~Skylar~
21.06.2013 r.
21.06.2013 r.
Stanęłam za ladą i oparłam się o nią. Ledwo trzymałam się na nogach. Przez ostatni czas męczyły mnie wyrzuty sumienia. Przeczucie, że mogłam wyjść wtedy z kuchni w innym momencie, było nie do zniesienia. Liam w ogóle się nie odzywał, a ja się mu nie dziwiłam. Mimo wszystko jednak miałam nadzieję, że szatyn w końcu do mnie zadzwoni, albo chociażby napisze. Z zamyślenia wyrwał mnie głos Jamesa, który od dłuższego czasu mi się przyglądał.
-Nie wyglądasz najlepiej.
-Mam trochę problemów osobistych - wyznałam szczerze, ponieważ James był jednym z moich dobrych przyjaciół.
-Jeżeli będziesz chciała to sama mi o tym powiesz - przypomniał o naszej żelaznej zasadzie, żeby pod żadnym względem na siebie nie naciskać.
-Za piętnaście minut mam przerwę - uśmiechnęłam się szeroko, gdy chłopak się domyślił, o co mi chodzi i zgodził się na moją niemą propozycję.
Zmierzyłam spojrzeniem mojego współpracownika. Był całkiem atrakcyjnym kolesiem. W ogóle muszę przyznać, że otaczali mnie zupełnie seksowni faceci. James nie odstawał od reszty. Mierzył ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu. Mogłam bez skrępowania stwierdzić, że miał prawie dwa metry wzrostu. Blond włosy opadały na czoło, ale nie układały się w niesforne kosmyki jak u mojego brata, Jace'a. U Jamesa każdy milimetr fryzury był zaplanowany. Niebieskie oczy skakały pospiesznie z klienta na klienta. Jego głos był głęboki i zmysłowy. Zauważyłam jak kilka kupujących świeciło do niego oczami i nie tylko. Przy jednej miałam wrażenie, że jej piersi wyskoczą zaraz z obciśniętej bluzeczki. Zaśmiałam się cicho. James był niesamowicie nieśmiały mimo tego, że mnóstwo dziewczyn się za nim uganiało. Blondyn był jednym z niewielu facetów, za którymi szalał niemal cały Brooklyn. Tym razem z zapatrzenia wyrwał mnie głos młodej dziewczyny, która najwidoczniej rozglądała się za jakimś towarem.
-Przepraszam - zagadała dość nieśmiało.
-Słucham cię - wyszłam zza lady i chwyciłam delikatnie łokieć dziewczyny. Wyglądała może na piętnaście lat.
-Na stronie internetowej widziałam taką dżinsową sukienkę w paseczki. Na ramionach miała małe brylanciki - opisała mi poszukiwany przedmiot.
Pokiwałam głową ze zrozumieniem i zaczęłam lawirować między wieszakami i półkami. W końcu doszłam do miejsca, które mnie interesowało i sięgnęłam po tą jedną, konkretną rzecz. Podałam ją dziewczynie, która uśmiechnęła się do mnie szeroko.
-Dziękuję, właśnie o tę sukienkę mi chodziło. Rzadko bywam w tym sklepie, a jest naprawdę ogromny. Dzięki za pomoc.
-Nie ma sprawy - już się miałam oddalać, gdy dziewczyna złapała mnie za nadgarstek.
-Mogłabyś poczekać i ocenić, jak w niej wyglądam? - poprosiła z takim wyrazem twarzy, że miałam wrażenie, iż zaraz się rozpłacze.
-Oczywiście, że mogę - zgodziłam się ochoczo, bo to była ulubiona część mojej pracy.
Oparłam się o kanapę, siadając na jej oparciu. Czekałam raptem pięć minut. Dziewczyna bardzo szybko się uwinęła i już po chwili stała przede mną cała rozpromieniona. Zaklaskałam energicznie w dłonie.
-Cudownie. Wyglądasz naprawdę ślicznie - powiedziałam szczerze.
Nie musiałam kłamać, bo brunetka miała wspaniałą figurę. Podejrzewałam, że nawet w worku na ziemniaki, wyglądałaby nieziemsko. Przeszłyśmy do kasy. Nabiłam wszystko na kasę i spakowałam zakup do reklamówki.
-Trzydzieści jeden dolarów do zapłaty - poinformowałam dość profesjonalnym tonem, jak na mnie.
Dziewczyna podała mi wyliczoną co do grosza gotówkę, podziękowała za pomoc i rytmicznym krokiem opuściła sklep. Nagle jakieś duże dłonie znalazły się na moich ramionach. James zaśmiał się, gdy pisnęłam cicho.
-To tylko ja, głuptasie.
-Teraz już wiem - odwróciłam się na pięcie i spojrzałam na dużo wyższego ode mnie chłopaka.
Zgodnie postanowiliśmy, że opuścimy sklep i udamy się na zewnątrz przez tylne wyjście, znajdujące się na zapleczu. Wyszliśmy z budynku i znaleźliśmy się w jednym z licznych ślepych zaułków Brooklynu. Znajdowały się tam tylko popsute głośniki, pochodzące z klubu naprzeciwko, kilka skrzynek i jakieś śmieci. Usiadłam na jednym z głośników. Moje nogi zwisały mi bezwiednie, a ja zaczęłam powolnie nimi kołysać.
-To powiesz mi, co się dzieje? - zaczął James, podpalając pierwszego papierosa.
-Mój młodszy brat wyprowadził się z domu, chłopak, na którym mi zależało nie odzywa się do mnie, a między mną, a Destiny jest ostatnio bardzo dziwnie - opowiedziałam, ale obydwoje doskonale wiedzieliśmy, że to ogromny skrót.
-Will wyprowadził się z domu? Dlaczego?
-Nasi rodzice są bardzo upierdliwi ostatnio. Trzy dni temu oglądałam spokojnie telewizję, gdy nagle usłyszałam dzwonek do drzwi. Otworzyłam je, a tam stał Will. W obszarpanych ubraniach, cały brudny, zaniedbany. Okazało się, że uciekł z domu kilka dni wcześniej i włóczył się po ulicach aż nie pobiła go grupka kolesi. Wtedy właśnie przyszedł do mnie - z moich oczu pociekły pojedyncze łzy. Kochałam mojego brata jak nikogo innego na świecie i nie przyjmowałam do siebie wiadomości, że mój kochany, młodszy braciszek spał na dworcu, czy w innym, równie absurdalnym miejscu. Nie musiałam długo czekać na uścisk Jamesa.
-A co z tym chłopakiem? - zagaił, nie zaprzestając głaskania mnie po głowie.
-Dostał w pysk od takiego jednego dupka za rozmowę z Des - poinformowałam, wtulając się w bok przyjaciela, który zapalał już kolejną fajkę.
-I dlatego też między tobą, a Des jest ostatnio dziwnie - James szybko łapał.
-Chciałabym to wszystko jakoś naprawić - pożaliłam się, licząc, że blondyn mi jakoś doradzi.
Chłopak nie zdążył nic jednak powiedzieć, bo drzwi od zaplecza otworzyły się z łoskotem i w progu sklepu stanęła Chloe. Szczerze za nią nie przepadałam i ona za mną również. Jej podobał się James. Ten jednak ją odtrącał, bo była zbyt nachalna. Mnie traktował tylko jak przyjaciółkę, ale dziewczyna myślała co innego. Wcale jej się nie dziwiłam, szczególnie wtedy, gdy stanęła w progu zaplecza i zobaczyła naszą dwójkę objętą. Ja chciałam odsunąć się od blondyna, ale ten przycisnął mnie mocniej do siebie. Nie wiedziałam, czemu nie chce dać Chloe choć jednej szansy. Dziewczyna była murzynką oraz posiadaczką wspaniałych, kruczoczarnych włosów. Była ode mnie sporo wyższa. Obstawiałam, że mierzyła mniej więcej metr siedemdziesiąt pięć. Chloe bardzo dbała o swój wygląd, bo codziennie miała starannie ułożone włosy, zadbane paznokcie oraz, przede wszystkim, nieziemską figurę. Lepszą od niej miała chyba tylko ta dziewczyna, która poprosiła mnie o pomoc w sklepie. Nie powiem, żebym sama była gruba i niezadbana, ale i tak miałam kilka kompleksów.
-Jakiś koleś do ciebie, George - poinformowała, odwróciła się na pięcie i wyszła, trzaskając mocno drzwiami.
-Czy ona właśnie powiedziała do mnie po nazwisku? - byłam zszokowana, bo nigdy wcześniej tego nie robiła. Chyba naprawdę się na mnie zdenerwowała o scenę z Jamesem.
Blondyn wzruszył ramionami i wypuścił mnie ze swoich objęć. Ja w tym czasie zastanawiałam się, kto mógł do mnie przyjść. Nikogo się nie spodziewałam. Z góry obstawiłam jednak, że odwiedził mnie Will, bo nikt inny nie mógł to być. James otworzył drzwi i puścił mnie przodem. Zaplecze przemierzyłam szybkim krokiem, zwalniając jednak u samego progu. Zahamowałam tak gwałtowanie, że moje plecy zderzyły się z twardą klatką piersiową Jamesa. Chłopak sapnął głośno, zaskoczony.
-Uhh, co jest? - zapytał, nachylając się, żeby sięgnąć do mojego ucha.
-To ten chłopak, o którym ci wspominałam - pokazałam dyskretnie palcem na Liama, który rozglądał się po sklepie.
-Mam mu przywalić, że przez niego płakałaś? - zaproponował, a ja szybko sięgnęłam do tyłu, żeby sięgnąć po jego dłonie. Musiałam się upewnić, że są tam, gdzie powinny być i, że James nie uderzy szatyna.
-Jest okej - zapewniłam, potrząsając jego dłońmi.
Chwilę później stałam już przy sklepowej ladzie i patrzyłam na Liama. Wyglądał mizerniej niż kiedykolwiek wcześniej w swoim życiu. Pod oczami widoczne były sine cienie, co było dowodem tego, że chłopak ostatnio nie sypiał zbyt wiele. Szatyn zacisnął usta w wąską kreskę. Był poddenerwowany. Co chwile przeczesywał palcami i tak potargane już włosy. Nie zauważyłam na jego policzku żadnego sińca, który mógłby być pamiątką po ciosie Harry'ego, ale dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z tego, że nie widziałam szatyna dwa tygodnie, więc wszelkie oznaki "bójki" miały czas na zniknięcie. Mimo wszystko, chłopak i tak wyglądał strasznie. Najbardziej przeraziły mnie jego policzki i nie chodziło bynajmniej o to, że znów były pokryte zarostem. Najgorsze w tym wszystkim było to, że to była część jego wspaniałego ciała, która okropnie się zapadła. W jednej chwili poczułam, że bardzo chcę go objąć, ale wiedziałam, że byłoby to totalnie głupie z mojej strony.
-Hej. Co tutaj robisz? - zapytałam, co też było głupie.
-Przyszedłem zobaczyć, jak pracujesz - powiedział Liam i uśmiechnął się, ale wcale nie był to wesoły uśmiech. Chłopak syknął, a ja wiedziałam dlaczego. Coś go bolało. Musiałam się tylko dowiedzieć co i dlaczego.
-Słuchaj Liam...
-Nic nie mów. Nieważne. Spotkamy się dzisiaj? - tym razem na twarzy szatyna malowała się nadzieja. Nie miałam powodu, żeby mu odmawiać.
-Za dwie godziny kończę pracę, więc możemy się gdzieś spotkać i pogadać - zgodziłam się.
Liam nic nie odpowiedział, tylko wsadził ręce do kieszeni i opuścił sklep.
-Dziwny typek - usłyszałam za sobą głos Jamesa, który po chwili podszedł do jakiejś kobiety z córką. Najwidoczniej czegoś szukały.
*
Dobrze było wyjść z pracy. Zmierzch zapadł już jakiś czas temu, ale ja nie czułam się ani trochę niekomfortowo. Lubiłam wieczorne schadzki po ulicach Nowego Jorku. Wyciągnęłam iPhone'a, żeby wystukać smsa do Demi. Wolałam poinformować, że wrócę później niż tego oczekiwały mojego przyjaciółki, że nie martwiły się o mnie.

Ledwo zdążyłam odłożyć telefon, gdy zdałam sobie sprawę z tego, że tak naprawdę nie umówiłam się z Liamem w żadnym konkretnym miejscu. Miałam ochotę palnąć się w głowę za tę gafę. Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk opon, które zapiszczały na ulicy. Chwilę później czarny Jeep przystanął przy chodniku, tuż koło mnie. Okno ze strony pasażera uchyliło się.
-Wsiadasz? - ulżyło mi, gdy usłyszałam głos Liama, a nie kogoś zupełnie obcego.
Bez wahania przystałam na propozycję szatyna i w pośpiechu okrążyłam auto, żeby wsiąść na siedzenie pasażera. Samochód delikatnie szarpnął, gdy chłopak ruszył. Zastanawiałam się, gdzie jedziemy. Nie odzywałam się całą drogę tylko dlatego, że pierwszy raz, od kiedy znałam Liama, nie miałam pojęcia, co mam mówić w jego towarzystwie. Nie wiem sama na co liczyłam, ale nie wylądowaliśmy w żadnym barze, restauracji, czy nawet Starbucksie. Naszym celem okazał się parking nieopodal mojego własnego mieszkania. Gdzieś głęboko w podświadomości byłam zawiedziona.
-Dlaczego chciałeś się spotkać? - zagaiłam, gdy szatyn wyłączył silnik i dalej milczał.
Liczyłam na jakąś reakcję, ale Liam zacisnął tylko oczy i pięści i uderzył ze złością w kierownicę. Nie poznawałam go. Momentalnie zaczął przypominać samego Pana Złego. Odsunęłam się od niego, wciskając się w drzwi od strony pasażera. W jednej chwili zachciało mi się płakać, ale stłumiłam w sobie to uczucie. Nie chciałam zrobić z siebie beksy.
-A jak myślisz?! Za każdym razem, gdy do ciebie dzwoniłem, słyszałem pierdoloną sekretarkę!
-To nie jest powód, żeby na mnie wrzeszczeć - powiedziałam cicho, ponieważ bałam się, że w innym przypadku mój głos się załamie.
-Potrzebowałem cię! Od prawie dwóch tygodni Niall nie patrzy na mnie, tak jak wcześniej, bo traktuje mnie jak kalekę, a Harry? Tym razem to on dostał w pysk ode mnie - chłopak pokazał mi swoje kostki, które były bardzo poranione.
-Uderzyłeś Harry'ego ? - zapytałam z niekrytym obrzydzeniem. Nie chciałabym, żeby chłopak, za którym szaleję był brutalem pokroju samego Pana Złego.
-Harry'ego, Nialla i parę innych osób - potwierdził, wzruszając ramionami.
-Liam, ja przepraszam... - sama nie wiedziałam, co powiedzieć. Skoro chłopak przeszedł taką metamorfozę to musiało mu być okropnie ciężko.
-Ja po prostu cię potrzebowałem - powiedział po raz kolejny i jego głos się załamał. Oparł głowę o ręce, które to z kolei oparł o kierownicę.
-Myślałam, że mnie nienawidzisz. Nie pomogłam ci wtedy, nie powstrzymałam Harry'ego - nadal nie mogłam przestać się obwiniać.
-Jak mógłbym cię nienawidzić? Dopiero, gdy poznaliśmy waszą trójkę, gdy ja poznałem ciebie, zacząłem żyć. Wcześniej wszystko było takie samo, monotonne - szatyn nadal na mnie nie patrzył, a mi się to nie podobało.
-Powiedz mi, jak mam ci to wynagrodzić. Liam, zrobię wszystko. Jesteś moim kumplem - powiedziałam i wyciągnęłam ręce, żeby dosięgnąć jego własnych. Spojrzałam na zmasakrowane dłonie chłopaka i łzy napłynęły do moich oczu. Co go do tego skłoniło?
-Nie wyglądasz najlepiej.
-Mam trochę problemów osobistych - wyznałam szczerze, ponieważ James był jednym z moich dobrych przyjaciół.
-Jeżeli będziesz chciała to sama mi o tym powiesz - przypomniał o naszej żelaznej zasadzie, żeby pod żadnym względem na siebie nie naciskać.
-Za piętnaście minut mam przerwę - uśmiechnęłam się szeroko, gdy chłopak się domyślił, o co mi chodzi i zgodził się na moją niemą propozycję.
Zmierzyłam spojrzeniem mojego współpracownika. Był całkiem atrakcyjnym kolesiem. W ogóle muszę przyznać, że otaczali mnie zupełnie seksowni faceci. James nie odstawał od reszty. Mierzył ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu. Mogłam bez skrępowania stwierdzić, że miał prawie dwa metry wzrostu. Blond włosy opadały na czoło, ale nie układały się w niesforne kosmyki jak u mojego brata, Jace'a. U Jamesa każdy milimetr fryzury był zaplanowany. Niebieskie oczy skakały pospiesznie z klienta na klienta. Jego głos był głęboki i zmysłowy. Zauważyłam jak kilka kupujących świeciło do niego oczami i nie tylko. Przy jednej miałam wrażenie, że jej piersi wyskoczą zaraz z obciśniętej bluzeczki. Zaśmiałam się cicho. James był niesamowicie nieśmiały mimo tego, że mnóstwo dziewczyn się za nim uganiało. Blondyn był jednym z niewielu facetów, za którymi szalał niemal cały Brooklyn. Tym razem z zapatrzenia wyrwał mnie głos młodej dziewczyny, która najwidoczniej rozglądała się za jakimś towarem.
-Przepraszam - zagadała dość nieśmiało.
-Słucham cię - wyszłam zza lady i chwyciłam delikatnie łokieć dziewczyny. Wyglądała może na piętnaście lat.
-Na stronie internetowej widziałam taką dżinsową sukienkę w paseczki. Na ramionach miała małe brylanciki - opisała mi poszukiwany przedmiot.
Pokiwałam głową ze zrozumieniem i zaczęłam lawirować między wieszakami i półkami. W końcu doszłam do miejsca, które mnie interesowało i sięgnęłam po tą jedną, konkretną rzecz. Podałam ją dziewczynie, która uśmiechnęła się do mnie szeroko.
-Dziękuję, właśnie o tę sukienkę mi chodziło. Rzadko bywam w tym sklepie, a jest naprawdę ogromny. Dzięki za pomoc.
-Nie ma sprawy - już się miałam oddalać, gdy dziewczyna złapała mnie za nadgarstek.
-Mogłabyś poczekać i ocenić, jak w niej wyglądam? - poprosiła z takim wyrazem twarzy, że miałam wrażenie, iż zaraz się rozpłacze.
-Oczywiście, że mogę - zgodziłam się ochoczo, bo to była ulubiona część mojej pracy.
Oparłam się o kanapę, siadając na jej oparciu. Czekałam raptem pięć minut. Dziewczyna bardzo szybko się uwinęła i już po chwili stała przede mną cała rozpromieniona. Zaklaskałam energicznie w dłonie.
-Cudownie. Wyglądasz naprawdę ślicznie - powiedziałam szczerze.
Nie musiałam kłamać, bo brunetka miała wspaniałą figurę. Podejrzewałam, że nawet w worku na ziemniaki, wyglądałaby nieziemsko. Przeszłyśmy do kasy. Nabiłam wszystko na kasę i spakowałam zakup do reklamówki.
-Trzydzieści jeden dolarów do zapłaty - poinformowałam dość profesjonalnym tonem, jak na mnie.
Dziewczyna podała mi wyliczoną co do grosza gotówkę, podziękowała za pomoc i rytmicznym krokiem opuściła sklep. Nagle jakieś duże dłonie znalazły się na moich ramionach. James zaśmiał się, gdy pisnęłam cicho.
-To tylko ja, głuptasie.
-Teraz już wiem - odwróciłam się na pięcie i spojrzałam na dużo wyższego ode mnie chłopaka.
Zgodnie postanowiliśmy, że opuścimy sklep i udamy się na zewnątrz przez tylne wyjście, znajdujące się na zapleczu. Wyszliśmy z budynku i znaleźliśmy się w jednym z licznych ślepych zaułków Brooklynu. Znajdowały się tam tylko popsute głośniki, pochodzące z klubu naprzeciwko, kilka skrzynek i jakieś śmieci. Usiadłam na jednym z głośników. Moje nogi zwisały mi bezwiednie, a ja zaczęłam powolnie nimi kołysać.
-To powiesz mi, co się dzieje? - zaczął James, podpalając pierwszego papierosa.
-Mój młodszy brat wyprowadził się z domu, chłopak, na którym mi zależało nie odzywa się do mnie, a między mną, a Destiny jest ostatnio bardzo dziwnie - opowiedziałam, ale obydwoje doskonale wiedzieliśmy, że to ogromny skrót.
-Will wyprowadził się z domu? Dlaczego?
-Nasi rodzice są bardzo upierdliwi ostatnio. Trzy dni temu oglądałam spokojnie telewizję, gdy nagle usłyszałam dzwonek do drzwi. Otworzyłam je, a tam stał Will. W obszarpanych ubraniach, cały brudny, zaniedbany. Okazało się, że uciekł z domu kilka dni wcześniej i włóczył się po ulicach aż nie pobiła go grupka kolesi. Wtedy właśnie przyszedł do mnie - z moich oczu pociekły pojedyncze łzy. Kochałam mojego brata jak nikogo innego na świecie i nie przyjmowałam do siebie wiadomości, że mój kochany, młodszy braciszek spał na dworcu, czy w innym, równie absurdalnym miejscu. Nie musiałam długo czekać na uścisk Jamesa.
-A co z tym chłopakiem? - zagaił, nie zaprzestając głaskania mnie po głowie.
-Dostał w pysk od takiego jednego dupka za rozmowę z Des - poinformowałam, wtulając się w bok przyjaciela, który zapalał już kolejną fajkę.
-I dlatego też między tobą, a Des jest ostatnio dziwnie - James szybko łapał.
-Chciałabym to wszystko jakoś naprawić - pożaliłam się, licząc, że blondyn mi jakoś doradzi.
Chłopak nie zdążył nic jednak powiedzieć, bo drzwi od zaplecza otworzyły się z łoskotem i w progu sklepu stanęła Chloe. Szczerze za nią nie przepadałam i ona za mną również. Jej podobał się James. Ten jednak ją odtrącał, bo była zbyt nachalna. Mnie traktował tylko jak przyjaciółkę, ale dziewczyna myślała co innego. Wcale jej się nie dziwiłam, szczególnie wtedy, gdy stanęła w progu zaplecza i zobaczyła naszą dwójkę objętą. Ja chciałam odsunąć się od blondyna, ale ten przycisnął mnie mocniej do siebie. Nie wiedziałam, czemu nie chce dać Chloe choć jednej szansy. Dziewczyna była murzynką oraz posiadaczką wspaniałych, kruczoczarnych włosów. Była ode mnie sporo wyższa. Obstawiałam, że mierzyła mniej więcej metr siedemdziesiąt pięć. Chloe bardzo dbała o swój wygląd, bo codziennie miała starannie ułożone włosy, zadbane paznokcie oraz, przede wszystkim, nieziemską figurę. Lepszą od niej miała chyba tylko ta dziewczyna, która poprosiła mnie o pomoc w sklepie. Nie powiem, żebym sama była gruba i niezadbana, ale i tak miałam kilka kompleksów.
-Jakiś koleś do ciebie, George - poinformowała, odwróciła się na pięcie i wyszła, trzaskając mocno drzwiami.
-Czy ona właśnie powiedziała do mnie po nazwisku? - byłam zszokowana, bo nigdy wcześniej tego nie robiła. Chyba naprawdę się na mnie zdenerwowała o scenę z Jamesem.
Blondyn wzruszył ramionami i wypuścił mnie ze swoich objęć. Ja w tym czasie zastanawiałam się, kto mógł do mnie przyjść. Nikogo się nie spodziewałam. Z góry obstawiłam jednak, że odwiedził mnie Will, bo nikt inny nie mógł to być. James otworzył drzwi i puścił mnie przodem. Zaplecze przemierzyłam szybkim krokiem, zwalniając jednak u samego progu. Zahamowałam tak gwałtowanie, że moje plecy zderzyły się z twardą klatką piersiową Jamesa. Chłopak sapnął głośno, zaskoczony.
-Uhh, co jest? - zapytał, nachylając się, żeby sięgnąć do mojego ucha.
-To ten chłopak, o którym ci wspominałam - pokazałam dyskretnie palcem na Liama, który rozglądał się po sklepie.
-Mam mu przywalić, że przez niego płakałaś? - zaproponował, a ja szybko sięgnęłam do tyłu, żeby sięgnąć po jego dłonie. Musiałam się upewnić, że są tam, gdzie powinny być i, że James nie uderzy szatyna.
-Jest okej - zapewniłam, potrząsając jego dłońmi.
Chwilę później stałam już przy sklepowej ladzie i patrzyłam na Liama. Wyglądał mizerniej niż kiedykolwiek wcześniej w swoim życiu. Pod oczami widoczne były sine cienie, co było dowodem tego, że chłopak ostatnio nie sypiał zbyt wiele. Szatyn zacisnął usta w wąską kreskę. Był poddenerwowany. Co chwile przeczesywał palcami i tak potargane już włosy. Nie zauważyłam na jego policzku żadnego sińca, który mógłby być pamiątką po ciosie Harry'ego, ale dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z tego, że nie widziałam szatyna dwa tygodnie, więc wszelkie oznaki "bójki" miały czas na zniknięcie. Mimo wszystko, chłopak i tak wyglądał strasznie. Najbardziej przeraziły mnie jego policzki i nie chodziło bynajmniej o to, że znów były pokryte zarostem. Najgorsze w tym wszystkim było to, że to była część jego wspaniałego ciała, która okropnie się zapadła. W jednej chwili poczułam, że bardzo chcę go objąć, ale wiedziałam, że byłoby to totalnie głupie z mojej strony.
-Hej. Co tutaj robisz? - zapytałam, co też było głupie.
-Przyszedłem zobaczyć, jak pracujesz - powiedział Liam i uśmiechnął się, ale wcale nie był to wesoły uśmiech. Chłopak syknął, a ja wiedziałam dlaczego. Coś go bolało. Musiałam się tylko dowiedzieć co i dlaczego.
-Słuchaj Liam...
-Nic nie mów. Nieważne. Spotkamy się dzisiaj? - tym razem na twarzy szatyna malowała się nadzieja. Nie miałam powodu, żeby mu odmawiać.
-Za dwie godziny kończę pracę, więc możemy się gdzieś spotkać i pogadać - zgodziłam się.
Liam nic nie odpowiedział, tylko wsadził ręce do kieszeni i opuścił sklep.
-Dziwny typek - usłyszałam za sobą głos Jamesa, który po chwili podszedł do jakiejś kobiety z córką. Najwidoczniej czegoś szukały.
*
Dobrze było wyjść z pracy. Zmierzch zapadł już jakiś czas temu, ale ja nie czułam się ani trochę niekomfortowo. Lubiłam wieczorne schadzki po ulicach Nowego Jorku. Wyciągnęłam iPhone'a, żeby wystukać smsa do Demi. Wolałam poinformować, że wrócę później niż tego oczekiwały mojego przyjaciółki, że nie martwiły się o mnie.
Ledwo zdążyłam odłożyć telefon, gdy zdałam sobie sprawę z tego, że tak naprawdę nie umówiłam się z Liamem w żadnym konkretnym miejscu. Miałam ochotę palnąć się w głowę za tę gafę. Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk opon, które zapiszczały na ulicy. Chwilę później czarny Jeep przystanął przy chodniku, tuż koło mnie. Okno ze strony pasażera uchyliło się.
-Wsiadasz? - ulżyło mi, gdy usłyszałam głos Liama, a nie kogoś zupełnie obcego.
Bez wahania przystałam na propozycję szatyna i w pośpiechu okrążyłam auto, żeby wsiąść na siedzenie pasażera. Samochód delikatnie szarpnął, gdy chłopak ruszył. Zastanawiałam się, gdzie jedziemy. Nie odzywałam się całą drogę tylko dlatego, że pierwszy raz, od kiedy znałam Liama, nie miałam pojęcia, co mam mówić w jego towarzystwie. Nie wiem sama na co liczyłam, ale nie wylądowaliśmy w żadnym barze, restauracji, czy nawet Starbucksie. Naszym celem okazał się parking nieopodal mojego własnego mieszkania. Gdzieś głęboko w podświadomości byłam zawiedziona.
-Dlaczego chciałeś się spotkać? - zagaiłam, gdy szatyn wyłączył silnik i dalej milczał.
Liczyłam na jakąś reakcję, ale Liam zacisnął tylko oczy i pięści i uderzył ze złością w kierownicę. Nie poznawałam go. Momentalnie zaczął przypominać samego Pana Złego. Odsunęłam się od niego, wciskając się w drzwi od strony pasażera. W jednej chwili zachciało mi się płakać, ale stłumiłam w sobie to uczucie. Nie chciałam zrobić z siebie beksy.
-A jak myślisz?! Za każdym razem, gdy do ciebie dzwoniłem, słyszałem pierdoloną sekretarkę!
-To nie jest powód, żeby na mnie wrzeszczeć - powiedziałam cicho, ponieważ bałam się, że w innym przypadku mój głos się załamie.
-Potrzebowałem cię! Od prawie dwóch tygodni Niall nie patrzy na mnie, tak jak wcześniej, bo traktuje mnie jak kalekę, a Harry? Tym razem to on dostał w pysk ode mnie - chłopak pokazał mi swoje kostki, które były bardzo poranione.
-Uderzyłeś Harry'ego ? - zapytałam z niekrytym obrzydzeniem. Nie chciałabym, żeby chłopak, za którym szaleję był brutalem pokroju samego Pana Złego.
-Harry'ego, Nialla i parę innych osób - potwierdził, wzruszając ramionami.
-Liam, ja przepraszam... - sama nie wiedziałam, co powiedzieć. Skoro chłopak przeszedł taką metamorfozę to musiało mu być okropnie ciężko.
-Ja po prostu cię potrzebowałem - powiedział po raz kolejny i jego głos się załamał. Oparł głowę o ręce, które to z kolei oparł o kierownicę.
-Myślałam, że mnie nienawidzisz. Nie pomogłam ci wtedy, nie powstrzymałam Harry'ego - nadal nie mogłam przestać się obwiniać.
-Jak mógłbym cię nienawidzić? Dopiero, gdy poznaliśmy waszą trójkę, gdy ja poznałem ciebie, zacząłem żyć. Wcześniej wszystko było takie samo, monotonne - szatyn nadal na mnie nie patrzył, a mi się to nie podobało.
-Powiedz mi, jak mam ci to wynagrodzić. Liam, zrobię wszystko. Jesteś moim kumplem - powiedziałam i wyciągnęłam ręce, żeby dosięgnąć jego własnych. Spojrzałam na zmasakrowane dłonie chłopaka i łzy napłynęły do moich oczu. Co go do tego skłoniło?
-Tak sobie pomyślałem... Niedługo rodzice Nialla organizują bal. Wybrałabyś się ze mną? - musieliśmy dobrnąć do tego momentu rozmowy, żeby szatyn na mnie spojrzał.
Pokiwałam głową i z radością się zgodziłam. Jeśli to był jedyny warunek, żeby zażegnać nasz spór to byłam skłonna się na niego zgodzić. Nigdy nie byłam jeszcze na takim balu, ale podejrzewałam, że dziewczyny mi pomogą i jakoś wspólnymi siłami mnie ubierzemy i wyszykujemy. Liam odpalił samochód, bo postanowił, że mnie podwiezie pod samo mieszkanie. Ja nie miałam nic przeciwko, bo wreszcie cisza między nami znów nam nie ciążyła, a była jedynie przyjemna.
Pokiwałam głową i z radością się zgodziłam. Jeśli to był jedyny warunek, żeby zażegnać nasz spór to byłam skłonna się na niego zgodzić. Nigdy nie byłam jeszcze na takim balu, ale podejrzewałam, że dziewczyny mi pomogą i jakoś wspólnymi siłami mnie ubierzemy i wyszykujemy. Liam odpalił samochód, bo postanowił, że mnie podwiezie pod samo mieszkanie. Ja nie miałam nic przeciwko, bo wreszcie cisza między nami znów nam nie ciążyła, a była jedynie przyjemna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz