niedziela, 23 marca 2014

Chapter XXIX

~Destiny~
22.08.2013 r. 

Gdy tylko Sky i Liam zniknęli na niewielkiej łódce poderwałam się z drewnianego tarasu w międzyczasie informując o tym prawie śpiącą Dems. Wyglądała, jakby była urodzona do życia w luksusach, a nie jak wychowana w Brooklyńskiej dzielnicy na skraju bankructwa. W zasadzie, gdybym to ja spotykała się Niall też bym szybko przywykła. Weszłam przez szeroko otwarte, szklane drzwi wprost do nowoczesnej kuchni z białymi blatami i szklanym stołem z krzesłami. W domu było bardzo cicho. Niall najprawdopodobniej mył samochód przed domem, a Harry w zasadzie gdzieś wsiąknął. Nie widziałam go odkąd zostawiłam go rano w łóżku. Dzięki schodom dostałam się na kolejne piętro, gdzie znajdował się pokój Grega, który aktualnie zajmowaliśmy z Harrym. Czułam się w nim dziwnie. Miałam wrażenie, jakby ktoś wciąż w nim mieszkał. Wcale nie tak, jakby Greg pracował i miał własne mieszkanie na Manhattanie, a tutaj nie był już dobre trzy lata. Aczkolwiek musiałam przyznać, że dom był zachowany w niezwykle dobrym stanie. Nie było widać śladów kurzu czy brudu. Z tego co zdążyłam poznać rodzinę Horanów nie zdziwiłabym się, gdyby mieli zatrudnioną sprzątaczkę tylko do tego domku letniskowego. Przełożyłam przez głowę białą koszulkę od piżamy i rzuciłam ją na łóżko. To samo zrobiłam z krótkimi spodenkami, bardziej przypominającymi bokserki. Szybko przebrałam się w coś wygodnego, jednak bardziej przypominającego strój dzienny. Odbyłam poranną toaletę i umalowałam się. Włosy tylko delikatnie przeczesałam. Nie wymagały zaangażowania w układanie ich. Otworzyłam na rozcież drzwi wychodzące na balkon, które były praktycznie niewidoczne przy w całości oszklonych ścianach. Przewiesiłam się przez barierkę z góry dostrzegając Niall'a, który nadzwyczaj starannie mył felgi samochodu.I, o, ku mojemu zdziwieniu obok stał Harry, który spłukiwał pianę za pomocą wody ze szlaucha. Gdy uniósł głowę i spostrzegł, że mu się przyglądam machnęłam do niego machinalnie ręką. Postanowiłam, że póki co nie mam nic lepszego do roboty, więc mogę spokojnie zejść do nich i porozmawiać. Skoro i tak Sky poszła oddawać się Liam'owi, a Demi ma swój świat. Opuściłam sypialnię i zbiegłam po schodach, o mało co nie potykając się o leżący koszyku z praniem. Tutaj naprawdę ktoś musiał być i sprzątać. Nawet w tym momencie ! Zepchnęłam moje zaskoczenie na drugi plan i dokończyłam wędrówkę do drzwi frontowych. W moją twarz uderzył, ciepły wiatr, który osobiście uwielbiałam. Promienie słońca przedostawały się przez gęste korony drzew. Było naprawdę wspaniale. Wkroczyłam na kamienną ścieżkę, wyznaczoną w trawie, by dość do żwirowego podjazdu, gdzie stały samochody.
- Nie sądziłam, że bogaci ludzie sami robią takie rzeczy. - zwróciłam się do Niall'a, wskazując na auto.
Uśmiechnął się szeroko, ukazując szereg białych, wyprostowanych zębów.
- Ja też nie. Póki najbliższa myjka nie znalazła się dziesięć kilometrów poza tą wsią. - wytłumaczył, na chwilę przerywając mycie lusterek.
Pokiwałam ze zrozumieniem głową. Skierowała mój wzrok na Harry'ego, który bez większego zaangażowania machał szlauchem rozlewając wodę nie tylko na samochód, ale też dookoła siebie.
- Duże dziecko ! - krzyknęłam, a on momentalnie odwrócił się w moją stronę.
Kilka chłodnych kropelek wody obryzgało moje gołe palce. Uskoczyłam na bok, przy głośnym akompaniamencie śmiechu chłopaka. Wiedziałam, że coś się kroi, gdy zaczął w zaskakująco szybkim tempie zbliżać się w moją stronę.
- Nawet nie próbuj ! - zrobiłam krok do tyłu, gdy kolejny raz woda spoczęła na stopach. - Harry, to nowa bluzka. - powiedziałam, teraz już trochę błagalnie.
Mimo wszystko jego wędrówka wciąż nie ustawała. Cofnęłam się jeszcze raz, ale w tym momencie to no i tak było na nic. Lodowata woda ze szlaucha ogrodowego oblała mnie dokładnie całą. Od czubka głowy po koniuszki palców, przyozdobionych french'em.
- Czyżbyś była mokra na mój widok ? - spytał, łapiąc mnie od tyłu w pasie.    
- Czy ty oszalałeś ? - Próbowałam się wyrwać z jego uścisku, ale to tylko sprawiło, że podniósł mnie kilka centymetrów nad ziemię. - Cały mój makijaż spłynął. - pożaliłam się.
Jednak na moich ustach wykwitł szeroki uśmiech. Który powiększył się jeszcze bardziej, gdy Harry złożył soczystego całusa na moim policzku. Jego dotyk sprawiał, że czułam się lepiej niż z kimkolwiek innym, ale nie chciałam dać mu łatwo za wygraną. Ugryzłam jego palec, na co zareagował głośnym przekleństwem. Ale jedno szybkie spojrzenie w jego oczy wystarczyło, bym wiedziała, że nie jest zły. W dalszym ciągu chciał prowadzić tą przepychankę. Zrzuciłam z moich nóg japonki i wykorzystując moment nieuwagi popędziłam prosto do domu. Rozglądałam się chwilę i zadecydowałam biec do drzwi tarasowych. Harry był tuż za mną. W zasadzie już prawie trzymał moją rękę, ale przyspieszyłam kroku. Czułam, że niedługo będę musiała się zatrzymać. Moja kondycja była do dupy. Wbiegłam na taras. Demi, która teraz popijała jakiegoś drogiego, owocowego drinka rzuciła mi zdziwione spojrzenie, po czym uśmiechnęła się szeroko, gdy zauważyła Pana Złego. To przezwisko pasowało do niego coraz mniej. Choć w sumie. On podpalił jakiś budynek. A mnie to całkowicie przestało obchodzić. Skoczyłam na świeżą, zieloną trawę i potknęłam się, nieszczęśliwie stawiając nogę pod dziwnym kątem. Jeden moment starczył, by stwierdzić, że nie jest ani złamana, ani skręcona. Niestety, moja chwilowa 'kontuzja' dała Harry'emu szansę schwytania mnie. Przycisnął mnie mocno do swojego twardego torsu, spowitego mokrym podkoszulkiem. Połaskotał mnie w boki na co pisnęłam i podskoczyłam w miejscu.
- Masz mnie ! - podniosłam ręce w geście bezradności. - Jestem twoja.
- Zawsze byłaś. - przypomniał, odwracając mnie przodem do siebie.
Jego loki były zmierzwione i praktycznie całkowicie mokre, a szmaragdowe oczy zmieniały barwę na coraz ciemniejszą. Stanęłam na jego bosych stopach i złożyłam pocałunek na idealnie wykrojonych ustach.
- Bez wizji, prosimy. - dotarł do mnie głos Liam'a, który razem ze Sky wracali za rękę od strony jeziora.
Czyli romantycznie śniadanie dobiegło końca.
- A wy, co robiliście na tej łódce ? - spytałam, patrząc się na nich oskarżycielsko.
Obserwowałam z satysfakcją, jak Skylar pąsowieje i zbywa mnie machnięciem ręki. Za to Liam wystawił do mnie środkowego palca. Co ?! Takie gesty ze strony Liam'a były nowością albo po prostu nie znałam go jeszcze od tej strony.
- Stary, bo ci wypierdolę. - Harry popatrzył się na niego całkiem poważnie, ale zaraz obaj z Li wybuchnęli śmiechem.
- Dobra, luzuj bohaterze. - mruknął brązowooki, wypuszczając swoją dziewczynę z objęć, by mogła usiąść obok Dems.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Byłam zadowolona, że chłopaki tak się przed nami otworzyli od czasu ich poznania. Zachowywali się całkiem swobodnie, nie szczędzili sobie uszczypliwych uwag. Może wiedzieli, że można nam zaufać, że ich nie oceniamy.
*
Siedziałam na łóżku w sypialni należącej do Niall'a. Po przeciwnej stronie o zagłówek opierała się Sky, a na ziemi rozłożona była Demi, która wyciągała kolejne części garderoby ze swojej torby i z każdą kolejną była coraz bardziej zirytowana. Skylar popijała mojito, patrząc się na przyjaciółkę z politowaniem. Miała mokre włosy i była obwinięta tylko ręcznikiem.
- Zupełnie nie wiem w co się ubrać. - załkała Dems, wywalając z walizeczki parę drogich koturn.
- Idziemy tylko do pubu obejrzeć mecz. Włóż cokolwiek. - wzruszyłam ramionami i sięgnęłam do miski z pistacjami.
Dziewczyna posłała w moją stronę piorunujące spojrzenie i wyciągnęła z samego dna czarną spódniczkę na szelkach. Jednak zaraz stwierdziła, że to zły wybór i rzuciła ją w kąt pokoju. Od kiedy Demi przejmuje się aż tak bardzo swoim wyglądem ? Z tego co pamiętam mogła codziennie wychodzić w bluzie z colleg'u i nic się nie działo. Myślę, że jej chłopak trochę podniósł jej standard życia. Dobrze, że Harry to nie jakiś nawiedzony projektant mody w pedalskich włosach.
- Możesz pożyczyć coś ode mnie. - zaproponowała Sky, wskazując torbę w zebrę, która leżała pod komodą.
- Masz coś co pasuje do sandałków od Jimmy'ego Choo ? - spytała retorycznie.
Parsknęłam śmiechem na jej protekcjonalny ton i na reakcje Skylar, która tylko wywróciła oczami i wypiła do końca drinka.
- Będziesz wyglądała dziwnie w tych butach. Jesteśmy na wsi, a nie na Manhattanie. - Spojrzałam na nią wyzywająco, ale tylko wzruszyła ramionami.
Czyli no i tak włoży te całe sandałki.
- Co nie zmienia faktu, że to wciąż Nowy Jork.- podsumowała i na tym mniej więcej skończyła się nasza dyskusja.
George stwierdziła, że sama musi jeszcze wysuszyć włosy i w coś się ubrać, a dochodziła szósta więc zniknęła za drzwiami łazienki. Ja natomiast postanowiłam udać się do 'własnej' sypialni. Nie miałam pojęcia co na siebie włożyć. Gdy przekroczyłam próg pokoju ujrzałam Harry'ego, który w samym ręczniku - obwiniętym wokół jego bioder - leżał na łóżku i wystukiwał coś na swoim telefonie. Uniósł na chwilę na mnie wzrok, ale szybko wrócił do urządzenia. Byłam wdzięczna, że powstrzymywał się od uwag na temat mojego obecnego wyglądu. Kucnęłam przy drzwiach toalety, gdzie obecnie leżała moja torba i zaczęłam przerzucać w niej ubrania. Wszystko wydawało się być nieodpowiednie na wyjście do wiejskiego pubu. Wyciągnęłam w końcu kwiecistą bluzkę na cienkich ramiączkach i jasne dżinsy. Musiałam się czymś jednak wyróżniać od mieszkańców Greenfield. Nim zdążyłam wstać, ktoś trzymał mnie za biodra i przyciskał mocno do siebie.
- Ile mamy czasu do wyjścia ? - Harry pocałował mnie za uchem i w miejscu gdzie szczęka stykała się z szyją.
- Tylko czterdzieści minut, a ja jestem w kompletnej rozsypce. - powiedziałam, odwracając się do niego przodem.
Niech on się lepiej ubierze, zanim dostanę zawału.
- Możesz iść w tym. - stwierdził, pociągając za brzeg mojej różowej bluzki.
- Daj spokój. -Klepnęłam go żartobliwie w ramię. - Wyglądam, jak ofiara losu. Twoje brudne myśli będą musiały poczekać.
Uśmiechnął się pod nosem, po czym najseksowniej, jak tylko mogłam sobie wyobrazić, przygryzł wargę. Mimo woli zarumieniłam się, dlatego też szybko uciekłam od jego wzroku, udając, że szukam czarnych butów, które miałam dzisiaj włożyć. Już wyciągałam rękę, żeby przesunąć go na bok, ale złapał mój nadgarstek.
- Nigdzie się nie ruszam i ty też nie. - Wskazał na mnie palcem.
Pokręciłam głową i otworzyłam usta, chcąc mu wytłumaczyć, że nie mam czasu na głupie gierki, ale szybko je zamknęłam, gdy niespodziewanie pochylił się i pocałował mnie w policzek. Mówiąc szczerze, spodziewałam się raczej przygwożdżenia do ściany i aktów bardziej podobnych do molestowania. Jednak nic takiego nie nastąpiło. Przeszłam z nogi na nogę, nie wiedząc w zasadzie co powinnam zrobić. Stałam, jak ta ostatnia idiotka i przyglądałam się jego mokrym włosom, zaciśniętej szczęce i naprawdę delikatnemu zarostowi. Żadne z nas się nie odzywało. Jako osoba przedstawiająca płeć żeńską powinnam raczej uważać to za romantyczne, ale, cholera jasna, czy możemy już zakończyć ten pieprzony teatrzyk.
- A teraz całkiem serio, muszę się szykować. - przerwałam panującą ciszę, na co zrobił urażoną minę, ale w końcu dał mi przejść.
Spod szafki nocnej wyciągnęłam parę czarnych koturn. Dlaczego my wszystko zawsze rozwalaliśmy po całym mieszkaniu ? Gdy kierowałam się już do lustra, z głośników podłączonych do telefonu poleciała znana mi melodia. Schoolboy Q 'Collard Greens'. Harry musiał włączyć muzykę nim zamknął się w łazience. Ubrałam się szybko, z trudem wciągając na nogi wąskie spodnie. W momencie, gdy Harry wyszedł ubrany, ja zapinałam klamerkę butów. Chłopak miał na sobie czarne, obcisłe spodnie i zwykły podkoszulek w tym samym kolorze. Widać było dobrze wychodzące spod niego tatuaże. Długie włosy przewiązał czymś co wyglądało, jak rękaw starej koszuli. Zaśmiałam się na jego widok.
- Co cię tak bawi ? - spytał, w trakcie gdy spryskiwał się perfumami i podrygiwał do włączonej muzyki.
- Ta szmata na głowię. - powiedziałam, wklepując w usta różany balsam do ust.
- To jest po prostu wygodne. A poza tym, ty się na niczym nie znasz. - machnął na mnie ręką, co całkowicie zignorowałam.
Harry potrafił ubrać się, jak ostatni wieśniak, więc wolałam nie stosować się do jego wskazówek odnośnie mody.
~Harry~

Zajęliśmy miejsce przy największym, drewnianym stoliku w tym pubie. W powietrzu unosił się dym nikotynowy i zapach piżma. Powietrze zdawało się być ciężkie, co mnie w pewien sposób męczyło. Rzuciłem przelotne spojrzenie na telewizor wiszący na ścianie. Mecz zaczął się już dwadzieścia minut temu i teraz Brooklyn Nets przegrywali z Boston Celtics. Zająłem miejsce między Des, a Liam'em, który swoją drogą ciągle szczerzył się do Sky. Czy on dostał jakiegoś szczękościsku ? Odwróciłam szybko od nich wzrok, w momencie, w którym mieli się pocałować i od razu pożałowałem, że nie zająłem innego miejsca. Niall i Demi przynajmniej ekscytowali się meczem. Zaś Destiny siedziała w ciszy i bawiła się paskiem od swojej torby. Wyglądała, jakby coś ją trapiło, ale jakoś nie miałem ochoty teraz o to pytać. Nie zajęło dużo czasu, za nim dotarła do nas kelnerka o rudawych włosach i całkiem sporym biuście, doskonale widocznym przez białą, obcisłą koszulkę. Była naprawdę niezła, a jedyna myśl jaka zrodziła się w mojej głowie to, to, żeby ją przelecieć. Wbiłem wzrok w podłogę, po czym spojrzałem na zarumienione policzki Des. Głos w mojej głowie krzyczał, abym ustawił sobie jakąś hierarchię wartości, a dziewczynę po mojej lewej stronie postawił w niej na pierwszym miejscu. Moi znajomi szybko złożyli zamówienie, na co składało się głównie piwo i miska orzeszków. 
- Pierce, postaraj się bardziej ! - wrzasnęła Demi, gestykulując dziwnie w stronę telewizora. 
Parę osób ze stolika obok spojrzało na nas podejrzliwie. 
- Niall, mógłbyś uspokoić swoją dziewczynę. - poprosiłem, patrząc na niego spod byka. 
Dems zmierzyła mnie groźnym spojrzeniem, ale się nie odezwała. 
- Ale widziałeś jaką akcję on zwalił ?! - krzyknął blondyn. 
Czy ten zasrany mecz był dla nich naprawdę tak ważny ? Przyjaciele oddali się dalszej dyskusji, z której całkowicie się wyłączyłem. Naprawdę nie obchodził mnie wybór sali na urodziny Liam'a, czy ustalanie terminu zakupów. Czułem się, jakbym był ponad to wszystko, ale naprawdę nie potrafiłem sobie poradzić z niczym sam. Tak bardzo żałosny i zadufany w sobie. Groźny i nieobliczalny. Czerpiący radość z bojaźni i cierpienia innych. Takiego mnie właśnie postrzegali. I nie mylili się tak bardzo. Ale Des ? Chciałem wiedzieć co ona czuła, co ją przerażało. Tylko, że była wyjątkowo małomówna. Myślałbym pewnie nad tym gównem dłużej, ale przerwał mi wibrujący w kieszeni telefon. Nie zdziwiłem się tak bardzo, gdy numer się nie wyświetlił. Odszedłem kilka metrów od naszego stolika i odebrałem. 
- Jeszcze żyjesz ? - po drugiej stronie odezwał się niski i ochrypły głos. 
Znałem ten głos, a jego właściciela wolałbym już nigdy więcej nie widywać na oczy. Quincey. Myślałem, że dał sobie ze mną spokój, kiedy dwa lata temu 'wyjaśniliśmy' sobie wszystko. Ale nagle wszystko stanęło, jak żywe przed moimi oczami. Zrozumiałem dlaczego połowa wakacji była dla nas udręką. To wszystko było tak oczywiste, że aż śmieszne. Harry, ty pierdolony idioto ! 
- Jak słyszysz. - Oprzytomniałem i odruchowo spojrzałem w stronę Des. 
Śmiała się zupełnie niczego nieświadoma. 
- A ta twoja mała suka ? - Kpina w jego głosie była, aż nadto wyczuwalna. 
Zacisnąłem pięść tak mocno, że mi pobielały knykcie. Zadrżałem. Mimo tego co mu zrobiłem, nie miał prawa jej tak nazywać. Ponad to, wiedziałem, że coś knuje. Byłem pewien. 
- Czego chcesz ? - zignorowałem go. 
Zaśmiał się gorzko. Wiedział, jak bardzo mnie to rozzłości. Wyjrzałem przez niewielkie okno, w starych, drewnianych ramach. Jednak na dworze nie zauważyłem nic niepokojącego. Tamtego dnia też nic nie widziałem. A potem było za późno. 
- Myślisz, że zapomniałem ? Że nie pamiętam o niej ? Jeśli tak, to jesteś w błędzie. I nie rozglądaj się tak nerwowo. To no i tak gówno da. - Spuściłem głowę, żeby nie wyglądać na jeszcze bardziej zdesperowanego. Cholera. On tu jest. - Moja córka obchodziłaby dzisiaj dziesiąte urodziny. Ale przez ciebie, ty popaprańcu, nic takiego się nie stanie. Bo Leah nie żyje ! Ty mi coś zabrałeś, ja zabiorę coś tobie. Czekałem pięć lat na odpowiednią osobę. Matki by ci nie było szkoda, ty pieprzony dupku, co nie ? No i tak choruje. Masz ją gdzieś. Ta zdzira, Des, to coś innego.
- Dobrze wiesz, że to nie było tak. - zacząłem, ale jego nerwowy śmiech mi przerwał. 
Quincey dorobił sobie tą historię. Nikogo nie zabiłem. Nie zrobiłem tego ! 
- Za późno. Było o tym myśleć, za nim podpaliłeś ten dom. Mam cię dość, ale zabójstwo jest zbyt proste. Wyrżnę każdego, abyś został sam. Ale zacznę od twojej dziewczyny. Zobaczymy co zdołasz zrobić. - rozłączył się. 
Pierwszy raz, od dwudziestu lat, poczułem na moim policzku łzę. Miałem tak mało czasu. Dlaczego nie zauważyłem tego wcześniej ? Te esemesy, to, że chcieli czegoś ważnego dla mnie. To byli ludzie Quincey'a, a ja nie brałem nawet tego pod uwagę. Powinienem stąd zabrać Destiny. I to jak najszybciej. Ale, jak mam to zrobić skoro on stoi pod pubem. Zakląłem pod nosem, zaciskając pięści po bokach mojego tułowia. 
- Co jest ? - Poczułem na plecach dotyk małych dłoni Des.
Instynktownie napiąłem mięśnie. Co jej miałem powiedzieć ? Czas na kłamstwa się skończył. W ogóle czas się skończył. 
- Nic takiego. Dzwonił mój...stary znajomy. - skłamałem dosyć gładko, jak na kogoś kto znajduje się w rozsypce emocjonalnej.  
- Na pewno ? Wyglądasz na spiętego. - Potarła kciukami moje nadgarstki.
Jej dotyk był kojący, ale to za mało. Musieliśmy uciekać, a ja nie miałem pojęcia, jak to zrobić. Byłem, jak ptak w klatce. Pragnąłem wolności, jednocześnie będąc w potrzasku.
- Ufasz mi ? - spytałem. Wiedziałem, że już kiedyś przerabialiśmy taką rozmowę, ale teraz to było ważniejsze. Nie wezmę jej, wiedząc, że nie ufa mi stuprocentowo. Wyglądała na lekko zaskoczoną, jednak pokiwała głową. - Na pewno ?
- Tak, jestem w stanie zrobić dla ciebie wszystko. - stwierdziła z mocą.
Nie była jeszcze świadoma, jak wielki błąd popełnia. Jak wielki błąd ja popełniam. Ale za bardzo ją kochałem, żeby ją zostawić.
- Musimy wyjechać gdzieś. Teraz, zaraz. Nie ma czasu na powrót do domu. Może na północ. Może być Maine lub coś w tym stylu. Mam kartę kredytową i pełny bak w samochodzie. Wrócimy tu, obiecuje. Ale teraz musimy uciekać. - Z każdym moim słowem jej oczy powiększały się, a palce mocniej ściskały moje nadgarstki.
- A oni ? - wskazała za siebie, na stolik zajmowany przez naszych przyjaciół.
- Nic im się nie stanie. Przysięgam. Wrócimy tutaj, jak najszybciej, ale teraz musimy się stąd jakoś wymknąć.
Niespodziewanie przycisnęła swoja drżące wargi do moich i objęła mnie w pasie.
- Dobrze. Wierzę ci. - wyszeptała, ale w jej oczach już zaczynały formować się łzy.
Destiny, proszę nie płacz, bo nie zniosę tego. Chwyciłem dziewczynę za rękę i poprowadziłem ją w stronę baru. Sky, Liam, Niall i Demi byli zbyt zajęci meczem i sobą, by zwrócić na nas uwagę. Pogadałem chwilę z cycatą barmanką, która w ostateczności zgodziła się wypuścić nas wyjściem ewakuacyjnym. Nie miałem pewności, że nie jest obstawione przez ludzi Quincey'a, ale na pewno to było bezpieczniejsze, niż wychodzenie normalnie. Szybko odnalazłem czarnego Range Rovera, który stał na parkingu, koło kontenerów. Na szczęście zawsze stawiałem samochód w mniej tłocznych miejscach. Na szczęście. Nakazałem Des wejść do samochodu, a sam rozglądając się dookoła oderwałem rejestracje i wrzuciłem ją na tylne siedzenie. Nie mogę nas namierzyć, pod żadnym pozorem. Odpaliłem silnik i ruszyłem z piskiem opon. Muszę, jak najszybciej wyjechać z Nowego Jorku.
 










      

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz