w te widoki, jak ja. Jego wzrok utkwiony był we mnie. Po prostu to czułam. Czułam to tak, jak jego dużą dłoń na moim ramieniu, gdy przyciągnął mnie bliżej siebie. Chyba zauważył, że mimo wszystko wciąż drżę. Teraz może trochę bardziej z podniecenia. 
Nie rozumiałam tego co się działo. Gdy widziałam Harry'ego dwa tygodnie temu, przywali Liam'owi w twarz. Dzisiaj zabiera mnie na romantyczne podziwianie widoków, przytulając, by nie było mi zimno. Czy on jest bipolarny ? 
- Brakuje tylko dobrej muzyki - wyszeptałam. 
Chłopak nagle odsunął nie ode mnie i wyciągnął z przedniej kieszeni spodni iPhone'a, po którym kilka razy przejechał palcami i usłyszałam pierwsze dźwięki 'Use Somebody' Kings of Leon. Położył telefon na ziemi i złapał mnie w tali. Zarzuciłam mu ręce na szyje. Nie wiem czemu to robiłam, ale ta chwila była idealna. A może on był. Tańczyliśmy wolno, a na mojej twarzy pierwszy raz od kilku dni wykwitł uśmiech. I kto by pomyślał ? Denerwował mnie każdy, a rozluźnić mnie potrafił ten, którego nienawidziłam najbardziej. 
Podniosłam głowę, by spojrzeć mu w oczy i wtedy zobaczył kilka niewielkich siniaków wzdłuż linii jego szczęki. Skrzywiłam się lekko i delikatnie przejechałam dłonią na to miejsce. Dotykałam je opuszkami palców. 
- Kto ci to zrobił ? 
Nie odpowiedział, więc wspięłam się na palce i złożyłam kilka małych pocałunków na każdym siniaku i zadrapaniu. Po czym chciałam cofnąć głowę z powrotem, ale Harry mnie przytrzymał. I to był ten moment, w którym wiedziałam co się stanie. To zawsze się działo. 
- Nie mogę. Znamy się tylko trzy tygodnie - wykrztusiłam, zmuszając się do popatrzenia mu w oczy. 
Nie mogłam dopuścić do pocałunku. Miewałam chwilę, w których zatracałam się w Styles'ie i ta na pewno należała do nich, ale pocałunek wiązał się z czymś głębszym. I wiedziałam, że żeby to zrobić muszę kogoś naprawdę kochać. Nie zatracać się w nim. Nie wkurzać się na niego przez trzy czwarte życia. Po prostu kochać. I wiedzieć, że oddałabym dla tej osoby wszystko. (Pocałunki na imprezach się nie liczą). 
Harry nagle spoważniał, a jego rysy stały się, jakby ostrzejsze. Jego oczy stały się ciemno zielone, a szczęka była mocno zaciśnięta. Był zły. Nie musiał nic mówić. Porwał swojego iPhone'a z ziemi i wcisnął go z powrotem do kieszeni. 
- Czas wracać - warknął, całkowicie ignorując to, że zostawia mnie z poczuciem dziwnej pustki. 
- Nie rozumiesz ?! A może chciałabym chociaż jedną normalną randkę. Bez szarpania i dziwnych niespodzianek. Po prostu chcę posadzić dupę na kanapie i oglądać jakiś beznadziejny film ! - krzyknęłam. 
Myślałam, że to dobry moment, żeby mu to wytłumaczyć, ale po jego oczach, które zobaczyłam, gdy się odwrócił szybko zmieniłam zdanie. 
- Okej - Podszedł bliżej i odwrócił się tyłem, pokazując, żebym mu wskoczyła na plecy. 
Posłusznie wykonałam to polecenie, bo jak na jeden dzień to towarzyszyło mi za dużo emocji i bałam się, że mogłam paść z wrażenia. 
- Chcesz normalną randkę ? Proszę bardzo. 






















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz