niedziela, 23 lutego 2014

Chapter XXV

~Destiny~
15.08.2013 r. 

Chodziłam między półkami w bibliotece należącej do Columbia University. Właściwie nie miałam zamiaru tutaj wchodzić, ale zjawiłam się w umówionym z Andrew miejscu trochę za wcześnie. To dziwne, że po prawie miesiącu przerwy Drew przypomniał sobie o mnie i zdecydował się zaprosić mnie nad jezioro. Wspominał coś jeszcze o dwójce jego znajomych. Nie miałam nic przeciwko wyjazdowi z innym gronem, niż to moich bliskich przyjaciół. Tym bardziej, że minęło już półtora miesiąca wakacji, a ja nie robiłam jeszcze nic tak naprawdę z nimi związanego. Przerzuciłam ciężkie włosy na jedno ramię i z zaciekawieniem zaczęłam przyglądać się starym kronikom. Sam fakt, że niektóre miały prawie sto lat sprawiał, że były fascynujące. Przejechałam palcami po okładce z cielęcej skóry z wyrytymi w niej złotymi literami. Napis był łaciński, więc mimo usilnych starań nie udało mi się odgadnąć co zawierała ta książka. Odwróciłam się do przeciwnej półki szukając czegoś bardziej zrozumiałego, ale akurat w tym momencie mój wzrok przykuł karton, z którego wystawały wycinki gazet. Ktoś musiał położyć go tutaj przez przypadek, bo w ogóle nie pasował do kronik i dzienników starannie poukładanych na półkach. Mogłam powiedzieć o niedociągnięciu komuś z personelu, ale ciekawość wzięła górę i podeszłam do pudełka. Jeden rzut oka pozwolił mi stwierdzić, że dokładnie znam twarz z wycinka jakiejś czarno-białej gazety. Rozejrzałam się, ale ku mojej uciesze byłam w alejce całkowicie sama. Ujęłam świstek w dwa palce i dokładnie przyjrzałam się zdjęciu. Umęczone oczy Harry'ego zerkały na mnie z fotografii, gdy funkcjonariusz zakuwał go w kajdanki. Moje wnętrzności przewróciły się do góry nogami. Oparłam się o drabinę, postawioną by móc sięgać do górnych półek. Data na artykule mówiła, że był '21.07.2007 r.'. Wielka czcionka na samej górze ziała 'Strzelanina w Chelsea. Harry S. trawi do poprawczaka'. Chwyciłam pudełko i z większym zaangażowaniem zaczęłam przeglądać resztę artykułów. I, gdy już myślałam, że nic dzisiejszego dnia nie przyprawi mnie o nudności, zauważyłam skrawek płonącego budynku i trzy pierwsze litery imienia Harry'ego. Sięgnęłam po niego, ale w tym samym momencie mój telefon rozdarł, do tej pory niczym nie zmąconą, cisze.
- Słucham ? - przyłożyłam go do ucha, w tym samym czasie jakaś starsza pani wyjrzała zza rogu. 
- Jesteśmy pod Columbia University. Kiedy dotrzesz ? - Wesoły głos Andrew sprawił, że przez moment zapomniałam o artykułach. 
- Minuta - szepnęłam, gdyż wcześniej wspomniana staruszka niebezpiecznie szybko zaczęła kierować się w moją stronę. 
Wepchnęłam obydwa świstki do tylnej kieszeni i zaczęłam prawie biec w przeciwną stronę, udając, że wcale mnie tam nie był. Gdy wyszłam na zalany słońcem chodnik, a moja twarz owiał przyjemny, lekki wiatr trochę mi ulżyło. Postarałam się przybrać wesoły wyraz twarzy, ale byłam pewna, że będę musiała poważnie porozmawiać z Harrym. Rozejrzałam się i z uznaniem stwierdziłam, że Drew stoi kilka metrów dalej, opierając się o samochód. Miał na sobie krótkie, jeansowe spodenki i biały t-shirt. Jego włosy były lekko zmierzwione, tak jak je zapamiętałam. Poprawiłam na sobie bluzkę i skierowałam się w stronę samochodu. 
- Hej - przywitałam się, machając mu ręką. 
Zrobił to samo, po czym otworzył mi tylne drzwi samochodu. Chyba zależało mu na czasie. W fotelu obok mnie siedziała niska blondynka, o tak błękitnych oczach, że wydawały się być przezroczyste. Uśmiechnęła się do mnie i powiedziała : 
- Jestem Candace, a to jest Mike. - wskazała na siedzącego na przednim siedzeniu, czarnoskórego chłopaka w niebieskiej koszuli, z krótkim rękawem. 
- Ja jestem Des. - przedstawiłam się, podając im dłonie. 
Wyglądali na całkiem miłych ludzi. Niestety, nie było nam dane dłużej pogadać bo do auta wpakował się Drew, po wcześniejszym sprawdzeniu zawartości bagażnika.
- Gdzie tak właściwie jedziemy ? - spytałam, gdy chłopak przekręcił kluczyk w stacyjce, a terenowy chevrolet cicho ruszył z miejsca.
- Nad Lake Placid. To co prawda kawał drogi od Manhattanu, ale będzie warto. - uśmiechnął się, patrząc się na mnie we wstecznym lusterku.
Pokiwałam ze zrozumieniem głową i wpatrzyłam się w widoki zza oknem. Nie często miałam okazje podziwiania ich z samochodu. Zazwyczaj jeździłam metrem, w którym nie można było liczyć na widoki, chyba, że kogoś kręci ziemia i ciemności. Chodząc pieszo też nie widziało się tych wszystkich wspaniałych wieżowców. Najczęściej tylko plecy ludzi idących przed tobą. Oparłam głowę o szybę, a moje powieki zrobiły się nagle jakby cięższe. Jednak zamknięcie ich powodowało natychmiastowy ból głowy, gdyż widziałam tylko zatroskaną twarz Harry'ego. Nie wierzyłam, że chłopak nie powiedział mi o tym, że spędził jakąś część swojego życia w poprawczaku. Do tego wszystkiego jeszcze pożar, o którym nie miałam na razie ochoty czytać. Z każdym momentem wydawało mi się, że nie chodzą na randki z niegrzecznym chłopcem, tylko z patologicznym mężczyzną. A najgorsze było to, że wcale się go nie bałam. Przygryzłam wargę, zauważając zaniepokojone spojrzenie Drew.
- Jesteś może śpiąca ? - spytał - To wszystko trochę potrwa, więc możesz się przespać. Z tyłu leży moja bluza. Podłóż ją sobie pod głowę, jeśli chcesz. - zaproponował, a ja momentalnie spłonęłam rumieńcem.
Nie byłam przyzwyczajona do tego, że ktoś się tak o mnie troszczy. Nie licząc oczywiście Sky i Demi, ale do ich nadopiekuńczości przyzwyczaiłam się już dawno temu.
- Chyba to dobry pomysł. - przyznałam, a hałas panujący dotychczas w samochodzie znowu powrócił.
Odwróciłam się i z półki za mną ściągnęłam szarą, grubą bluzę. Nieporadnie ją zwinęłam i podłożyłam sobie pod głowę. Pachniała tak, jak pomieszanie powietrza po długim deszczu i wygarbowanej skóry. Tak musiała pachnieć skóra Andrew. Wtuliłam twarz w fałdy bluzy i po niedługim czasie zasnęłam.
*
Obudziło mnie delikatne szarpnięcie, które jak się okazało było sprawką Candace. Chwilę się rozbudzałam, przypominając sobie gdzie ja właściwie jestem, aż wszystkie wydarzenia z dzisiaj z powrotem przemknęły przez moją głowę. Otworzyłam drzwi samochodu, o które opierałam się przez ostatnie trzy godziny. Zeskoczyłam na suchą trawę, którą łamała swoimi tenisówkami. Przede mną rozciągało się wielkie jezioro, w którego tafli odbijał się pobliski las. Widok aż zapierał dech w piersiach. Głośno nabrałam powietrza, napawając się zapachem drzew iglastych. Kilkanaście stóp ode mnie stał Mike i Drew, którzy z zaangażowaniem próbowali rozpalić ognisko, ale póki co nie szło im to za dobrze. Chwilę dalej Candace rozkładała granatowy koc i wyjmowała z torby przeróżne produkty, które najlepiej nadawały by się na biwak. Podeszłam do niej, nie chcąc wyjść na osobę niekulturalną.
- Pomóc ci w czymś ? - spytałam, klękając koło niej.
- Rozpakuj kubeczki, jakbyś mogła. - rzuciła w moją stronę plastikowe opakowanie, zawierające co najmniej tuzin czerwonych kubków.
Zabrałam się za rozrywanie folii, cały czas uważnie śledząc poczynania Andrew. Był naprawdę atrakcyjny. Poruszał zgrabnymi palcami, za każdym razem, gdy próbował wytłumaczyć coś Mike'owi. Przygotowane drewno nadal nie stało w płomieniach.
- Słuchasz mnie ? - Z zamyśleń wyrwał mnie radosny głos dziewczyny. Pokręciłam głową, zgodnie z prawdą i posłałam w jej stronę przepraszający uśmiech. - Cały czas patrzysz się na Drew. Długo się znacie ? - Jej niebieskie oczy wpatrywały się we mnie, jak w obrazek.
- Spotkałam go raz. - wzruszyłam ramionami. Tak naprawdę wcale się nie znaliśmy, a chłopak mógł równie dobrze okazać się porywaczem. - Prawdę mówiąc, mało co ze sobą rozmawialiśmy do tej pory.
- Myślałam, że znacie się dłużej. Wygląda na bardzo przejętego tobą. - stwierdziła, wypakowując z torby cztery puszki coli.
Czy to możliwe, żebym podobała się Andrew ? Nie zastanawiałam się nad tym wcześniej, ale mimo wszystko wątpiłam, że tak mogło być. A znając Harry'ego to Drew też zwątpi jeśli niebezpiecznie się do mnie zbliży. Jednak, fajnie byłoby mieć taki całkiem normalny związek. Z chłopakiem, który cię zawsze wysłucha, pocieszy i rozbawi, kiedy będzie to konieczne. Ja tym czasem utknęłam w jakimś bagnie, z którego nie chciałam i nie potrafiłam wyjść.
- Nie wydaje mi się. - powiedziałam, po chwili niezręcznej ciszy. - Jest bardzo miły, ale chyba jestem zajęta.
- Chyba ? - Popatrzyła na mnie zdziwiona.
Nie tylko dla mnie jednej to było nienormalne. Odetchnęłam z ulgą, gdy przybiegł do nas półnagi Mike, namawiając do kąpieli. Nie musiałam udzielać odpowiedzi. Candace od razu chętnie się zgodziła i zrzuciła z siebie koronkową bluzkę i białą spódniczkę. Została w samej bieliźnie, ale nie wydawała się być skrępowana. Pobiegła w stronę wody, krzycząc przy tym coś czego nie zrozumiałam i co mnie za bardzo nie interesowało.
- A ty nie idziesz ? - Mike wrócił wzrokiem do mnie. Już miałam mówić, że nie wzięłam ze sobą kostiumu, ale mi przerwał. - Nie mów tylko nic o kostiumie. Myślę, że bez niego wytrzymasz - Zaśmiał się cicho i oddalił w stronę Candace i Andrew.
Chwilę myślałam, czy rozbieranie się przed dopiero co poznanymi ludźmi jest odpowiedzialne. W sumie nie było, ale jechanie z nimi przez cztery godziny w nieznany las też nie. Przerzuciłam koszulkę przez głowę i zdjęłam szorty. Zostałam w komplecie błękitnej bielizny. Stawiałam nieśmiałe kroki w stronę ledwo trzymającego się molo. Słońce już powoli chyliło się ku horyzontowi, pozostawiając niebo w różnych odcieniach różu i czerwieni. Widok był naprawdę przepiękny, ale niestety nie miałam czasu by zacząć robić zdjęcia. Trójka moich nowych znajomych już chlapała się w jeziorze, co chwilę posyłając w swoją stronę coraz to nowe obelgi. Stanęłam na brzegu molo.
- Wchodź, Des ! - krzyknął Drew, bijąc rękami niewzruszoną tafle wody.
Skrzywiłam się na samą myśl, jak zimno musi być w Lake Placid, po czym nabrałam głośno powietrza i wskoczyłam do wręcz lodowatej cieczy. Wynurzyłam się po chwili, machając niespokojnie rękami. Co to słońce robiło cały dzień i czemu woda nie jest gorąca ? Andrew znalazł się koło mnie w przeciągu kilku sekund. Podpłynął tak blisko, że co chwilę zahaczyłam swoimi nogami o jego. Pozostała dwójka bawiła się z dala od nas. Zdążyłam zauważyć, że albo byli parą, albo w najbliższym czasie nią zostaną.
- Zimno mi. - mruknęłam i zwiększyłam prędkość poruszania nogami pod wodą.
Nie sądziłam, aby to mogło pomóc, ale przynajmniej myślałam o czymś innym, niż o półnagim Drew i o tym, jak blisko mnie się znajduje.
- Możesz się przytulić. - Zaśmiał się, na co tylko przewróciłam oczami.
Niestety, ale to nie ostudziło jego zapału. Złapał mnie w swoje objęcia i przycisnął mocno do swojego torsu. Pierwszy raz dzisiejszego dnia podziękowałam, że woda jest zimna i, że mogę powód moich rumieńców na coś zrzucić. Skóra Andrew była delikatna i mogłam powiedzieć, że wręcz ciepła. Jego palce błądziły po moich plecach, przez co aż mnie przeszedł dreszcz. Chłopak zaśmiał się, ale mimo to nie wypuścił mnie z objęć. Spędziliśmy w wodzie prawie dwie godziny, chlapiąc się, przytulając, podrzucając i naprawdę świetnie się bawiąc. Zapadł już zmierzch, gdy Mike zarządził, że powinniśmy coś zjeść. Candace przytaknęła, opowiadając o tym, jak bardzo głodna jest. To było nieprawdopodobne, że dziewczyna miała tak świetną figurę. Ja i Andrew przytaknęliśmy, w sumie bez większego zainteresowania. Byliśmy zbyt zajęci rozmową.
*
Po tym, jak chłopaki jakimś cudem rozpalili ognisko, usiedliśmy dookoła niego. Lekko drżałam w swoich przemokniętych ubraniach, ale na szczęście Drew pożyczył mi bluzę, na której kilka godzin wcześniej spałam. W normalnych warunkach pewnie bym mu odmówiła, ale było mi zbyt zimno, abym mogła dyskutować. Ogień dawał przyjemne ciepło i oświetlał twarze zebranych. Mike i Andrew zaczęli dyskutować o filmie akcji, który właśnie wszedł do kin. Candace wtulała się w Mike'a i smażyła kilka pianek, co chwilę bez namysłu obracając patyk. Czułam się, jak na prawdziwych wakacjach, aż z mojego plecaka nie zaczęła wydobywać się tak dobrze znana mi melodia. Wyciągnęłam komórkę z przedniej kieszonki, odeszłam kawałek od zbiorowiska i przyłożyłam aparat do ucha.
- Gdzie ty jesteś ? - Harry warknął wściekle. Przełknęłam głośno ślinę. - Byłam dzisiaj u was w domu, ale Skylar powiedziała, że pojechałaś nad jakieś zasrane jezioro i nadal cię nie ma w domu. Wiesz, która jest godzina ?
- Nie jesteś moim ojcem, Styles. - rzuciłam ochrypłym głosem.
Nienawidziłam, gdy zaczynał się zachowywać tak, jakby miał prawo decydowania co, gdzie i kiedy robię.
- Uspokój się, Des. Dobrze wiesz, że dzwonię, bo się martwię. - Ton jego głosu nagle złagodniał.
- Jasne. Zawsze tak mówisz, a tak naprawdę chodzi ci tylko o kontrole nade mną. Jestem tutaj bezpieczna z Andrew, więc możesz się nie martwić. - wyrzuciłam.
W mojej głowie zaczęły pojawiać się obrazy z tych gazet. Nagłówek mówiący o strzelaninie. To wszystko tylko podsycało mój gniew.
- Z tym dupkiem, z którym byłaś w Central Parku ?
Na chwilę zamilkłam, przypominając sobie to spotkanie. Przecież widziałam Harry'ego dopiero po spotkaniu z Drew. I z tego co wiem, wcale mu o nim nie opowiadałam. Zacisnęłam dłoń w pięść, która zatrzęsła się z poirytowania.
- Śledziłeś mnie ? Czy ty do cholery oszalałeś ? Nie chcę z tobą w ogóle rozmawiać. Napisz, jak już będziesz pewny, że mówisz mi wszystko !- wysapałam ze złością.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz