~Skylar~
22.08.2013r.
Mecz powoli dobiegał końca. Demi stała praktycznie z głową w telewizorze i pewnie przejmowałabym się jej wzrokiem, gdyby nie fakt, że coś mnie gnębiło od jakiegoś czasu. Destiny i Harry gdzieś zniknęli i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że zazwyczaj znikali na krótki czas, a, gdy owy miał się wydłużyć to ktoś z naszej paczki dostawał informację, żeby się nie martwić. Miałam nadzieję, że męczy mnie tylko nerwica natręctw i to głupie uczucie niedługo minie. Moje troski zeszły na dalszy plan, gdy Liam chwycił moją dłoń pod stolikiem, trzęsąc się ze śmiechu na widok przejętej Demi, która omal nie ściągnęła płaskiego telewizora ze ściany. Chwila ukojenia trwała tylko ułamek sekundy, bo za chwilę z powrotem zaczęłam zaprzątać swoje myśli moją przyjaciółką i Panem Złym. Postanowiłam podzielić się moimi spostrzeżeniami z Liamem, gdyż tylko on nie był w stu procentach wciągnięty w to, co działo się na boisku.
-Des i Harry gdzieś zniknęli - pochyliłam się nad stołem w stronę szatyna, ponieważ pod koniec spotkania, gdy już Brooklyn Nets wygrywali, każdy stał i krzyczał.
Miałam wrażenie, że moja głowa za moment eksploduje.
-Pewnie wrócili do domu - błysk w oku Liama powiedział mi, że nie chcę wiedzieć po co mogli tam wrócić.
Chłopak potarł kciukiem wnętrze mojej dłoni, która nadal była spleciona z jego własną. Jego słowa wcale mnie nie uspokoiły. Znałam Destiny na tyle dobrze, że wiedziałam, że przyszłaby mnie poinformować, gdyby faktycznie wybierała się do domu. Zezłościłam się na Liama o to, że próbował mnie zbyć w taki sposób, albo, że miał tak małą wiedzę o człowieku, z którym mieszka i się przyjaźni. Puściłam rękę szatyna i wstałam pospiesznie od stołu. Nie miałam zamiaru bawić się z nimi w momencie, gdy martwiłam się o moją najlepszą przyjaciółkę. Przecisnęłam się przez gęste piżmowe powietrze i tłum spoconych i wymachujących różnymi dziwnymi przedmiotami ludźmi. W końcu, gdy już miałam wrażenie, że zemdleję albo zwymiotuję, dopadłam drzwi i wyszłam na świeże powietrze. Nie miałam pojęcia, co będę tam robić, ale zdecydowanie wolałam się wszystkiemu przyglądać zza oszklonej szyby. Mój spokój nie potrwał jednak długo, gdyż telefon w mojej dłoni rozdzwonił się niemiłosiernie głośno, a ręka zadrżała od wibracji. "Destiny". Wcisnęłam pospiesznie zieloną słuchawkę i przyłożyłam telefon do ucha.
-Sky... boże, Sky, nie złość się na mnie, proszę. Przepraszam cię - załkała. - Tak bardzo cię przepraszam.
-Destiny, uspokój się. Co się dzieje? Ktoś ci robi krzywdę? - zapytałam, wzmagając moją czujność.
Zadrżałam od chłodnego podmuchu wiatru, a na moich rękach wystąpiła gęsia skórka.
-Nie... po prostu my musieliśmy, nie rozumiesz. Ja zresztą też, ale to jest dobre. To, co robimy jest właściwe - nie rozumiałam kompletnie nic z tej nieskładnej paplaniny.
Chciałam jej coś bardzo powiedzieć, ale nagle usłyszałam, że ktoś inny przejmuje słuchawkę. Wytężyłam słuch.
-Sky, posłuchaj. Destiny nic nie grozi. Nie tutaj, ze mną. Nie mogę ci powiedzieć gdzie jesteśmy, ale wrócimy za jakiś czas. Nie martw się o nią, dobra? - twardy głos Harry'ego zwrócił się do mnie.
-Skąd mogę wiedzieć, że nie kłamiesz? - to już nie przypominało normalnej rozmowy. Omal nie zawyłam.
-Po prostu mi zaufaj tak jak zrobiła to twoja przyjaciółka, to dla jej dobra. Przez kilka dni nie będziemy się odzywać, ale znajdę jakiś sposób, żeby się z wami kontaktować i zdawać relacje. Włos jej z głowy nie spadnie - dodał. - Obiecuję - sposób, w jaki wypowiedział to ostatnie słowo zaważyło na tym, że mu uwierzyłam.
Chciałam lub nie, Destiny mu ufała, a teraz była gdzieś daleko, sam na sam z Panem Złym. Postanowiłam zaufać nie tyle jemu, co jej i jej intuicji. Nie zdążyłam nic odpowiedzieć, bo telefon dał mi wyraźnie znać, że osoba na drugim końcu linii się rozłączyła. Miałam ochotę zacząć płakać z bezradności i niewiedzy, ale postanowiłam zepchnąć to gdzieś na dalszy plan. Odwróciłam się w stronę drzwi, żeby wrócić do baru, ale zobaczyłam ciemną postać, stojącą w taki sposób, że torowała mi wejście do budynku. Wcale nie było mi do śmiechu. Zacisnęłam dłonie w pięści wzdłuż tułowia, gdy postać wyłoniła się z mroku i stanęła w świetle rzucanym przez latarnię uliczną.
-Jadon... - szepnęłam, gdy cała masa wspomnień zalała mój zmęczony mózg.
Chwila, co on robił tutaj i dlaczego akurat wybrał sobie ten moment na pogawędki ze mną? Najgorsza chwila z możliwych.
-Cześć, Skylar - zawsze ten sam, protekcjonalny, zimny ton.
Dlaczego ja go tak bardzo kiedyś kochałam? I dlaczego moje serce i tak mimowolnie zadudniło na dźwięk jego głosu tak bardzo mi drogiego i niesłyszanego długi czas?
-Przepraszam, ale nie mogę rozmawiać - ruszyłam w stronę drzwi. - Muszę...
-Nic nie musisz, ty mała szmato - stanęłam jak wryta, gdy silna ręka Jadona przytrzymała moje ramiona.
-Co ty... - zaczęłam, ale znowu mi przerwał, przeszywając mnie złowrogim spojrzeniem.
-Przekaż Stylesowi, że Quincey i tak ukatrupi tę sukę, czy tego chce czy nie. Oko za oko - kąciki jego ust drgnęły, by po chwili unieść się w lodowatym uśmiechu. - Nikomu innemu nie waż się powiedzieć ani słowa, nie dzwoń na policję, bo hierarchia się zmieni i to twój łeb pierwszy poleci, zrozumiałaś? - zadrżałam, gdy jego dłonie zacisnęły się na moich ramionach boleśnie raniąc.
Gdy nie odpowiadałam dłuższy czas, gdyż byłam w szoku, że ktoś, kogo kiedyś kochałam, za kogo bym oddała wszystko, nawet własne życie, po prostu stał przede mną i mi groził, Jadon uniósł dłoń w takim geście, jakby miał mi wymierzyć za chwilę policzek. Zamknęłam oczy, nie chcąc pokazać, że mi to sprawi ból, bo to najgorsza rzecz jaką można okazać Jadonowi.
-Hej, co tu się dzieje?! - w życiu bym się nie spodziewała, usłyszeć głos Nialla w mojej obronie.
Jadon puścił mnie nagle. Otworzyłam oczy i zauważyłam, że chłopak poprawia bluzę, w którą był ubrany.
-Nic, koleś - oznajmił i mimo, że mnie puścił to nadal posyłał w moją stronę ostre spojrzenia.
Z moich oczu pociekły pierwsze łzy. Niall spojrzał się na mnie, a następnie na Jadona i zacisnął zęby.
-Wypierdalaj stąd, gnoju - byłam jednocześnie roztrzęsiona i zaskoczona, że to blondyn staje w mojej obronie.
Jadon wycofał się posłusznie w mrok, ale nie dlatego, że się przestraszył Horana, tylko dlatego, że przekazał już co miał do przekazania. Niall podszedł do mnie i odgarnął mi włosy z twarzy, po czym opuścił rękę i skrzywił się na mój widok. Byłam cała zapłakana, choć pierwotnie tego nie chciałam, ale wszystko mi się zawaliło na głowę jednego dnia. Zrobiłam krok w stronę blondyna i objęłam go w pasie. Był przyjacielem i pomógł kiedy tego potrzebowałam jak nigdy dotąd. Podświadomie podjęłam decyzję, że mimo wszystkich gróźb, opowiem Niallowi o całej zaistniałej sytuacji z Destiny, Harry'm i, o dziwo, moim byłym chłopakiem w roli głównej.
-Dziękuję - wyszeptałam, nadal wtulona w bawełnianą koszulkę blondyna.
Byłam pewna, że ją całą pobrudziłam, ale wcale mnie to nie obchodziło. W momencie, gdy groziło mi niebezpieczeństwo pojawił się właśnie Niall, a nie Demi, czy Liam. Będę mu za to wdzięczna do końca życia.
-Sky, spójrz na mnie - posłusznie uniosłam głowę. - Kto to był?
-Mój... były chłopak - wydusiłam niechętnie i odsunęłam się od chłopaka, widząc jego zdziwione spojrzenie i otwierające się za nim drzwi baru.
Demi i Liam zamierzali do nas w końcu dołączyć. Otarłam oczy wierzchem dłoni. Oni nie mogą się dowiedzieć, że płakałam.
-Nial, nic im nie mów, błagam - wyszeptałam, gdy zbliżali się do nas.
-Des i Harry gdzieś zniknęli - pochyliłam się nad stołem w stronę szatyna, ponieważ pod koniec spotkania, gdy już Brooklyn Nets wygrywali, każdy stał i krzyczał.
Miałam wrażenie, że moja głowa za moment eksploduje.
-Pewnie wrócili do domu - błysk w oku Liama powiedział mi, że nie chcę wiedzieć po co mogli tam wrócić.
Chłopak potarł kciukiem wnętrze mojej dłoni, która nadal była spleciona z jego własną. Jego słowa wcale mnie nie uspokoiły. Znałam Destiny na tyle dobrze, że wiedziałam, że przyszłaby mnie poinformować, gdyby faktycznie wybierała się do domu. Zezłościłam się na Liama o to, że próbował mnie zbyć w taki sposób, albo, że miał tak małą wiedzę o człowieku, z którym mieszka i się przyjaźni. Puściłam rękę szatyna i wstałam pospiesznie od stołu. Nie miałam zamiaru bawić się z nimi w momencie, gdy martwiłam się o moją najlepszą przyjaciółkę. Przecisnęłam się przez gęste piżmowe powietrze i tłum spoconych i wymachujących różnymi dziwnymi przedmiotami ludźmi. W końcu, gdy już miałam wrażenie, że zemdleję albo zwymiotuję, dopadłam drzwi i wyszłam na świeże powietrze. Nie miałam pojęcia, co będę tam robić, ale zdecydowanie wolałam się wszystkiemu przyglądać zza oszklonej szyby. Mój spokój nie potrwał jednak długo, gdyż telefon w mojej dłoni rozdzwonił się niemiłosiernie głośno, a ręka zadrżała od wibracji. "Destiny". Wcisnęłam pospiesznie zieloną słuchawkę i przyłożyłam telefon do ucha.
-Sky... boże, Sky, nie złość się na mnie, proszę. Przepraszam cię - załkała. - Tak bardzo cię przepraszam.
-Destiny, uspokój się. Co się dzieje? Ktoś ci robi krzywdę? - zapytałam, wzmagając moją czujność.
Zadrżałam od chłodnego podmuchu wiatru, a na moich rękach wystąpiła gęsia skórka.
-Nie... po prostu my musieliśmy, nie rozumiesz. Ja zresztą też, ale to jest dobre. To, co robimy jest właściwe - nie rozumiałam kompletnie nic z tej nieskładnej paplaniny.
Chciałam jej coś bardzo powiedzieć, ale nagle usłyszałam, że ktoś inny przejmuje słuchawkę. Wytężyłam słuch.
-Sky, posłuchaj. Destiny nic nie grozi. Nie tutaj, ze mną. Nie mogę ci powiedzieć gdzie jesteśmy, ale wrócimy za jakiś czas. Nie martw się o nią, dobra? - twardy głos Harry'ego zwrócił się do mnie.
-Skąd mogę wiedzieć, że nie kłamiesz? - to już nie przypominało normalnej rozmowy. Omal nie zawyłam.
-Po prostu mi zaufaj tak jak zrobiła to twoja przyjaciółka, to dla jej dobra. Przez kilka dni nie będziemy się odzywać, ale znajdę jakiś sposób, żeby się z wami kontaktować i zdawać relacje. Włos jej z głowy nie spadnie - dodał. - Obiecuję - sposób, w jaki wypowiedział to ostatnie słowo zaważyło na tym, że mu uwierzyłam.
Chciałam lub nie, Destiny mu ufała, a teraz była gdzieś daleko, sam na sam z Panem Złym. Postanowiłam zaufać nie tyle jemu, co jej i jej intuicji. Nie zdążyłam nic odpowiedzieć, bo telefon dał mi wyraźnie znać, że osoba na drugim końcu linii się rozłączyła. Miałam ochotę zacząć płakać z bezradności i niewiedzy, ale postanowiłam zepchnąć to gdzieś na dalszy plan. Odwróciłam się w stronę drzwi, żeby wrócić do baru, ale zobaczyłam ciemną postać, stojącą w taki sposób, że torowała mi wejście do budynku. Wcale nie było mi do śmiechu. Zacisnęłam dłonie w pięści wzdłuż tułowia, gdy postać wyłoniła się z mroku i stanęła w świetle rzucanym przez latarnię uliczną.
-Jadon... - szepnęłam, gdy cała masa wspomnień zalała mój zmęczony mózg.
Chwila, co on robił tutaj i dlaczego akurat wybrał sobie ten moment na pogawędki ze mną? Najgorsza chwila z możliwych.
-Cześć, Skylar - zawsze ten sam, protekcjonalny, zimny ton.
Dlaczego ja go tak bardzo kiedyś kochałam? I dlaczego moje serce i tak mimowolnie zadudniło na dźwięk jego głosu tak bardzo mi drogiego i niesłyszanego długi czas?
-Przepraszam, ale nie mogę rozmawiać - ruszyłam w stronę drzwi. - Muszę...
-Nic nie musisz, ty mała szmato - stanęłam jak wryta, gdy silna ręka Jadona przytrzymała moje ramiona.
-Co ty... - zaczęłam, ale znowu mi przerwał, przeszywając mnie złowrogim spojrzeniem.
-Przekaż Stylesowi, że Quincey i tak ukatrupi tę sukę, czy tego chce czy nie. Oko za oko - kąciki jego ust drgnęły, by po chwili unieść się w lodowatym uśmiechu. - Nikomu innemu nie waż się powiedzieć ani słowa, nie dzwoń na policję, bo hierarchia się zmieni i to twój łeb pierwszy poleci, zrozumiałaś? - zadrżałam, gdy jego dłonie zacisnęły się na moich ramionach boleśnie raniąc.
Gdy nie odpowiadałam dłuższy czas, gdyż byłam w szoku, że ktoś, kogo kiedyś kochałam, za kogo bym oddała wszystko, nawet własne życie, po prostu stał przede mną i mi groził, Jadon uniósł dłoń w takim geście, jakby miał mi wymierzyć za chwilę policzek. Zamknęłam oczy, nie chcąc pokazać, że mi to sprawi ból, bo to najgorsza rzecz jaką można okazać Jadonowi.
-Hej, co tu się dzieje?! - w życiu bym się nie spodziewała, usłyszeć głos Nialla w mojej obronie.
Jadon puścił mnie nagle. Otworzyłam oczy i zauważyłam, że chłopak poprawia bluzę, w którą był ubrany.
-Nic, koleś - oznajmił i mimo, że mnie puścił to nadal posyłał w moją stronę ostre spojrzenia.
Z moich oczu pociekły pierwsze łzy. Niall spojrzał się na mnie, a następnie na Jadona i zacisnął zęby.
-Wypierdalaj stąd, gnoju - byłam jednocześnie roztrzęsiona i zaskoczona, że to blondyn staje w mojej obronie.
Jadon wycofał się posłusznie w mrok, ale nie dlatego, że się przestraszył Horana, tylko dlatego, że przekazał już co miał do przekazania. Niall podszedł do mnie i odgarnął mi włosy z twarzy, po czym opuścił rękę i skrzywił się na mój widok. Byłam cała zapłakana, choć pierwotnie tego nie chciałam, ale wszystko mi się zawaliło na głowę jednego dnia. Zrobiłam krok w stronę blondyna i objęłam go w pasie. Był przyjacielem i pomógł kiedy tego potrzebowałam jak nigdy dotąd. Podświadomie podjęłam decyzję, że mimo wszystkich gróźb, opowiem Niallowi o całej zaistniałej sytuacji z Destiny, Harry'm i, o dziwo, moim byłym chłopakiem w roli głównej.
-Dziękuję - wyszeptałam, nadal wtulona w bawełnianą koszulkę blondyna.
Byłam pewna, że ją całą pobrudziłam, ale wcale mnie to nie obchodziło. W momencie, gdy groziło mi niebezpieczeństwo pojawił się właśnie Niall, a nie Demi, czy Liam. Będę mu za to wdzięczna do końca życia.
-Sky, spójrz na mnie - posłusznie uniosłam głowę. - Kto to był?
-Mój... były chłopak - wydusiłam niechętnie i odsunęłam się od chłopaka, widząc jego zdziwione spojrzenie i otwierające się za nim drzwi baru.
Demi i Liam zamierzali do nas w końcu dołączyć. Otarłam oczy wierzchem dłoni. Oni nie mogą się dowiedzieć, że płakałam.
-Nial, nic im nie mów, błagam - wyszeptałam, gdy zbliżali się do nas.
W jego spojrzeniu zobaczyłam na początku niechęć do bycia jedyną osobą, która zna mój sekret, ale w końcu znalazłam tam też zrozumienie i blondyn lekko skinął głową, gdy jego boku dopadła roześmiana Demi.
*
Demi siedziała na kuchennym blacie, a ja jej towarzyszyłam. Liam i Niall poszli po zamówiony wcześniej tort. Spóźniliśmy się co prawda dwa dni z jej prezentem urodzinowym, ale mieliśmy problemy techniczne. Poza tym, lepiej późno niż wcale. Z satysfakcją obserwowałam emocje na twarzy mojej przyjaciółki, które zmieniały się jak w kalejdoskopie, gdy chłopcy wnieśli do kuchni nieduży tort z zimnymi ogniami, wetkniętymi w niego. Odśpiewaliśmy swoje, Demi pomyślała życzenie, ale oczywiście nie zgasiła sztucznych ogni, bo była to misja niewykonalna. Dziewczyna sama pokroiła tort, zbyt zatroskana swoim świętem, by przejmować się zniknięciem Destiny i Pana Złego. Wyszłam z kuchni i skierowałam się do pokoju Grega, żeby w walizkach Des odnaleźć zapakowany kilka dni wcześniej prezent dla naszej przyjaciółki, na który składała się torebka Givenchy'ego, na którą odkładałyśmy pieniądze od roku, a i tak koniec końców Harry i Liam dorzucili się do składki, bo pieniędzy było za mało. Tylko Niall chciał kupić dziewczynie coś od siebie i wcale mu się nie dziwiłam. Prezent odnalazłam szybko, gdyż Destiny nie trudziła się, żeby go ukryć. Torebka leżała na samym szczycie sterty ubrań, które dziewczyna wzięła tutaj ze sobą. Spojrzałam ze smutkiem na dwie pozostawione walizki. Będziemy musieli je koniecznie zabrać ze sobą z powrotem do Nowego Jorku. Szybkim krokiem opuściłam sypialnię starszego Horana i zbiegłam po szklanych schodach, aby na powrót znaleźć się w przestronnej kuchni.
-Demi - zwróciłam się do dziewczyny. - Niestety, nie ma z nami Harry'ego ani Destiny, ale tutaj jest drobny upominek ode mnie, Liama i właśnie od nich. Mam nadzieję, że ci się spodoba - przyjaciółka uściskała mnie serdecznie i przejęła zapakowany prezent z moich rąk.
Wyraz jej twarzy był tym, co pozwoliło mi zapomnieć choć chwilę o utrapieniach. Duże na ogół oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej na widok prezentu. Zobaczyłam lśniące łzy, ale nic nie wydostało się na powierzchnię. Demi zaczęła piszczeć i skakać jak szalona. Doskonale wiedziałyśmy z Destiny co jej kupić, a o torebce Givenchy'ego dziewczyna zawsze marzyła.
-Dziękuję, jest piękna! - Demi rzuciła się jednocześnie w ramiona moje i Liama i byłam wdzięczna chłopakowi za jego towarzystwo, bo byłam sporo drobniejsza od przyjaciółki i mogłabym nie wytrzymać tego skoku i napadu radości.
Roześmiałam się mimo woli. Jednak były w naszym życiu jeszcze chwile, w których nic nie było popaprane.
Wędrowałam powolnie ulicami Nowego Jorku, rozkoszując się nieco chłodniejszą pogodą. Kochałam lato, ale jednocześnie mnie ono męczyło. Dobrze było oddychać prawie jesiennym już powietrzem. Uśmiechałam się szeroko sama do siebie, bo byłam zadowolona z prezentu jaki kupiłam Liamowi na urodziny i z tego, że zamierzałam mu zrobić niespodziankę. Od Nialla dostałam klucze do domu po to, żebym mogła w środku zaczekać na szatyna aż wróci z miasta, bo, z tego co mówił Niall, chłopak pojechał spotkać się z rodzicami. Zegarek, który stanowił prezent dla mojego chłopaka niosłam starannie zapakowany. W dodatku byłam bardzo spokojna, gdyż dzień wcześniej jakiś starszy facet dostarczył mi list, w którym znajdowały się informacje dotyczące obecnego położenia Harry'ego i Destiny. Nie miałam pojęcia, skąd Harry go wytrzepał, ale byłam wdzięczna za cenne informacje, z którymi mi się o wiele łatwiej żyło. Dobrze było się dowiedzieć raz na tydzień, gdzie znajduje się moja przyjaciółka. List był pisany jej charakterem pisma i chętnie bym go zatrzymała, ale istniała w nim wyraźna wskazówka, żeby go spalić, aby ludzie Quincey'a nie mogli ich wyśledzić. Kimkolwiek byli ci ludzie. Weszłam rozpromieniona do mieszkania chłopaków i postanowiłam, że zaczekam w kuchni, która była ulubionym miejscem chyba każdej osoby, która przychodziła do tego mieszkania. Nie musiałam długo czekać na kliknięcie zamka w drzwiach. Postanowiłam poczekać w ciszy aż chłopak wejdzie do kuchni jednak nic takiego nie nastąpiło. Po minucie ciszy, usłyszałam kliknięcie zamka w drzwiach, ale tym razem były to drzwi na górze, od sypialni. Po kilku minutach wahania i nasłuchiwania postanowiłam wejść po cichu po schodach. Udało mi się to, zadanie zostało wykonane bezbłędnie. Podeszłam na palcach do drzwi, prowadzących do pokoju Liama tylko po to, żeby otworzyć je z impetem. Od razu pożałowałam, że to zrobiłam. Liam, owszem, znajdował się w pokoju, ale nie sam. Ba, on w łóżku nie znajdował się sam. Na szatynie, okrakiem siedziała półnaga dość ładna blondynka. Może mogłabym dłużej na nią patrzeć, gdyby nie łzy, które momentalnie zaczęły napływać do moich oczu. Wycofałam się z sypialni Liama w akompaniamencie kującej w uszy ciszy. Szatyn wręcz zepchnął blondynkę ze swoich bioder i spojrzał na mnie zszokowany. Nie mogłam na to dłużej patrzeć. Nie mogłam patrzeć na niego. Odwróciłam się i pognałam czym prędzej w stronę drzwi wejściowych omal nie potykając się o własne nogi na schodach. Wybiegłam przed budynek i nagle zorientowałam się, że nie mam gdzie się podziać. Demi wiodła szczęśliwe życie z Niallem, Destiny uciekła gdzieś z Harry'm, a ja zostałam zdradzona i pozostałam samotna jak palec. Liam wykorzystał chwilę i dopadł mnie na chodniku, łapiąc za ramiona i odwracając przodem do siebie. Nie wyrwałam mu się ani go nie uderzyłam mimo, iż miałam taką ochotę. Po prostu stałam naprzeciw niego, tak blisko, że mogłabym go dotknąć i patrzyłam mu się prosto w oczy. Pudełeczko z zapakowanym zegarkiem nagle zaczęło mi ciążyć w dłoni. Bardzo chciałam go wyrzucić za siebie, pod koła jakiegoś przypadkowego samochodu, ale niespodziewanie zrobiło mi się szkoda moich wydanych pieniędzy. Zacisnęłam usta w wąską kreskę. Liam patrzył na mnie ze strachem i bólem malującymi się w oczach. Miałam to gdzieś, bo to ja powinnam być tutaj najbardziej zraniona.
-Sky... to nie tak - powiedział, mimo wszystko, z mocą.
-No pewnie, że nie tak. Po prostu chciałeś ją przelecieć i pewnie nie znacie się od niedawna - prawie że krzyknęłam oskarżycielsko. - Fajnie było spotykać się ze mną, a z nią pieprzyć się na boku? - łzy zaczęły cisnąć mi się do oczu, ale postanowiłam, że będę twarda. - Ile to trwa?
-Sky...
-Ile to trwa?! - teraz odsunęłam się na bezpieczną odległość i wrzasnęłam. Zdenerwowałam się, gdy nie usłyszałam odpowiedzi. - Jak długo?! Słyszysz, ty pierdolony kłamco?! Jak długo się z nią pieprzysz?!
-Sky, uspokój się - to nic nie dało. - Trzy tygodnie. Spotykam się z nią od trzech tygodni.
Te słowa były jak cios wymierzony w mój policzek. Odsunęłam się jeszcze dalej, żeby Liam nie mógł zobaczyć w moich oczach jak bardzo mnie zranił. Spojrzałam na swoje dłonie, w których spoczywało pudełko z prezentem. Cisnęłam nim w szatyna.
-Wszystkiego najlepszego - powiedziałam, dusząc płacz, ale wiedziałam, że balansuję na granicy.
Odwróciłam się i pognałam przez tłum przed siebie, nie zwracając uwagi na to jak beznadziejnie muszę wyglądać z twarzą zalaną łzami.
Słońce chowało się za horyzontem, spowijając Nowy Jork w różowawym świetle. Kochałem oglądać miasto, które wydawało się, jakby miało zaraz zasnąć, ale tak naprawdę nigdy nie gasły w nim światła. Oparłem się o parapet, przechylając nieco ponad nim, żebym mógł wyjrzeć na życie pode mną. Co prawda nic nie zobaczyłem, bo mieszkałem zbyt wysoko, ale ludzie wyglądali jak mrówki, co śmieszyło mnie, gdy byłem jeszcze dzieciakiem. Wypiłem łyk mocnej espresso, którą przygotowałem sobie chwilę wcześniej. Już miałem wracać do lektury książki, którą wypożyczyłem sobie kilka dni wcześniej z leżącej nieopodal mojego wieżowca biblioteki, gdy nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. Pochodziłem z Chicago, więc było niemożliwe, żeby był to ktoś z rodziny. Przyjaciół miałem niewielu, więc dzwonek do drzwi bardzo mnie zaskoczył. Mimo wszystko ruszyłem żwawym krokiem w stronę korytarza. Otworzyłem drzwi, nie patrząc wcześniej w judasza.
-Co ty tu robisz? - zapytałem zszokowany, widząc przed sobą drobniutką, zapłakaną Sky.
-Mogę tu zostać na noc? James, błagam.
*
Demi siedziała na kuchennym blacie, a ja jej towarzyszyłam. Liam i Niall poszli po zamówiony wcześniej tort. Spóźniliśmy się co prawda dwa dni z jej prezentem urodzinowym, ale mieliśmy problemy techniczne. Poza tym, lepiej późno niż wcale. Z satysfakcją obserwowałam emocje na twarzy mojej przyjaciółki, które zmieniały się jak w kalejdoskopie, gdy chłopcy wnieśli do kuchni nieduży tort z zimnymi ogniami, wetkniętymi w niego. Odśpiewaliśmy swoje, Demi pomyślała życzenie, ale oczywiście nie zgasiła sztucznych ogni, bo była to misja niewykonalna. Dziewczyna sama pokroiła tort, zbyt zatroskana swoim świętem, by przejmować się zniknięciem Destiny i Pana Złego. Wyszłam z kuchni i skierowałam się do pokoju Grega, żeby w walizkach Des odnaleźć zapakowany kilka dni wcześniej prezent dla naszej przyjaciółki, na który składała się torebka Givenchy'ego, na którą odkładałyśmy pieniądze od roku, a i tak koniec końców Harry i Liam dorzucili się do składki, bo pieniędzy było za mało. Tylko Niall chciał kupić dziewczynie coś od siebie i wcale mu się nie dziwiłam. Prezent odnalazłam szybko, gdyż Destiny nie trudziła się, żeby go ukryć. Torebka leżała na samym szczycie sterty ubrań, które dziewczyna wzięła tutaj ze sobą. Spojrzałam ze smutkiem na dwie pozostawione walizki. Będziemy musieli je koniecznie zabrać ze sobą z powrotem do Nowego Jorku. Szybkim krokiem opuściłam sypialnię starszego Horana i zbiegłam po szklanych schodach, aby na powrót znaleźć się w przestronnej kuchni.
-Demi - zwróciłam się do dziewczyny. - Niestety, nie ma z nami Harry'ego ani Destiny, ale tutaj jest drobny upominek ode mnie, Liama i właśnie od nich. Mam nadzieję, że ci się spodoba - przyjaciółka uściskała mnie serdecznie i przejęła zapakowany prezent z moich rąk.
Wyraz jej twarzy był tym, co pozwoliło mi zapomnieć choć chwilę o utrapieniach. Duże na ogół oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej na widok prezentu. Zobaczyłam lśniące łzy, ale nic nie wydostało się na powierzchnię. Demi zaczęła piszczeć i skakać jak szalona. Doskonale wiedziałyśmy z Destiny co jej kupić, a o torebce Givenchy'ego dziewczyna zawsze marzyła.
-Dziękuję, jest piękna! - Demi rzuciła się jednocześnie w ramiona moje i Liama i byłam wdzięczna chłopakowi za jego towarzystwo, bo byłam sporo drobniejsza od przyjaciółki i mogłabym nie wytrzymać tego skoku i napadu radości.
Roześmiałam się mimo woli. Jednak były w naszym życiu jeszcze chwile, w których nic nie było popaprane.
29.08.2013r.
Wędrowałam powolnie ulicami Nowego Jorku, rozkoszując się nieco chłodniejszą pogodą. Kochałam lato, ale jednocześnie mnie ono męczyło. Dobrze było oddychać prawie jesiennym już powietrzem. Uśmiechałam się szeroko sama do siebie, bo byłam zadowolona z prezentu jaki kupiłam Liamowi na urodziny i z tego, że zamierzałam mu zrobić niespodziankę. Od Nialla dostałam klucze do domu po to, żebym mogła w środku zaczekać na szatyna aż wróci z miasta, bo, z tego co mówił Niall, chłopak pojechał spotkać się z rodzicami. Zegarek, który stanowił prezent dla mojego chłopaka niosłam starannie zapakowany. W dodatku byłam bardzo spokojna, gdyż dzień wcześniej jakiś starszy facet dostarczył mi list, w którym znajdowały się informacje dotyczące obecnego położenia Harry'ego i Destiny. Nie miałam pojęcia, skąd Harry go wytrzepał, ale byłam wdzięczna za cenne informacje, z którymi mi się o wiele łatwiej żyło. Dobrze było się dowiedzieć raz na tydzień, gdzie znajduje się moja przyjaciółka. List był pisany jej charakterem pisma i chętnie bym go zatrzymała, ale istniała w nim wyraźna wskazówka, żeby go spalić, aby ludzie Quincey'a nie mogli ich wyśledzić. Kimkolwiek byli ci ludzie. Weszłam rozpromieniona do mieszkania chłopaków i postanowiłam, że zaczekam w kuchni, która była ulubionym miejscem chyba każdej osoby, która przychodziła do tego mieszkania. Nie musiałam długo czekać na kliknięcie zamka w drzwiach. Postanowiłam poczekać w ciszy aż chłopak wejdzie do kuchni jednak nic takiego nie nastąpiło. Po minucie ciszy, usłyszałam kliknięcie zamka w drzwiach, ale tym razem były to drzwi na górze, od sypialni. Po kilku minutach wahania i nasłuchiwania postanowiłam wejść po cichu po schodach. Udało mi się to, zadanie zostało wykonane bezbłędnie. Podeszłam na palcach do drzwi, prowadzących do pokoju Liama tylko po to, żeby otworzyć je z impetem. Od razu pożałowałam, że to zrobiłam. Liam, owszem, znajdował się w pokoju, ale nie sam. Ba, on w łóżku nie znajdował się sam. Na szatynie, okrakiem siedziała półnaga dość ładna blondynka. Może mogłabym dłużej na nią patrzeć, gdyby nie łzy, które momentalnie zaczęły napływać do moich oczu. Wycofałam się z sypialni Liama w akompaniamencie kującej w uszy ciszy. Szatyn wręcz zepchnął blondynkę ze swoich bioder i spojrzał na mnie zszokowany. Nie mogłam na to dłużej patrzeć. Nie mogłam patrzeć na niego. Odwróciłam się i pognałam czym prędzej w stronę drzwi wejściowych omal nie potykając się o własne nogi na schodach. Wybiegłam przed budynek i nagle zorientowałam się, że nie mam gdzie się podziać. Demi wiodła szczęśliwe życie z Niallem, Destiny uciekła gdzieś z Harry'm, a ja zostałam zdradzona i pozostałam samotna jak palec. Liam wykorzystał chwilę i dopadł mnie na chodniku, łapiąc za ramiona i odwracając przodem do siebie. Nie wyrwałam mu się ani go nie uderzyłam mimo, iż miałam taką ochotę. Po prostu stałam naprzeciw niego, tak blisko, że mogłabym go dotknąć i patrzyłam mu się prosto w oczy. Pudełeczko z zapakowanym zegarkiem nagle zaczęło mi ciążyć w dłoni. Bardzo chciałam go wyrzucić za siebie, pod koła jakiegoś przypadkowego samochodu, ale niespodziewanie zrobiło mi się szkoda moich wydanych pieniędzy. Zacisnęłam usta w wąską kreskę. Liam patrzył na mnie ze strachem i bólem malującymi się w oczach. Miałam to gdzieś, bo to ja powinnam być tutaj najbardziej zraniona.
-Sky... to nie tak - powiedział, mimo wszystko, z mocą.
-No pewnie, że nie tak. Po prostu chciałeś ją przelecieć i pewnie nie znacie się od niedawna - prawie że krzyknęłam oskarżycielsko. - Fajnie było spotykać się ze mną, a z nią pieprzyć się na boku? - łzy zaczęły cisnąć mi się do oczu, ale postanowiłam, że będę twarda. - Ile to trwa?
-Sky...
-Ile to trwa?! - teraz odsunęłam się na bezpieczną odległość i wrzasnęłam. Zdenerwowałam się, gdy nie usłyszałam odpowiedzi. - Jak długo?! Słyszysz, ty pierdolony kłamco?! Jak długo się z nią pieprzysz?!
-Sky, uspokój się - to nic nie dało. - Trzy tygodnie. Spotykam się z nią od trzech tygodni.
Te słowa były jak cios wymierzony w mój policzek. Odsunęłam się jeszcze dalej, żeby Liam nie mógł zobaczyć w moich oczach jak bardzo mnie zranił. Spojrzałam na swoje dłonie, w których spoczywało pudełko z prezentem. Cisnęłam nim w szatyna.
-Wszystkiego najlepszego - powiedziałam, dusząc płacz, ale wiedziałam, że balansuję na granicy.
Odwróciłam się i pognałam przez tłum przed siebie, nie zwracając uwagi na to jak beznadziejnie muszę wyglądać z twarzą zalaną łzami.
~James~
Słońce chowało się za horyzontem, spowijając Nowy Jork w różowawym świetle. Kochałem oglądać miasto, które wydawało się, jakby miało zaraz zasnąć, ale tak naprawdę nigdy nie gasły w nim światła. Oparłem się o parapet, przechylając nieco ponad nim, żebym mógł wyjrzeć na życie pode mną. Co prawda nic nie zobaczyłem, bo mieszkałem zbyt wysoko, ale ludzie wyglądali jak mrówki, co śmieszyło mnie, gdy byłem jeszcze dzieciakiem. Wypiłem łyk mocnej espresso, którą przygotowałem sobie chwilę wcześniej. Już miałem wracać do lektury książki, którą wypożyczyłem sobie kilka dni wcześniej z leżącej nieopodal mojego wieżowca biblioteki, gdy nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. Pochodziłem z Chicago, więc było niemożliwe, żeby był to ktoś z rodziny. Przyjaciół miałem niewielu, więc dzwonek do drzwi bardzo mnie zaskoczył. Mimo wszystko ruszyłem żwawym krokiem w stronę korytarza. Otworzyłem drzwi, nie patrząc wcześniej w judasza.
-Co ty tu robisz? - zapytałem zszokowany, widząc przed sobą drobniutką, zapłakaną Sky.
-Mogę tu zostać na noc? James, błagam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz