~Destiny~
13.09.2014 r.
Trzęsącymi się dłońmi starannie zgięłam list na pół, a potem jeszcze raz i położyłam go na szafce nocnej. Musiałam czekać na odpowiedni moment, by Harry mógł go przekazać do naszego 'łącznika', tutaj, w Newport. Nie miałam pojęcia skąd chłopak znał pewną wysoką brunetkę, która przekazywała moje wiadomości dalej, ale zauważyłam, że jeszcze dużo o nim nie wiedziałam. Gdy kilka tygodni temu myślałam o tym, że był 'mroczny' i 'niebezpieczny' przez myśl by mi nie przeszło, że ucieka przed jakimś terrorystą z niewiadomych dla mnie powodów. Oczywiście, pytałam się go wiele razy co takiego zrobił Quincey'owi, że ten chcę mnie zabić, ale zawsze używał jednego ze swoich sposobów, by mnie skołować i pozostawić bez odpowiedzi. Odwróciłam się nagle, gdy chłopak głośno trzasnął drzwiami i znalazł się w naszym prowizorycznym 'pokoju', bez ciepłej wody, stałego dojścia do prądu i z łóżkiem tak niewygodnym, że nawet nie leżąc czułam sprężyny wbijające mi się boleśnie w plecy. Ale tutaj byliśmy 'bezpieczni'. Miałam dosyć tego słowa. Harry rzucił na podłogę czarną, sportową torbę, w której coś głośno załomotało.
- Co to ? - spytałam.
Jednocześnie byłam gotowa w każdej chwili wstać i osobiście sprawdzić zawartość.
- Drobna broń. - wytłumaczył, przeciągając przez głowę szary, gruby sweter, który idealnie nadawałby się dla mojego dziadka.
Pozostawał w samych jeansach, które opinały go mniej, niż jego wcześniejsze spodnie. Właściwie nie wiem skąd on miał te ubrania. Sama chodziłam w jakiś starych łachach, których poprzednia właścicielka była przynajmniej o dwa rozmiary ode mnie większa. Mimo to, były one wyprane i uprasowane. I pozwoliły mi przebierać się przez te trzy tygodnie.
- Czy to na serio konieczne ? - Wstałam i otworzyłam torbę.
Były w niej przynajmniej cztery spluwy, na których absolutnie się nie znałam. Nie wiedziałam z jak daleka można nimi strzelać i czy są wystarczająco skuteczne, by zabić przeciwnika. Jednak udawałam, że wszystko jest w porządku, a ilość broni w ogóle nie robi na mnie wrażenia.
- Tak, jeśli chcesz przeżyć. - wzruszył ramionami. - Za chwilę Dorothea przyniesie nam śniadanie, a potem mam dla ciebie niespodziankę. - uśmiechnął się i włożył na siebie czarny t-shirt.
Coś kazało mi myśleć, że ta niespodzianka wcale mi się nie spodoba. W ogóle mało co mi się podobało, odkąd tu jesteśmy. Pomijając towarzystwo Harry'ego przez całą dobę. Tym akurat byłam wniebowzięta. Przytaknęłam głową i z powrotem usiadłam na łóżku. Jeśli miałabym wypisać rzeczy, które mi nie odpowiadały w Newport to z pewnością na szczycie listy znalazłaby się nuda. W tej wsi, zamieszkiwanej przez niewiele ponad trzy tysiące osób, nie działo się absolutnie nic. I nie chodzi o to, że szukałam rozrywki, gdy za rogiem mógł się czaić morderca, ale nie było mi dane nawet pograć w karty. Ponad to, ten zapyziały motel był jedną z głównych atrakcji. Pomijając park i stacje benzynową. Ulice wyglądały na wymarłe w porównaniu do Manhattanu, tak masowo zasypywanego przez turystów i nowojorczyków. Z zamyśleń wyrwało mnie pukanie do drzwi, które natychmiast postanowiłam otworzyć. Moim oczom ukazała się szczupła, starsza kobieta o mysich włosach, w szarym płaszczu i grubym szaliku. Tuż za nią stała dużo młodsza dziewczyna, o bladej cerze i hebanowych włosach, prawie tak gęstych, jak moje. Mimo, że byliśmy tutaj od dłuższego czasu wciąż słabo znałam te dwie panie.
- Przyniosłam bagietkę z dżemem i gorącą herbatę. - powiedziała, wskazując brodą na tacę. Niska brunetka weszła za nią. - Nadia pomogła mi przynieść ubrania dla ciebie, Dessie. Zrobiło się zimno na dworze. - wytłumaczyła, kładąc posiłek na niewielkim stoliku i chwytając od Nadii kupkę ubrań.
- Dziękuje. - wydukałam, będąc rozpraszana jej ciągłym uśmiechem i tym dziwnym zdrobnieniem mojego imienia.
Skinęła głową i odłożyła jeansy i jakiś sweter z kurtką na łóżko. Potem podeszła do Harry'ego i coś wyszeptała na ucho, ale niestety nie dałam rady tego usłyszeć, po czym obie opuściły nasz pokój. Na widok dżemu truskawkowego całkowicie odechciało mi się jeść. To było idiotyczne, ale zawsze ze Skylar go jadłyśmy. Zawsze. Jedząc go sama, czułabym się, jakbym popełniała swego rodzaju zdradę. Głupota, ja wiem. Przywiązuje za dużą wagę do bzdur. Zrzuciłam z siebie za szeroką bluzkę z krótkim rękawem i odziałam granatowy sweter z drapiącego materiału. Nie było najwygodniejszy, ale przynajmniej w moim rozmiarze. Spojrzałam na Harry'ego kątem oka, gdy przyglądał się uważnie mojej półnagiej sylwetce. Wiedziałam, jakie myśli krążyły po jego głowie. Wciągnęłam na siebie, tym razem za ciasne jeansy, które ledwo dopięły mi się w pasie, a no i tak uważam, że schudłam przez ten wyjazd. Z kurtki postanowiłam zrezygnować, gdyż prędzej wyszłabym naga niż w tym czymś. Związałam niestarannie włosy w koka.
- Nie masz zamiaru nic jeść ? - pytający wzrok chłopaka odnalazł mój, gdy ponownie klapnęłam na łóżko.
- Nie. Ty też byś nie jadł, gdybyś wiedział, że lada moment ktoś cię może zabić. - Zaczęłam bawić się skrawkiem kiczowatej narzuty.
- Szybciej bym umarł, bo nie wiem czy wiesz, ale żyje z taką świadomością od pięciu lat. - stwierdził, odrywając kolejny kawałek bagietki.
Mówił o tym tak swobodnie, że aż przeszły mnie ciarki. Byłam prawie pewna, że potrafiłby zabić z zimną krwią, choć z całego serca starałam się o tym nie myśleć. Pod żadnym pozorem. Bo, gdy stracę do niego zaufanie, stracą jego.
*
- Żartujesz sobie ? - Popatrzyłam na niego zaskoczone, gdy po piętnastu minutach przebijania się przez mokry las i orania nogami w błocie, znaleźliśmy się na równie błotnistej polanie.
Wszystko byłoby w porządku, gdybym w jednej chwili nie pojęła po co Harry ciągnął ze sobą tą torbę z bronią. On chciał strzelać. Przeszedł mnie dreszcz, który wcale nie był spowodowany przenikliwym wiatrem, który dął w drzewa.
- Ani trochę. - Cmoknął mnie w policzek i wyminął. - Chcę, żebyś nauczyła się trzymać broń, a potem powiem ci jak się strzela. Będę wtedy pewniejszy. - wyjaśnił, przymocowując do kory jednego z drzew kawałek jakiejś blachy.
Poczułam, jak nogi się pode mną uginają i lada chwilę mogę runąć w kałuże, w której stałam. Zakręciło mi się w głowie, ale szybko się opanowałam i wciągnęłam w płuca dużą dawkę świeżego powietrza. To była jakaś kpina. Zrobiłam skwaszoną minę i poczłapałam w jego stronę. Jeśli wyjdziemy z tego bez szwanku przysięgam, że mu zdrowo przywalę.
- Łap !- rzucił w moją stronę, jakiś mały pistolet. - Pokaż mi, jakbyś trzymała broń, gdyby nie była ci potrzebna. - poprosił i oparł się o drzewo. Zrobiłam zmieszaną minę i wepchnęłam go za spodnie. - Zwariowałaś ? Postrzeliłabyś się prędzej w nogę. - stwierdził tonem znawcy.
Wzruszyłam ramionami. Było mi zimno i nie miałam siły myśleć o tym, jak trzyma się broń. W myślach odliczałam nieznośnie dłużące się minuty i oczekiwałam niecierpliwie aż ten cyrk się skończy. Stare trampki, które miałam na sobie przemokły całkowicie i teraz czułam się, jakbym brodziła stopami w sadzawce. Do tego wszystkiego broń była ciężka, a strzelanie wymagało nie lada skupienia, podczas, gdy ja nie potrafiłam nawet opanować drżenia dłoni.
- Chyba nic z tego nie będzie, co ? - Podszedł do mnie, gdy po raz kolejny kula poleciała gdzieś między drzewami, zamiast trafić w metalową tabliczkę.
- Przepraszam. To dla mnie za dużo. - westchnęłam głośno i objęłam się ramionami.
Zrobiła się ze mnie taka cipa, jakich mało. Ale uwierzcie, że w takiej sytuacji każdy zachowuje się inaczej. W każdym momencie mogłam zginąć i powinnam się ubezpieczać, ale jednocześnie byłam całkowicie wypruta z sił. Zmęczona i smutna. Zanosiło się na jesienną depresje.
- Spróbujemy kiedy indziej. - Harry przytulił mnie do swojej piersi, chcąc pokazać, że nic złego się nie dzieje.
Skinęłam tylko głową. Ciepłe ramie chłopaka było dla mnie ukojeniem, tak samo jak jego miarowy oddech. Jego zapach kojarzył mi się z czymś dobrym. I tak właśnie chciałam go zapamiętać. Pewnie rzuciłabym się na niego w dzikim pocałunku, ale sytuacja nie wyglądała na odpowiednią do takich wyczynów.
*
- Tak, jeśli chcesz przeżyć. - wzruszył ramionami. - Za chwilę Dorothea przyniesie nam śniadanie, a potem mam dla ciebie niespodziankę. - uśmiechnął się i włożył na siebie czarny t-shirt.
Coś kazało mi myśleć, że ta niespodzianka wcale mi się nie spodoba. W ogóle mało co mi się podobało, odkąd tu jesteśmy. Pomijając towarzystwo Harry'ego przez całą dobę. Tym akurat byłam wniebowzięta. Przytaknęłam głową i z powrotem usiadłam na łóżku. Jeśli miałabym wypisać rzeczy, które mi nie odpowiadały w Newport to z pewnością na szczycie listy znalazłaby się nuda. W tej wsi, zamieszkiwanej przez niewiele ponad trzy tysiące osób, nie działo się absolutnie nic. I nie chodzi o to, że szukałam rozrywki, gdy za rogiem mógł się czaić morderca, ale nie było mi dane nawet pograć w karty. Ponad to, ten zapyziały motel był jedną z głównych atrakcji. Pomijając park i stacje benzynową. Ulice wyglądały na wymarłe w porównaniu do Manhattanu, tak masowo zasypywanego przez turystów i nowojorczyków. Z zamyśleń wyrwało mnie pukanie do drzwi, które natychmiast postanowiłam otworzyć. Moim oczom ukazała się szczupła, starsza kobieta o mysich włosach, w szarym płaszczu i grubym szaliku. Tuż za nią stała dużo młodsza dziewczyna, o bladej cerze i hebanowych włosach, prawie tak gęstych, jak moje. Mimo, że byliśmy tutaj od dłuższego czasu wciąż słabo znałam te dwie panie.
- Przyniosłam bagietkę z dżemem i gorącą herbatę. - powiedziała, wskazując brodą na tacę. Niska brunetka weszła za nią. - Nadia pomogła mi przynieść ubrania dla ciebie, Dessie. Zrobiło się zimno na dworze. - wytłumaczyła, kładąc posiłek na niewielkim stoliku i chwytając od Nadii kupkę ubrań.
- Dziękuje. - wydukałam, będąc rozpraszana jej ciągłym uśmiechem i tym dziwnym zdrobnieniem mojego imienia.
Skinęła głową i odłożyła jeansy i jakiś sweter z kurtką na łóżko. Potem podeszła do Harry'ego i coś wyszeptała na ucho, ale niestety nie dałam rady tego usłyszeć, po czym obie opuściły nasz pokój. Na widok dżemu truskawkowego całkowicie odechciało mi się jeść. To było idiotyczne, ale zawsze ze Skylar go jadłyśmy. Zawsze. Jedząc go sama, czułabym się, jakbym popełniała swego rodzaju zdradę. Głupota, ja wiem. Przywiązuje za dużą wagę do bzdur. Zrzuciłam z siebie za szeroką bluzkę z krótkim rękawem i odziałam granatowy sweter z drapiącego materiału. Nie było najwygodniejszy, ale przynajmniej w moim rozmiarze. Spojrzałam na Harry'ego kątem oka, gdy przyglądał się uważnie mojej półnagiej sylwetce. Wiedziałam, jakie myśli krążyły po jego głowie. Wciągnęłam na siebie, tym razem za ciasne jeansy, które ledwo dopięły mi się w pasie, a no i tak uważam, że schudłam przez ten wyjazd. Z kurtki postanowiłam zrezygnować, gdyż prędzej wyszłabym naga niż w tym czymś. Związałam niestarannie włosy w koka.
- Nie masz zamiaru nic jeść ? - pytający wzrok chłopaka odnalazł mój, gdy ponownie klapnęłam na łóżko.
- Nie. Ty też byś nie jadł, gdybyś wiedział, że lada moment ktoś cię może zabić. - Zaczęłam bawić się skrawkiem kiczowatej narzuty.
- Szybciej bym umarł, bo nie wiem czy wiesz, ale żyje z taką świadomością od pięciu lat. - stwierdził, odrywając kolejny kawałek bagietki.
Mówił o tym tak swobodnie, że aż przeszły mnie ciarki. Byłam prawie pewna, że potrafiłby zabić z zimną krwią, choć z całego serca starałam się o tym nie myśleć. Pod żadnym pozorem. Bo, gdy stracę do niego zaufanie, stracą jego.
*
- Żartujesz sobie ? - Popatrzyłam na niego zaskoczone, gdy po piętnastu minutach przebijania się przez mokry las i orania nogami w błocie, znaleźliśmy się na równie błotnistej polanie.
Wszystko byłoby w porządku, gdybym w jednej chwili nie pojęła po co Harry ciągnął ze sobą tą torbę z bronią. On chciał strzelać. Przeszedł mnie dreszcz, który wcale nie był spowodowany przenikliwym wiatrem, który dął w drzewa.
- Ani trochę. - Cmoknął mnie w policzek i wyminął. - Chcę, żebyś nauczyła się trzymać broń, a potem powiem ci jak się strzela. Będę wtedy pewniejszy. - wyjaśnił, przymocowując do kory jednego z drzew kawałek jakiejś blachy.
Poczułam, jak nogi się pode mną uginają i lada chwilę mogę runąć w kałuże, w której stałam. Zakręciło mi się w głowie, ale szybko się opanowałam i wciągnęłam w płuca dużą dawkę świeżego powietrza. To była jakaś kpina. Zrobiłam skwaszoną minę i poczłapałam w jego stronę. Jeśli wyjdziemy z tego bez szwanku przysięgam, że mu zdrowo przywalę.
- Łap !- rzucił w moją stronę, jakiś mały pistolet. - Pokaż mi, jakbyś trzymała broń, gdyby nie była ci potrzebna. - poprosił i oparł się o drzewo. Zrobiłam zmieszaną minę i wepchnęłam go za spodnie. - Zwariowałaś ? Postrzeliłabyś się prędzej w nogę. - stwierdził tonem znawcy.
Wzruszyłam ramionami. Było mi zimno i nie miałam siły myśleć o tym, jak trzyma się broń. W myślach odliczałam nieznośnie dłużące się minuty i oczekiwałam niecierpliwie aż ten cyrk się skończy. Stare trampki, które miałam na sobie przemokły całkowicie i teraz czułam się, jakbym brodziła stopami w sadzawce. Do tego wszystkiego broń była ciężka, a strzelanie wymagało nie lada skupienia, podczas, gdy ja nie potrafiłam nawet opanować drżenia dłoni.
- Chyba nic z tego nie będzie, co ? - Podszedł do mnie, gdy po raz kolejny kula poleciała gdzieś między drzewami, zamiast trafić w metalową tabliczkę.
- Przepraszam. To dla mnie za dużo. - westchnęłam głośno i objęłam się ramionami.
Zrobiła się ze mnie taka cipa, jakich mało. Ale uwierzcie, że w takiej sytuacji każdy zachowuje się inaczej. W każdym momencie mogłam zginąć i powinnam się ubezpieczać, ale jednocześnie byłam całkowicie wypruta z sił. Zmęczona i smutna. Zanosiło się na jesienną depresje.
- Spróbujemy kiedy indziej. - Harry przytulił mnie do swojej piersi, chcąc pokazać, że nic złego się nie dzieje.
Skinęłam tylko głową. Ciepłe ramie chłopaka było dla mnie ukojeniem, tak samo jak jego miarowy oddech. Jego zapach kojarzył mi się z czymś dobrym. I tak właśnie chciałam go zapamiętać. Pewnie rzuciłabym się na niego w dzikim pocałunku, ale sytuacja nie wyglądała na odpowiednią do takich wyczynów.
*
~Harry~
Słońce chyliło się już ku horyzontowi, gdy ponownie zawitaliśmy pod nasz motel. W powietrzu czuć było nadchodzący deszcz i zapach gnijących, mokrych liści. Do Newport już całkowicie zawitała jesień. Przytłaczająca jesień, która rok w rok była dla mnie utrapieniem. Sprawiała, że na jej okres zamykałem się w sobie jeszcze bardziej niż zazwyczaj. Dałem Des klucze, żeby mogła pójść od razu do naszego pokoju, a sam zniknąłem za drzwiami do domu właścicieli. Powitała mnie ich najmłodsza córka, z włosami tak złotymi, jakby wyrwała się z bajki Disney'a. Chwilę mi się przyglądała, ale potem uciekła na wyższe piętro, po skrzypiących schodach. Może się mnie wystraszyła. To było bardzo możliwe, gdyż przez ostatnie kilka tygodni pod moimi oczami pojawiły się szare cienie, a policzki zapadły się jakbym nic nie jadł. Powoli doszedłem do kuchni, w której siedziała długonoga brunetka, o skórze koloru mokki. Spokojnie mogłaby zostać modelką albo pogodynką. Usiadłem obok niej, na rozwalającym się, drewnianym krzesełku i czekałem aż się odezwie.
- List dotarł bezpiecznie na Manhattan. - stwierdziła w końcu, złączając swoje malinowe usta w wąską kreskę. - Quincey nie daje znaku życia, ale to może być cisza przed burzą.
Pokiwałem ze zrozumieniem głową. Z chęcią wróciłbym do domu, ale wiedziałem, że Quincey jest zbyt sprytny, żeby po prostu odpuszczać.
- Czy Niall i reszta mają się dobrze ? - spytałem, a zaraz potem ugryzłem się w język. Skąd u mnie takie zainteresowanie losem innych ludzi. Skinęła głową, udając, że nie widzi nie chęci na mojej twarzy. - Zostaniemy tutaj nie dłużej niż tydzień, Vittoria. - wyjaśniłem.
No i tak nadużyliśmy ich gościnności, zatrzymując się tutaj całkowicie za darmo. Może nie było to najwygodniejsze miejsce, ale przynajmniej zaufane.
- Spokojnie - Położyła swoją wypielęgnowaną dłoń na mojej. - motel jest do waszej dyspozycji tak długo, jak zechcecie. - uśmiechnęła się pobłażliwie i wstała z krzesła - Dobranoc.
Patrzyłem, jak znika za rogiem, kręcąc zalotnie tyłkiem. Również wstałem i pokierowałem się w stronę pokoju, w którym aktualnie znajdowała się Des. Gdy otworzyłem drzwi, z których powoli odpryskiwała obrzydliwa, zielona farba nie ujrzałem jej. Szybko domyśliłem się, że musi być w toalecie, do której bez skrępowania ruszyłem. Destiny siedziała na parapecie, w samej bieliźnie, z jedną nogą podciągniętą pod brodę. Próbowała zabandażować sobie kostkę, która była lekko obita po dzisiejszej przeprawie przez las. Dziewczyna w pewnym momencie potknęła się i krzywo stanęła. Podniosła na mnie wzrok, ale zaraz potem spochmurniała i wróciła do wykonywanej wcześniej czynności. Czy robiłem coś źle ? W dwóch krokach pokonałem odległość między nami.
<muzyka>
- Pomogę ci. - zapewniłem z mocą i chwyciłem od niej bandaż. Było jej obojętne, bo tylko oparła się o kafelki i przyglądała mi się uważnie. Nie lubiłem, jak ktoś byś dla mnie obojętny. - Przyglądasz mi się. - powiedziałem, uśmiechając się pod nosem.
Chciałem ją trochę rozbawić, bo od dwóch tygodni snuła się za mną, jak cień, w większości czasu nawet nie pozwalając siebie całować. Na tą uwagę też tylko wzruszyła ramionami i zaczęła bawić się odstającą nitką od stanika. Robiła to co wszyscy, gdy dowiadywali się, jaki naprawdę jestem. Powoli się oddalała. Nie powinienem jej tutaj zabierać. Nie ufała mi na tyle. Ja się zakochałem, a ona dała sobie spokój. Pieprzyć to. Skończyłam zawiązywać opatrunek i właśnie w tym momencie Des złapała mnie za rękę.
- Dlaczego to mnie poprosiłeś do tańca ? U was w domu, na imprezie. - spytała z nieukrywaną ciekawością.
- Spodobałaś mi się. Jesteś zadziorna. Nawet, jak się zgadzasz widać błysk w twoim oku. Coś co każe myśleć o tobie na poważnie. No i jesteś piękna.- opowiadałem, gładząc szorstką dłonią jej delikatne ramie.
Nie sądziłem, że stać mnie na takie wyznania. A jednak. Destiny uśmiechnęła się, gdy skończyłem mówić. Nareszcie.
- Pocałuj mnie. - poprosiła z mocą. Zaśmiałem się pod nosem i musnąłem jej usta. Przygryzła jedną wargę. - Jeszcze.
Ponowiłem czynność, ale tym razem oddała mój pocałunek tak zachłannie, jakby chciała to zrobić od dłuższego czasu. Począłem błądzić dłońmi po jej idealnie zaokrąglonych biodrach, potem przenosząc je na szyje i ramiona. Des położyła swoje małe dłonie na moich plecach i wbiła w nie paznokcie. Nie chcąc być dłużny przygryzłem skórę na jej obojczyku. Jęknęła głośno w moje usta. Cholera, nie ma pojęcia, jak bardzo mnie podnieca. Gdy oplotła nogami moją talie, złapałem ją mocno za uda i podniosłem. Składała pocałunki na mojej szyi i szczęce. Przeniosłem ją na łóżko, które zaskrzypiało w geście protestu. Oparłem ręce po obu stronach jej głowy, a ona zaczęła ściągać mój t-shirt. Usiadłem na chwilę przy jej stopach i ściągnąłem go na dobre, rzucając w ciemny róg pokoju. Nie zapominajmy, że w naszym pokoju nie było nawet światła. Wróciłem do poprzedniej pozycji całując ją wzdłuż mostku i w zagłębieniu pomiędzy piersiami. Przejechałem po tym miejscu językiem, po czym dmuchnąłem. Zajęczała cicho co jeszcze bardziej potęgowało moje podniecenie. Kochałem ją, tak, jak jeszcze nikogo na tym zakichanym świecie. Umiejscowiła dłoń w tylnej kieszeni moich spodni i mocno ścisnęła. Nie sądziłem, że miała aż tyle siły. Czułem gorący oddech na szyi, gdy przygryzałem płatek jej ucha i składałem kolejne, mokre pocałunki. Nie mogłem nawet dojrzeć jej twarzy, ale wystarczył obraz, który formował się w mojej głowie. Już miałem przerzucić ją sobie na biodra, gdy jasne światło wlało się do sypialni, oślepiając i mnie, i Des. Nagle cisze przeszył huk rozbijanej szyby i kolejne kule, które zostały wycelowane w naszą stronę. Kurwa, ludzie Quincey'a. Położyłem się płasko na łóżku, to samo nakazując Destiny.
- Cholera, skąd oni się w ogóle wzięli ?! - warknąłem, jakby dziewczyna mogła znać odpowiedź.
Siedziała cicho, trzęsąc się tak, że cały materac za wibrował. Odnalazłem jej dłoń i mocno ścisnąłem. Chciałem, żeby się uspokoiła. W jednej chwili wszystko ustało, a oślepiające reflektory zniknęły, zostawiając nas w lodowatym pokoju. Des szlochała cicho, zwinięta w kłębek na łóżku. Nie chciało jej się już uciekać. Wciągnąłem na siebie koszulkę i chwyciłem z podłogi moją czarną bluzę.
- Chodź, kochanie. - Podbiegłem do niej i siłą uniosłem z łóżka. - Włóż to. Musimy uciekać.
- List dotarł bezpiecznie na Manhattan. - stwierdziła w końcu, złączając swoje malinowe usta w wąską kreskę. - Quincey nie daje znaku życia, ale to może być cisza przed burzą.
Pokiwałem ze zrozumieniem głową. Z chęcią wróciłbym do domu, ale wiedziałem, że Quincey jest zbyt sprytny, żeby po prostu odpuszczać.
- Czy Niall i reszta mają się dobrze ? - spytałem, a zaraz potem ugryzłem się w język. Skąd u mnie takie zainteresowanie losem innych ludzi. Skinęła głową, udając, że nie widzi nie chęci na mojej twarzy. - Zostaniemy tutaj nie dłużej niż tydzień, Vittoria. - wyjaśniłem.
No i tak nadużyliśmy ich gościnności, zatrzymując się tutaj całkowicie za darmo. Może nie było to najwygodniejsze miejsce, ale przynajmniej zaufane.
- Spokojnie - Położyła swoją wypielęgnowaną dłoń na mojej. - motel jest do waszej dyspozycji tak długo, jak zechcecie. - uśmiechnęła się pobłażliwie i wstała z krzesła - Dobranoc.
Patrzyłem, jak znika za rogiem, kręcąc zalotnie tyłkiem. Również wstałem i pokierowałem się w stronę pokoju, w którym aktualnie znajdowała się Des. Gdy otworzyłem drzwi, z których powoli odpryskiwała obrzydliwa, zielona farba nie ujrzałem jej. Szybko domyśliłem się, że musi być w toalecie, do której bez skrępowania ruszyłem. Destiny siedziała na parapecie, w samej bieliźnie, z jedną nogą podciągniętą pod brodę. Próbowała zabandażować sobie kostkę, która była lekko obita po dzisiejszej przeprawie przez las. Dziewczyna w pewnym momencie potknęła się i krzywo stanęła. Podniosła na mnie wzrok, ale zaraz potem spochmurniała i wróciła do wykonywanej wcześniej czynności. Czy robiłem coś źle ? W dwóch krokach pokonałem odległość między nami.
<muzyka>
- Pomogę ci. - zapewniłem z mocą i chwyciłem od niej bandaż. Było jej obojętne, bo tylko oparła się o kafelki i przyglądała mi się uważnie. Nie lubiłem, jak ktoś byś dla mnie obojętny. - Przyglądasz mi się. - powiedziałem, uśmiechając się pod nosem.
Chciałem ją trochę rozbawić, bo od dwóch tygodni snuła się za mną, jak cień, w większości czasu nawet nie pozwalając siebie całować. Na tą uwagę też tylko wzruszyła ramionami i zaczęła bawić się odstającą nitką od stanika. Robiła to co wszyscy, gdy dowiadywali się, jaki naprawdę jestem. Powoli się oddalała. Nie powinienem jej tutaj zabierać. Nie ufała mi na tyle. Ja się zakochałem, a ona dała sobie spokój. Pieprzyć to. Skończyłam zawiązywać opatrunek i właśnie w tym momencie Des złapała mnie za rękę.
- Dlaczego to mnie poprosiłeś do tańca ? U was w domu, na imprezie. - spytała z nieukrywaną ciekawością.
- Spodobałaś mi się. Jesteś zadziorna. Nawet, jak się zgadzasz widać błysk w twoim oku. Coś co każe myśleć o tobie na poważnie. No i jesteś piękna.- opowiadałem, gładząc szorstką dłonią jej delikatne ramie.
Nie sądziłem, że stać mnie na takie wyznania. A jednak. Destiny uśmiechnęła się, gdy skończyłem mówić. Nareszcie.
- Pocałuj mnie. - poprosiła z mocą. Zaśmiałem się pod nosem i musnąłem jej usta. Przygryzła jedną wargę. - Jeszcze.
Ponowiłem czynność, ale tym razem oddała mój pocałunek tak zachłannie, jakby chciała to zrobić od dłuższego czasu. Począłem błądzić dłońmi po jej idealnie zaokrąglonych biodrach, potem przenosząc je na szyje i ramiona. Des położyła swoje małe dłonie na moich plecach i wbiła w nie paznokcie. Nie chcąc być dłużny przygryzłem skórę na jej obojczyku. Jęknęła głośno w moje usta. Cholera, nie ma pojęcia, jak bardzo mnie podnieca. Gdy oplotła nogami moją talie, złapałem ją mocno za uda i podniosłem. Składała pocałunki na mojej szyi i szczęce. Przeniosłem ją na łóżko, które zaskrzypiało w geście protestu. Oparłem ręce po obu stronach jej głowy, a ona zaczęła ściągać mój t-shirt. Usiadłem na chwilę przy jej stopach i ściągnąłem go na dobre, rzucając w ciemny róg pokoju. Nie zapominajmy, że w naszym pokoju nie było nawet światła. Wróciłem do poprzedniej pozycji całując ją wzdłuż mostku i w zagłębieniu pomiędzy piersiami. Przejechałem po tym miejscu językiem, po czym dmuchnąłem. Zajęczała cicho co jeszcze bardziej potęgowało moje podniecenie. Kochałem ją, tak, jak jeszcze nikogo na tym zakichanym świecie. Umiejscowiła dłoń w tylnej kieszeni moich spodni i mocno ścisnęła. Nie sądziłem, że miała aż tyle siły. Czułem gorący oddech na szyi, gdy przygryzałem płatek jej ucha i składałem kolejne, mokre pocałunki. Nie mogłem nawet dojrzeć jej twarzy, ale wystarczył obraz, który formował się w mojej głowie. Już miałem przerzucić ją sobie na biodra, gdy jasne światło wlało się do sypialni, oślepiając i mnie, i Des. Nagle cisze przeszył huk rozbijanej szyby i kolejne kule, które zostały wycelowane w naszą stronę. Kurwa, ludzie Quincey'a. Położyłem się płasko na łóżku, to samo nakazując Destiny.
- Cholera, skąd oni się w ogóle wzięli ?! - warknąłem, jakby dziewczyna mogła znać odpowiedź.
Siedziała cicho, trzęsąc się tak, że cały materac za wibrował. Odnalazłem jej dłoń i mocno ścisnąłem. Chciałem, żeby się uspokoiła. W jednej chwili wszystko ustało, a oślepiające reflektory zniknęły, zostawiając nas w lodowatym pokoju. Des szlochała cicho, zwinięta w kłębek na łóżku. Nie chciało jej się już uciekać. Wciągnąłem na siebie koszulkę i chwyciłem z podłogi moją czarną bluzę.
- Chodź, kochanie. - Podbiegłem do niej i siłą uniosłem z łóżka. - Włóż to. Musimy uciekać.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz