czwartek, 27 marca 2014

Chapter I (Arcana)

~Destiny~
13.09.2014 r. 


Trzęsącymi się dłońmi starannie zgięłam list na pół, a potem jeszcze raz i położyłam go na szafce nocnej. Musiałam czekać na odpowiedni moment, by Harry mógł go przekazać do naszego 'łącznika', tutaj, w Newport. Nie miałam pojęcia skąd chłopak znał pewną wysoką brunetkę, która przekazywała moje wiadomości dalej, ale zauważyłam, że jeszcze dużo o nim nie wiedziałam. Gdy kilka tygodni temu myślałam o tym, że był 'mroczny' i 'niebezpieczny' przez myśl by mi nie przeszło, że ucieka przed jakimś terrorystą z niewiadomych dla mnie powodów. Oczywiście, pytałam się go wiele razy co takiego zrobił Quincey'owi, że ten chcę mnie zabić, ale zawsze używał jednego ze swoich sposobów, by mnie skołować i pozostawić bez odpowiedzi. Odwróciłam się nagle, gdy chłopak głośno trzasnął drzwiami i znalazł się w naszym prowizorycznym 'pokoju', bez ciepłej wody, stałego dojścia do prądu i z łóżkiem tak niewygodnym, że nawet nie leżąc czułam sprężyny wbijające mi się boleśnie w plecy. Ale tutaj byliśmy 'bezpieczni'. Miałam dosyć tego słowa. Harry rzucił na podłogę czarną, sportową torbę, w której coś głośno załomotało. 
- Co to ? - spytałam. 
Jednocześnie byłam gotowa w każdej chwili wstać i osobiście sprawdzić zawartość. 
- Drobna broń. - wytłumaczył, przeciągając przez głowę szary, gruby sweter, który idealnie nadawałby się dla mojego dziadka. 
Pozostawał w samych jeansach, które opinały go mniej, niż jego wcześniejsze spodnie. Właściwie nie wiem skąd on miał te ubrania. Sama chodziłam w jakiś starych łachach, których poprzednia właścicielka była przynajmniej o dwa rozmiary ode mnie większa. Mimo to, były one wyprane i uprasowane. I pozwoliły mi przebierać się przez te trzy tygodnie. 
- Czy to na serio konieczne ? - Wstałam i otworzyłam torbę. 
Były w niej przynajmniej cztery spluwy, na których absolutnie się nie znałam. Nie wiedziałam z jak daleka można nimi strzelać i czy są wystarczająco skuteczne, by zabić przeciwnika. Jednak udawałam, że wszystko jest w porządku, a ilość broni w ogóle nie robi na mnie wrażenia.
- Tak, jeśli chcesz przeżyć. - wzruszył ramionami. - Za chwilę Dorothea przyniesie nam śniadanie, a potem mam dla ciebie niespodziankę. - uśmiechnął się i włożył na siebie czarny t-shirt.
Coś kazało mi myśleć, że ta niespodzianka wcale mi się nie spodoba. W ogóle mało co mi się podobało, odkąd tu jesteśmy. Pomijając towarzystwo Harry'ego przez całą dobę. Tym akurat byłam wniebowzięta. Przytaknęłam głową i z powrotem usiadłam na łóżku. Jeśli miałabym wypisać rzeczy, które mi nie odpowiadały w Newport to z pewnością na szczycie listy znalazłaby się nuda. W tej wsi, zamieszkiwanej przez niewiele ponad trzy tysiące osób, nie działo się absolutnie nic. I nie chodzi o to, że szukałam rozrywki, gdy za rogiem mógł się czaić morderca, ale nie było mi dane nawet pograć w karty. Ponad to, ten zapyziały motel był jedną z głównych atrakcji. Pomijając park i stacje benzynową. Ulice wyglądały na wymarłe w porównaniu do Manhattanu, tak masowo zasypywanego przez turystów i nowojorczyków. Z zamyśleń wyrwało mnie pukanie do drzwi, które natychmiast postanowiłam otworzyć. Moim oczom ukazała się szczupła, starsza kobieta o mysich włosach, w szarym płaszczu i grubym szaliku. Tuż za nią stała dużo młodsza dziewczyna, o bladej cerze i hebanowych włosach, prawie tak gęstych, jak moje. Mimo, że byliśmy tutaj od dłuższego czasu wciąż słabo znałam te dwie panie.
- Przyniosłam bagietkę z dżemem i gorącą herbatę. - powiedziała, wskazując brodą na tacę. Niska brunetka weszła za nią. - Nadia pomogła mi przynieść ubrania dla ciebie, Dessie. Zrobiło się zimno na dworze. - wytłumaczyła, kładąc posiłek na niewielkim stoliku i chwytając od Nadii kupkę ubrań.
- Dziękuje. - wydukałam, będąc rozpraszana jej ciągłym uśmiechem i tym dziwnym zdrobnieniem mojego imienia.
Skinęła głową i odłożyła jeansy i jakiś sweter z kurtką na łóżko. Potem podeszła do Harry'ego i coś wyszeptała na ucho, ale niestety nie dałam rady tego usłyszeć, po czym obie opuściły nasz pokój. Na widok dżemu truskawkowego całkowicie odechciało mi się jeść. To było idiotyczne, ale zawsze ze Skylar go jadłyśmy. Zawsze. Jedząc go sama, czułabym się, jakbym popełniała swego rodzaju zdradę. Głupota, ja wiem. Przywiązuje za dużą wagę do bzdur. Zrzuciłam z siebie za szeroką bluzkę z krótkim rękawem i odziałam granatowy sweter z drapiącego materiału. Nie było najwygodniejszy, ale przynajmniej w moim rozmiarze. Spojrzałam na Harry'ego kątem oka, gdy przyglądał się uważnie mojej półnagiej sylwetce. Wiedziałam, jakie myśli krążyły po jego głowie. Wciągnęłam na siebie, tym razem za ciasne jeansy, które ledwo dopięły mi się w pasie, a no i tak uważam, że schudłam przez ten wyjazd. Z kurtki postanowiłam zrezygnować, gdyż prędzej wyszłabym naga niż w tym czymś. Związałam niestarannie włosy w koka.
- Nie masz zamiaru nic jeść ? - pytający wzrok chłopaka odnalazł mój, gdy ponownie klapnęłam na łóżko.
- Nie. Ty też byś nie jadł, gdybyś wiedział, że lada moment ktoś cię może zabić. - Zaczęłam bawić się skrawkiem kiczowatej narzuty.
- Szybciej bym umarł, bo nie wiem czy wiesz, ale żyje z taką świadomością od pięciu lat. - stwierdził, odrywając kolejny kawałek bagietki.
Mówił o tym tak swobodnie, że aż przeszły mnie ciarki. Byłam prawie pewna, że potrafiłby zabić z zimną krwią, choć z całego serca starałam się o tym nie myśleć. Pod żadnym pozorem. Bo, gdy stracę do niego zaufanie, stracą jego.
*
- Żartujesz sobie ? - Popatrzyłam na niego zaskoczone, gdy po piętnastu minutach przebijania się przez mokry las i orania nogami w błocie, znaleźliśmy się na równie błotnistej polanie.
Wszystko byłoby w porządku, gdybym w jednej chwili nie pojęła po co Harry ciągnął ze sobą tą torbę z bronią. On chciał strzelać. Przeszedł mnie dreszcz, który wcale nie był spowodowany przenikliwym wiatrem, który dął w drzewa.
- Ani trochę. - Cmoknął mnie w policzek i wyminął. - Chcę, żebyś nauczyła się trzymać broń, a potem powiem ci jak się strzela. Będę wtedy pewniejszy. - wyjaśnił, przymocowując do kory jednego z drzew kawałek jakiejś blachy.
Poczułam, jak nogi się pode mną uginają i lada chwilę mogę runąć w kałuże, w której stałam. Zakręciło mi się w głowie, ale szybko się opanowałam i wciągnęłam w płuca dużą dawkę świeżego powietrza. To była jakaś kpina. Zrobiłam skwaszoną minę i poczłapałam w jego stronę. Jeśli wyjdziemy z tego bez szwanku przysięgam, że mu zdrowo przywalę.
- Łap !- rzucił w moją stronę, jakiś mały pistolet. - Pokaż mi, jakbyś trzymała broń, gdyby nie była ci potrzebna. - poprosił i oparł się o drzewo. Zrobiłam zmieszaną minę i wepchnęłam go za spodnie. - Zwariowałaś ? Postrzeliłabyś się prędzej w nogę. - stwierdził tonem znawcy.
Wzruszyłam ramionami. Było mi zimno i nie miałam siły myśleć o tym, jak trzyma się broń. W myślach odliczałam nieznośnie dłużące się minuty i oczekiwałam niecierpliwie aż ten cyrk się skończy. Stare trampki, które miałam na sobie przemokły całkowicie i teraz czułam się, jakbym brodziła stopami w sadzawce. Do tego wszystkiego broń była ciężka, a strzelanie wymagało nie lada skupienia, podczas, gdy ja nie potrafiłam  nawet opanować drżenia dłoni.
- Chyba nic z tego nie będzie, co ? - Podszedł do mnie, gdy po raz kolejny kula poleciała gdzieś między drzewami, zamiast trafić w metalową tabliczkę.
- Przepraszam. To dla mnie za dużo. - westchnęłam głośno i objęłam się ramionami.
Zrobiła się ze mnie taka cipa, jakich mało. Ale uwierzcie, że w takiej sytuacji każdy zachowuje się inaczej. W każdym momencie mogłam zginąć i powinnam się ubezpieczać, ale jednocześnie byłam całkowicie wypruta z sił. Zmęczona i smutna. Zanosiło się na jesienną depresje.
- Spróbujemy kiedy indziej. - Harry przytulił mnie do swojej piersi, chcąc pokazać, że nic złego się nie dzieje.
Skinęłam tylko głową. Ciepłe ramie chłopaka było dla mnie ukojeniem, tak samo jak jego miarowy oddech. Jego zapach kojarzył mi się z czymś dobrym. I tak właśnie chciałam go zapamiętać. Pewnie rzuciłabym się na niego w dzikim pocałunku, ale sytuacja nie wyglądała na odpowiednią do takich wyczynów.
*
    ~Harry~

Słońce chyliło się już ku horyzontowi, gdy ponownie zawitaliśmy pod nasz motel. W powietrzu czuć było nadchodzący deszcz i zapach gnijących, mokrych liści. Do Newport już całkowicie zawitała jesień. Przytłaczająca jesień, która rok w rok była dla mnie utrapieniem. Sprawiała, że na jej okres zamykałem się w sobie jeszcze bardziej niż zazwyczaj. Dałem Des klucze, żeby mogła pójść od razu do naszego pokoju, a sam zniknąłem za drzwiami do domu właścicieli. Powitała mnie ich najmłodsza córka, z włosami tak złotymi, jakby wyrwała się z bajki Disney'a. Chwilę mi się przyglądała, ale potem uciekła na wyższe piętro, po skrzypiących schodach. Może się mnie wystraszyła. To było bardzo możliwe, gdyż przez ostatnie kilka tygodni pod moimi oczami pojawiły się szare cienie, a policzki zapadły się jakbym nic nie jadł. Powoli doszedłem do kuchni, w której siedziała długonoga brunetka, o skórze koloru mokki. Spokojnie mogłaby zostać modelką albo pogodynką. Usiadłem obok niej, na rozwalającym się, drewnianym krzesełku i czekałem aż się odezwie.
- List dotarł bezpiecznie na Manhattan. - stwierdziła w końcu, złączając swoje malinowe usta w wąską kreskę. - Quincey nie daje znaku życia, ale to może być cisza przed burzą.
Pokiwałem ze zrozumieniem głową. Z chęcią wróciłbym do domu, ale wiedziałem, że Quincey jest zbyt sprytny, żeby po prostu odpuszczać.
- Czy Niall i reszta mają się dobrze ? - spytałem, a zaraz potem ugryzłem się w język. Skąd u mnie takie zainteresowanie losem innych ludzi. Skinęła głową, udając, że nie widzi nie chęci na mojej twarzy. - Zostaniemy tutaj nie dłużej niż tydzień, Vittoria. - wyjaśniłem.
No i tak nadużyliśmy ich gościnności, zatrzymując się tutaj całkowicie za darmo. Może nie było to najwygodniejsze miejsce, ale przynajmniej zaufane.
- Spokojnie - Położyła swoją wypielęgnowaną dłoń na mojej. - motel jest do waszej dyspozycji tak długo, jak zechcecie. - uśmiechnęła się pobłażliwie i wstała z krzesła - Dobranoc.
Patrzyłem, jak znika za rogiem, kręcąc zalotnie tyłkiem. Również wstałem i pokierowałem się w stronę pokoju, w którym aktualnie znajdowała się Des. Gdy otworzyłem drzwi, z których powoli odpryskiwała obrzydliwa, zielona farba nie ujrzałem jej. Szybko domyśliłem się, że musi być w toalecie, do której bez skrępowania ruszyłem. Destiny siedziała na parapecie, w samej bieliźnie, z jedną nogą podciągniętą pod brodę. Próbowała zabandażować sobie kostkę, która była lekko obita po dzisiejszej przeprawie przez las. Dziewczyna w pewnym momencie potknęła się i krzywo stanęła. Podniosła na mnie wzrok, ale zaraz potem spochmurniała i wróciła do wykonywanej wcześniej czynności. Czy robiłem coś źle ? W dwóch krokach pokonałem odległość między nami.
<muzyka>
- Pomogę ci. - zapewniłem z mocą i chwyciłem od niej bandaż. Było jej obojętne, bo tylko oparła się o kafelki i przyglądała mi się uważnie. Nie lubiłem, jak ktoś byś dla mnie obojętny. - Przyglądasz mi się. - powiedziałem, uśmiechając się pod nosem.
Chciałem ją trochę rozbawić, bo od dwóch tygodni snuła się za mną, jak cień, w większości czasu nawet nie pozwalając siebie całować. Na tą uwagę też tylko wzruszyła ramionami i zaczęła bawić się odstającą nitką od stanika. Robiła to co wszyscy, gdy dowiadywali się, jaki naprawdę jestem. Powoli się oddalała. Nie powinienem jej tutaj zabierać. Nie ufała mi na tyle. Ja się zakochałem, a ona dała sobie spokój. Pieprzyć to. Skończyłam zawiązywać opatrunek i właśnie w tym momencie Des złapała mnie za rękę.
- Dlaczego to mnie poprosiłeś do tańca ? U was w domu, na imprezie. - spytała z nieukrywaną ciekawością.
- Spodobałaś mi się. Jesteś zadziorna. Nawet, jak się zgadzasz widać błysk w twoim oku. Coś co każe myśleć o tobie na poważnie. No i jesteś piękna.- opowiadałem, gładząc szorstką dłonią jej delikatne ramie.
Nie sądziłem, że stać mnie na takie wyznania. A jednak. Destiny uśmiechnęła się, gdy skończyłem mówić. Nareszcie.
- Pocałuj mnie. - poprosiła z mocą. Zaśmiałem się pod nosem i musnąłem jej usta. Przygryzła jedną wargę. - Jeszcze.
Ponowiłem czynność, ale tym razem oddała mój pocałunek tak zachłannie, jakby chciała to zrobić od dłuższego czasu. Począłem błądzić dłońmi po jej idealnie zaokrąglonych biodrach, potem przenosząc je na szyje i ramiona. Des położyła swoje małe dłonie na moich plecach i wbiła w nie paznokcie. Nie chcąc być dłużny przygryzłem skórę na jej obojczyku. Jęknęła głośno w moje usta. Cholera, nie ma pojęcia, jak bardzo mnie podnieca. Gdy oplotła nogami moją talie, złapałem ją mocno za uda i podniosłem. Składała pocałunki na mojej szyi i szczęce. Przeniosłem ją na łóżko, które zaskrzypiało w geście protestu. Oparłem ręce po obu stronach jej głowy, a ona zaczęła ściągać mój t-shirt. Usiadłem na chwilę przy jej stopach i ściągnąłem go na dobre, rzucając w ciemny róg pokoju. Nie zapominajmy, że w naszym pokoju nie było nawet światła. Wróciłem do poprzedniej pozycji całując ją wzdłuż mostku i w zagłębieniu pomiędzy piersiami. Przejechałem po tym miejscu językiem, po czym dmuchnąłem. Zajęczała cicho co jeszcze bardziej potęgowało moje podniecenie. Kochałem ją, tak, jak jeszcze nikogo na tym zakichanym świecie. Umiejscowiła dłoń w tylnej kieszeni moich spodni i mocno ścisnęła. Nie sądziłem, że miała aż tyle siły. Czułem gorący oddech na szyi, gdy przygryzałem płatek jej ucha i składałem kolejne, mokre pocałunki. Nie mogłem nawet dojrzeć jej twarzy, ale wystarczył obraz, który formował się w mojej głowie. Już miałem przerzucić ją sobie na biodra, gdy jasne światło wlało się do sypialni, oślepiając i mnie, i Des. Nagle cisze przeszył huk rozbijanej szyby i kolejne kule, które zostały wycelowane w naszą stronę. Kurwa, ludzie Quincey'a. Położyłem się płasko na łóżku, to samo nakazując Destiny.
- Cholera, skąd oni się w ogóle wzięli ?! - warknąłem, jakby dziewczyna mogła znać odpowiedź.
Siedziała cicho, trzęsąc się tak, że cały materac za wibrował. Odnalazłem jej dłoń i mocno ścisnąłem. Chciałem, żeby się uspokoiła. W jednej chwili wszystko ustało, a oślepiające reflektory zniknęły, zostawiając nas w lodowatym pokoju. Des szlochała cicho, zwinięta w kłębek na łóżku. Nie chciało jej się już uciekać. Wciągnąłem na siebie koszulkę i chwyciłem z podłogi moją czarną bluzę.
- Chodź, kochanie. - Podbiegłem do niej i siłą uniosłem z łóżka. - Włóż to. Musimy uciekać. 















wtorek, 25 marca 2014

DRUGA CZĘŚĆ

I o to nasza pierwsza część, pt. 'Possible' dobiegła końca. Na szczęście my, wspaniałomyślnie, postanowiłyśmy pisać dalej. Nawet bez dłuższej przerwy.
A więc chciałybyśmy serdecznie zaprosić na drugą część 'Arcana', która również będzie publikowana na tym blogu.
Tematyka pierwszej części była powiązana z hasłem ' A co zrobisz, jeśli wszystko stanie się możliwe ?', natomiast w Arcanie będziemy się bardziej skupiać na wszelkich tajemnicach, sekrecikach, które każdy z naszych bohaterów posiada, na odkrywaniu prawdy. Osobiście uważamy, że rozdziały będą ciekawsze, niż te pisane do tej pory.
Namawiamy jednocześnie do komentowania, gdyż liczba odsłon rośnie, a komentarzy nie ma. Co nie zmienia faktu, że nadal będziemy pisać, bo robimy to głównie dla rozrywki.

P.S. Gdyby ktoś chciał przeżyć tą historię jeszcze raz, bądź ma konto na wattpad'ie i może nas zaobserwować, to serdecznie dziękujemy ! ---->>>  http://www.wattpad.com/43094636-possible

poniedziałek, 24 marca 2014

Chapter XXX

~Skylar~
22.08.2013r.

Mecz powoli dobiegał końca. Demi stała praktycznie z głową w telewizorze i pewnie przejmowałabym się jej wzrokiem, gdyby nie fakt, że coś mnie gnębiło od jakiegoś czasu. Destiny i Harry gdzieś zniknęli i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że zazwyczaj znikali na krótki czas, a, gdy owy miał się wydłużyć to ktoś z naszej paczki dostawał informację, żeby się nie martwić. Miałam nadzieję, że męczy mnie tylko nerwica natręctw i to głupie uczucie niedługo minie. Moje troski zeszły na dalszy plan, gdy Liam chwycił moją dłoń pod stolikiem, trzęsąc się ze śmiechu na widok przejętej Demi, która omal nie ściągnęła płaskiego telewizora ze ściany. Chwila ukojenia trwała tylko ułamek sekundy, bo za chwilę z powrotem zaczęłam zaprzątać swoje myśli moją przyjaciółką i Panem Złym. Postanowiłam podzielić się moimi spostrzeżeniami z Liamem, gdyż tylko on nie był w stu procentach wciągnięty w to, co działo się na boisku.
-Des i Harry gdzieś zniknęli - pochyliłam się nad stołem w stronę szatyna, ponieważ pod koniec spotkania, gdy już Brooklyn Nets wygrywali, każdy stał i krzyczał.
Miałam wrażenie, że moja głowa za moment eksploduje.
-Pewnie wrócili do domu - błysk w oku Liama powiedział mi, że nie chcę wiedzieć po co mogli tam wrócić.
Chłopak potarł kciukiem wnętrze mojej dłoni, która nadal była spleciona z jego własną. Jego słowa wcale mnie nie uspokoiły. Znałam Destiny na tyle dobrze, że wiedziałam, że przyszłaby mnie poinformować, gdyby faktycznie wybierała się do domu. Zezłościłam się na Liama o to, że próbował mnie zbyć w taki sposób, albo, że miał tak małą wiedzę o człowieku, z którym mieszka i się przyjaźni. Puściłam rękę szatyna i wstałam pospiesznie od stołu. Nie miałam zamiaru bawić się z nimi w momencie, gdy martwiłam się o moją najlepszą przyjaciółkę. Przecisnęłam się przez gęste piżmowe powietrze i tłum spoconych i wymachujących różnymi dziwnymi przedmiotami ludźmi. W końcu, gdy już miałam wrażenie, że zemdleję albo zwymiotuję, dopadłam drzwi i wyszłam na świeże powietrze. Nie miałam pojęcia, co będę tam robić, ale zdecydowanie wolałam się wszystkiemu przyglądać zza oszklonej szyby. Mój spokój nie potrwał jednak długo, gdyż telefon w mojej dłoni rozdzwonił się niemiłosiernie głośno, a ręka zadrżała od wibracji. "Destiny". Wcisnęłam pospiesznie zieloną słuchawkę i przyłożyłam telefon do ucha.
-Sky... boże, Sky, nie złość się na mnie, proszę. Przepraszam cię - załkała. - Tak bardzo cię przepraszam.
-Destiny, uspokój się. Co się dzieje? Ktoś ci robi krzywdę? - zapytałam, wzmagając moją czujność.
Zadrżałam od chłodnego podmuchu wiatru, a na moich rękach wystąpiła gęsia skórka.
-Nie... po prostu my musieliśmy, nie rozumiesz. Ja zresztą też, ale to jest dobre. To, co robimy jest właściwe - nie rozumiałam kompletnie nic z tej nieskładnej paplaniny.
Chciałam jej coś bardzo powiedzieć, ale nagle usłyszałam, że ktoś inny przejmuje słuchawkę. Wytężyłam słuch.
-Sky, posłuchaj. Destiny nic nie grozi. Nie tutaj, ze mną. Nie mogę ci powiedzieć gdzie jesteśmy, ale wrócimy za jakiś czas. Nie martw się o nią, dobra? - twardy głos Harry'ego zwrócił się do mnie.
-Skąd mogę wiedzieć, że nie kłamiesz? - to już nie przypominało normalnej rozmowy. Omal nie zawyłam.
-Po prostu mi zaufaj tak jak zrobiła to twoja przyjaciółka, to dla jej dobra. Przez kilka dni nie będziemy się odzywać, ale znajdę jakiś sposób, żeby się z wami kontaktować i zdawać relacje. Włos jej z głowy nie spadnie - dodał. - Obiecuję - sposób, w jaki wypowiedział to ostatnie słowo zaważyło na tym, że mu uwierzyłam.
Chciałam lub nie, Destiny mu ufała, a teraz była gdzieś daleko, sam na sam z Panem Złym. Postanowiłam zaufać nie tyle jemu, co jej i jej intuicji. Nie zdążyłam nic odpowiedzieć, bo telefon dał mi wyraźnie znać, że osoba na drugim końcu linii się rozłączyła. Miałam ochotę zacząć płakać z bezradności i niewiedzy, ale postanowiłam zepchnąć to gdzieś na dalszy plan. Odwróciłam się w stronę drzwi, żeby wrócić do baru, ale zobaczyłam ciemną postać, stojącą w taki sposób, że torowała mi wejście do budynku. Wcale nie było mi do śmiechu. Zacisnęłam dłonie w pięści wzdłuż tułowia, gdy postać wyłoniła się z mroku i stanęła w świetle rzucanym przez latarnię uliczną.
-Jadon... - szepnęłam, gdy cała masa wspomnień zalała mój zmęczony mózg.
Chwila, co on robił tutaj i dlaczego akurat wybrał sobie ten moment na pogawędki ze mną? Najgorsza chwila z możliwych.
-Cześć, Skylar - zawsze ten sam, protekcjonalny, zimny ton.
Dlaczego ja go tak bardzo kiedyś kochałam? I dlaczego moje serce i tak mimowolnie zadudniło na dźwięk jego głosu tak bardzo mi drogiego i niesłyszanego długi czas?
-Przepraszam, ale nie mogę rozmawiać - ruszyłam w stronę drzwi. - Muszę...
-Nic nie musisz, ty mała szmato - stanęłam jak wryta, gdy silna ręka Jadona przytrzymała moje ramiona.
-Co ty... - zaczęłam, ale znowu mi przerwał, przeszywając mnie złowrogim spojrzeniem.
-Przekaż Stylesowi, że Quincey i tak ukatrupi tę sukę, czy tego chce czy nie. Oko za oko - kąciki jego ust drgnęły, by po chwili unieść się w lodowatym uśmiechu. - Nikomu innemu nie waż się powiedzieć ani słowa, nie dzwoń na policję, bo hierarchia się zmieni i to twój łeb pierwszy poleci, zrozumiałaś? - zadrżałam, gdy jego dłonie zacisnęły się na moich ramionach boleśnie raniąc.
Gdy nie odpowiadałam dłuższy czas, gdyż byłam w szoku, że ktoś, kogo kiedyś kochałam, za kogo bym oddała wszystko, nawet własne życie, po prostu stał przede mną i mi groził, Jadon uniósł dłoń w takim geście, jakby miał mi wymierzyć za chwilę policzek. Zamknęłam oczy, nie chcąc pokazać, że mi to sprawi ból, bo to najgorsza rzecz jaką można okazać Jadonowi.
-Hej, co tu się dzieje?! - w życiu bym się nie spodziewała, usłyszeć głos Nialla w mojej obronie.
Jadon puścił mnie nagle. Otworzyłam oczy i zauważyłam, że chłopak poprawia bluzę, w którą był ubrany.
-Nic, koleś - oznajmił i mimo, że mnie puścił to nadal posyłał w moją stronę ostre spojrzenia.
Z moich oczu pociekły pierwsze łzy. Niall spojrzał się na mnie, a następnie na Jadona i zacisnął zęby.
-Wypierdalaj stąd, gnoju - byłam jednocześnie roztrzęsiona i zaskoczona, że to blondyn staje w mojej obronie.
Jadon wycofał się posłusznie w mrok, ale nie dlatego, że się przestraszył Horana, tylko dlatego, że przekazał już co miał do przekazania. Niall podszedł do mnie i odgarnął mi włosy z twarzy, po czym opuścił rękę i skrzywił się na mój widok. Byłam cała zapłakana, choć pierwotnie tego nie chciałam, ale wszystko mi się zawaliło na głowę jednego dnia. Zrobiłam krok w stronę blondyna i objęłam go w pasie. Był przyjacielem i pomógł kiedy tego potrzebowałam jak nigdy dotąd. Podświadomie podjęłam decyzję, że mimo wszystkich gróźb, opowiem Niallowi o całej zaistniałej sytuacji z Destiny, Harry'm i, o dziwo, moim byłym chłopakiem w roli głównej.
-Dziękuję - wyszeptałam, nadal wtulona w bawełnianą koszulkę blondyna.
Byłam pewna, że ją całą pobrudziłam, ale wcale mnie to nie obchodziło. W momencie, gdy groziło mi niebezpieczeństwo pojawił się właśnie Niall, a nie Demi, czy Liam. Będę mu za to wdzięczna do końca życia.
-Sky, spójrz na mnie - posłusznie uniosłam głowę. - Kto to był?
-Mój... były chłopak - wydusiłam niechętnie i odsunęłam się od chłopaka, widząc jego zdziwione spojrzenie i otwierające się za nim drzwi baru.
Demi i Liam zamierzali do nas w końcu dołączyć. Otarłam oczy wierzchem dłoni. Oni nie mogą się dowiedzieć, że płakałam.
-Nial, nic im nie mów, błagam - wyszeptałam, gdy zbliżali się do nas.
W jego spojrzeniu zobaczyłam na początku niechęć do bycia jedyną osobą, która zna mój sekret, ale w końcu znalazłam tam też zrozumienie i blondyn lekko skinął głową, gdy jego boku dopadła roześmiana Demi.
*
Demi siedziała na kuchennym blacie, a ja jej towarzyszyłam. Liam i Niall poszli po zamówiony wcześniej tort. Spóźniliśmy się co prawda dwa dni z jej prezentem urodzinowym, ale mieliśmy problemy techniczne. Poza tym, lepiej późno niż wcale. Z satysfakcją obserwowałam emocje na twarzy mojej przyjaciółki, które zmieniały się jak w kalejdoskopie, gdy chłopcy wnieśli do kuchni nieduży tort z zimnymi ogniami, wetkniętymi w niego. Odśpiewaliśmy swoje, Demi pomyślała życzenie, ale oczywiście nie zgasiła sztucznych ogni, bo była to misja niewykonalna. Dziewczyna sama pokroiła tort, zbyt zatroskana swoim świętem, by przejmować się zniknięciem Destiny i Pana Złego. Wyszłam z kuchni i skierowałam się do pokoju Grega, żeby w walizkach Des odnaleźć zapakowany kilka dni wcześniej prezent dla naszej przyjaciółki, na który składała się torebka Givenchy'ego, na którą odkładałyśmy pieniądze od roku, a i tak koniec końców Harry i Liam dorzucili się do składki, bo pieniędzy było za mało. Tylko Niall chciał kupić dziewczynie coś od siebie i wcale mu się nie dziwiłam. Prezent odnalazłam szybko, gdyż Destiny nie trudziła się, żeby go ukryć. Torebka leżała na samym szczycie sterty ubrań, które dziewczyna wzięła tutaj ze sobą. Spojrzałam ze smutkiem na dwie pozostawione walizki. Będziemy musieli je koniecznie zabrać ze sobą z powrotem do Nowego Jorku. Szybkim krokiem opuściłam sypialnię starszego Horana i zbiegłam po szklanych schodach, aby na powrót znaleźć się w przestronnej kuchni.
-Demi - zwróciłam się do dziewczyny. - Niestety, nie ma z nami Harry'ego ani Destiny, ale tutaj jest drobny upominek ode mnie, Liama i właśnie od nich. Mam nadzieję, że ci się spodoba - przyjaciółka uściskała mnie serdecznie i przejęła zapakowany prezent z moich rąk.
Wyraz jej twarzy był tym, co pozwoliło mi zapomnieć choć chwilę o utrapieniach. Duże na ogół oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej na widok prezentu. Zobaczyłam lśniące łzy, ale nic nie wydostało się na powierzchnię. Demi zaczęła piszczeć i skakać jak szalona. Doskonale wiedziałyśmy z Destiny co jej kupić, a o torebce Givenchy'ego dziewczyna zawsze marzyła.
-Dziękuję, jest piękna! - Demi rzuciła się jednocześnie w ramiona moje i Liama i byłam wdzięczna chłopakowi za jego towarzystwo, bo byłam sporo drobniejsza od przyjaciółki i mogłabym nie wytrzymać tego skoku i napadu radości.
Roześmiałam się mimo woli. Jednak były w naszym życiu jeszcze chwile, w których nic nie było popaprane.

29.08.2013r.

Wędrowałam powolnie ulicami Nowego Jorku, rozkoszując się nieco chłodniejszą pogodą. Kochałam lato, ale jednocześnie mnie ono męczyło. Dobrze było oddychać prawie jesiennym już powietrzem. Uśmiechałam się szeroko sama do siebie, bo byłam zadowolona z prezentu jaki kupiłam Liamowi na urodziny i z tego, że zamierzałam mu zrobić niespodziankę. Od Nialla dostałam klucze do domu po to, żebym mogła w środku zaczekać na szatyna aż wróci z miasta, bo, z tego co mówił Niall, chłopak pojechał spotkać się z rodzicami. Zegarek, który stanowił prezent dla mojego chłopaka niosłam starannie zapakowany. W dodatku byłam bardzo spokojna, gdyż dzień wcześniej jakiś starszy facet dostarczył mi list, w którym znajdowały się informacje dotyczące obecnego położenia Harry'ego i Destiny. Nie miałam pojęcia, skąd Harry go wytrzepał, ale byłam wdzięczna za cenne informacje, z którymi mi się o wiele łatwiej żyło. Dobrze było się dowiedzieć raz na tydzień, gdzie znajduje się moja przyjaciółka. List był pisany jej charakterem pisma i chętnie bym go zatrzymała, ale istniała w nim wyraźna wskazówka, żeby go spalić, aby ludzie Quincey'a nie mogli ich wyśledzić. Kimkolwiek byli ci ludzie. Weszłam rozpromieniona do mieszkania chłopaków i postanowiłam, że zaczekam w kuchni, która była ulubionym miejscem chyba każdej osoby, która przychodziła do tego mieszkania. Nie musiałam długo czekać na kliknięcie zamka w drzwiach. Postanowiłam poczekać w ciszy aż chłopak wejdzie do kuchni jednak nic takiego nie nastąpiło. Po minucie ciszy, usłyszałam kliknięcie zamka w drzwiach, ale tym razem były to drzwi na górze, od sypialni. Po kilku minutach wahania i nasłuchiwania postanowiłam wejść po cichu po schodach. Udało mi się to, zadanie zostało wykonane bezbłędnie. Podeszłam na palcach do drzwi, prowadzących do pokoju Liama tylko po to, żeby otworzyć je z impetem. Od razu pożałowałam, że to zrobiłam. Liam, owszem, znajdował się w pokoju, ale nie sam. Ba, on w łóżku nie znajdował się sam. Na szatynie, okrakiem siedziała półnaga dość ładna blondynka. Może mogłabym dłużej na nią patrzeć, gdyby nie łzy, które momentalnie zaczęły napływać do moich oczu. Wycofałam się z sypialni Liama w akompaniamencie kującej w uszy ciszy. Szatyn wręcz zepchnął blondynkę ze swoich bioder i spojrzał na mnie zszokowany. Nie mogłam na to dłużej patrzeć. Nie mogłam patrzeć na niego. Odwróciłam się i pognałam czym prędzej w stronę drzwi wejściowych omal nie potykając się o własne nogi na schodach. Wybiegłam przed budynek i nagle zorientowałam się, że nie mam gdzie się podziać. Demi wiodła szczęśliwe życie z Niallem, Destiny uciekła gdzieś z Harry'm, a ja zostałam zdradzona i pozostałam samotna jak palec. Liam wykorzystał chwilę i dopadł mnie na chodniku, łapiąc za ramiona i odwracając przodem do siebie. Nie wyrwałam mu się ani go nie uderzyłam mimo, iż miałam taką ochotę. Po prostu stałam naprzeciw niego, tak blisko, że mogłabym go dotknąć i patrzyłam mu się prosto w oczy. Pudełeczko z zapakowanym zegarkiem nagle zaczęło mi ciążyć w dłoni. Bardzo chciałam go wyrzucić za siebie, pod koła jakiegoś przypadkowego samochodu, ale niespodziewanie zrobiło mi się szkoda moich wydanych pieniędzy. Zacisnęłam usta w wąską kreskę. Liam patrzył na mnie ze strachem i bólem malującymi się w oczach. Miałam to gdzieś, bo to ja powinnam być tutaj najbardziej zraniona.
-Sky... to nie tak - powiedział, mimo wszystko, z mocą.
-No pewnie, że nie tak. Po prostu chciałeś ją przelecieć i pewnie nie znacie się od niedawna - prawie że krzyknęłam oskarżycielsko. - Fajnie było spotykać się ze mną, a z nią pieprzyć się na boku? - łzy zaczęły cisnąć mi się do oczu, ale postanowiłam, że będę twarda. - Ile to trwa?
-Sky...
-Ile to trwa?! - teraz odsunęłam się na bezpieczną odległość i wrzasnęłam. Zdenerwowałam się, gdy nie usłyszałam odpowiedzi. - Jak długo?! Słyszysz, ty pierdolony kłamco?! Jak długo się z nią pieprzysz?!
-Sky, uspokój się - to nic nie dało. - Trzy tygodnie. Spotykam się z nią od trzech tygodni.
Te słowa były jak cios wymierzony w mój policzek. Odsunęłam się jeszcze dalej, żeby Liam nie mógł zobaczyć w moich oczach jak bardzo mnie zranił. Spojrzałam na swoje dłonie, w których spoczywało pudełko z prezentem. Cisnęłam nim w szatyna.
-Wszystkiego najlepszego - powiedziałam, dusząc płacz, ale wiedziałam, że balansuję na granicy.
Odwróciłam się i pognałam przez tłum przed siebie, nie zwracając uwagi na to jak beznadziejnie muszę wyglądać z twarzą zalaną łzami.
~James~

Słońce chowało się za horyzontem, spowijając Nowy Jork w różowawym świetle. Kochałem oglądać miasto, które wydawało się, jakby miało zaraz zasnąć, ale tak naprawdę nigdy nie gasły w nim światła. Oparłem się o parapet, przechylając nieco ponad nim, żebym mógł wyjrzeć na życie pode mną. Co prawda nic nie zobaczyłem, bo mieszkałem zbyt wysoko, ale ludzie wyglądali jak mrówki, co śmieszyło mnie, gdy byłem jeszcze dzieciakiem. Wypiłem łyk mocnej espresso, którą przygotowałem sobie chwilę wcześniej. Już miałem wracać do lektury książki, którą wypożyczyłem sobie kilka dni wcześniej z leżącej nieopodal mojego wieżowca biblioteki, gdy nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. Pochodziłem z Chicago, więc było niemożliwe, żeby był to ktoś z rodziny. Przyjaciół miałem niewielu, więc dzwonek do drzwi bardzo mnie zaskoczył. Mimo wszystko ruszyłem żwawym krokiem w stronę korytarza. Otworzyłem drzwi, nie patrząc wcześniej w judasza.
-Co ty tu robisz? - zapytałem zszokowany, widząc przed sobą drobniutką, zapłakaną Sky.
-Mogę tu zostać na noc? James, błagam.

WAŻNE

Mam dla wszystkich, którzy to czytają ( a wierzę, że jest wielu anonimowych czytelników ) ważną informacje. Gdyż od dzisiaj nasza 'książka' pojawiła się również na wattpad'ie. Nie ukrywamy, że chodzi nam o dotarcie do szerszego grona zainteresowanych tą tematyką osób. Prosimy również o udostępnianie swoim znajomym i komentowanie. To dla nas jest mega istotne. 
Pamiętajcie, że wszystkich was bardzo, bardzo cenimy. Nawet jeśli nie lubicie komentować. :) 
Tutaj macie link : http://www.wattpad.com/43094636-possible
Liczymy na was ! 

niedziela, 23 marca 2014

Chapter XXIX

~Destiny~
22.08.2013 r. 

Gdy tylko Sky i Liam zniknęli na niewielkiej łódce poderwałam się z drewnianego tarasu w międzyczasie informując o tym prawie śpiącą Dems. Wyglądała, jakby była urodzona do życia w luksusach, a nie jak wychowana w Brooklyńskiej dzielnicy na skraju bankructwa. W zasadzie, gdybym to ja spotykała się Niall też bym szybko przywykła. Weszłam przez szeroko otwarte, szklane drzwi wprost do nowoczesnej kuchni z białymi blatami i szklanym stołem z krzesłami. W domu było bardzo cicho. Niall najprawdopodobniej mył samochód przed domem, a Harry w zasadzie gdzieś wsiąknął. Nie widziałam go odkąd zostawiłam go rano w łóżku. Dzięki schodom dostałam się na kolejne piętro, gdzie znajdował się pokój Grega, który aktualnie zajmowaliśmy z Harrym. Czułam się w nim dziwnie. Miałam wrażenie, jakby ktoś wciąż w nim mieszkał. Wcale nie tak, jakby Greg pracował i miał własne mieszkanie na Manhattanie, a tutaj nie był już dobre trzy lata. Aczkolwiek musiałam przyznać, że dom był zachowany w niezwykle dobrym stanie. Nie było widać śladów kurzu czy brudu. Z tego co zdążyłam poznać rodzinę Horanów nie zdziwiłabym się, gdyby mieli zatrudnioną sprzątaczkę tylko do tego domku letniskowego. Przełożyłam przez głowę białą koszulkę od piżamy i rzuciłam ją na łóżko. To samo zrobiłam z krótkimi spodenkami, bardziej przypominającymi bokserki. Szybko przebrałam się w coś wygodnego, jednak bardziej przypominającego strój dzienny. Odbyłam poranną toaletę i umalowałam się. Włosy tylko delikatnie przeczesałam. Nie wymagały zaangażowania w układanie ich. Otworzyłam na rozcież drzwi wychodzące na balkon, które były praktycznie niewidoczne przy w całości oszklonych ścianach. Przewiesiłam się przez barierkę z góry dostrzegając Niall'a, który nadzwyczaj starannie mył felgi samochodu.I, o, ku mojemu zdziwieniu obok stał Harry, który spłukiwał pianę za pomocą wody ze szlaucha. Gdy uniósł głowę i spostrzegł, że mu się przyglądam machnęłam do niego machinalnie ręką. Postanowiłam, że póki co nie mam nic lepszego do roboty, więc mogę spokojnie zejść do nich i porozmawiać. Skoro i tak Sky poszła oddawać się Liam'owi, a Demi ma swój świat. Opuściłam sypialnię i zbiegłam po schodach, o mało co nie potykając się o leżący koszyku z praniem. Tutaj naprawdę ktoś musiał być i sprzątać. Nawet w tym momencie ! Zepchnęłam moje zaskoczenie na drugi plan i dokończyłam wędrówkę do drzwi frontowych. W moją twarz uderzył, ciepły wiatr, który osobiście uwielbiałam. Promienie słońca przedostawały się przez gęste korony drzew. Było naprawdę wspaniale. Wkroczyłam na kamienną ścieżkę, wyznaczoną w trawie, by dość do żwirowego podjazdu, gdzie stały samochody.
- Nie sądziłam, że bogaci ludzie sami robią takie rzeczy. - zwróciłam się do Niall'a, wskazując na auto.
Uśmiechnął się szeroko, ukazując szereg białych, wyprostowanych zębów.
- Ja też nie. Póki najbliższa myjka nie znalazła się dziesięć kilometrów poza tą wsią. - wytłumaczył, na chwilę przerywając mycie lusterek.
Pokiwałam ze zrozumieniem głową. Skierowała mój wzrok na Harry'ego, który bez większego zaangażowania machał szlauchem rozlewając wodę nie tylko na samochód, ale też dookoła siebie.
- Duże dziecko ! - krzyknęłam, a on momentalnie odwrócił się w moją stronę.
Kilka chłodnych kropelek wody obryzgało moje gołe palce. Uskoczyłam na bok, przy głośnym akompaniamencie śmiechu chłopaka. Wiedziałam, że coś się kroi, gdy zaczął w zaskakująco szybkim tempie zbliżać się w moją stronę.
- Nawet nie próbuj ! - zrobiłam krok do tyłu, gdy kolejny raz woda spoczęła na stopach. - Harry, to nowa bluzka. - powiedziałam, teraz już trochę błagalnie.
Mimo wszystko jego wędrówka wciąż nie ustawała. Cofnęłam się jeszcze raz, ale w tym momencie to no i tak było na nic. Lodowata woda ze szlaucha ogrodowego oblała mnie dokładnie całą. Od czubka głowy po koniuszki palców, przyozdobionych french'em.
- Czyżbyś była mokra na mój widok ? - spytał, łapiąc mnie od tyłu w pasie.    
- Czy ty oszalałeś ? - Próbowałam się wyrwać z jego uścisku, ale to tylko sprawiło, że podniósł mnie kilka centymetrów nad ziemię. - Cały mój makijaż spłynął. - pożaliłam się.
Jednak na moich ustach wykwitł szeroki uśmiech. Który powiększył się jeszcze bardziej, gdy Harry złożył soczystego całusa na moim policzku. Jego dotyk sprawiał, że czułam się lepiej niż z kimkolwiek innym, ale nie chciałam dać mu łatwo za wygraną. Ugryzłam jego palec, na co zareagował głośnym przekleństwem. Ale jedno szybkie spojrzenie w jego oczy wystarczyło, bym wiedziała, że nie jest zły. W dalszym ciągu chciał prowadzić tą przepychankę. Zrzuciłam z moich nóg japonki i wykorzystując moment nieuwagi popędziłam prosto do domu. Rozglądałam się chwilę i zadecydowałam biec do drzwi tarasowych. Harry był tuż za mną. W zasadzie już prawie trzymał moją rękę, ale przyspieszyłam kroku. Czułam, że niedługo będę musiała się zatrzymać. Moja kondycja była do dupy. Wbiegłam na taras. Demi, która teraz popijała jakiegoś drogiego, owocowego drinka rzuciła mi zdziwione spojrzenie, po czym uśmiechnęła się szeroko, gdy zauważyła Pana Złego. To przezwisko pasowało do niego coraz mniej. Choć w sumie. On podpalił jakiś budynek. A mnie to całkowicie przestało obchodzić. Skoczyłam na świeżą, zieloną trawę i potknęłam się, nieszczęśliwie stawiając nogę pod dziwnym kątem. Jeden moment starczył, by stwierdzić, że nie jest ani złamana, ani skręcona. Niestety, moja chwilowa 'kontuzja' dała Harry'emu szansę schwytania mnie. Przycisnął mnie mocno do swojego twardego torsu, spowitego mokrym podkoszulkiem. Połaskotał mnie w boki na co pisnęłam i podskoczyłam w miejscu.
- Masz mnie ! - podniosłam ręce w geście bezradności. - Jestem twoja.
- Zawsze byłaś. - przypomniał, odwracając mnie przodem do siebie.
Jego loki były zmierzwione i praktycznie całkowicie mokre, a szmaragdowe oczy zmieniały barwę na coraz ciemniejszą. Stanęłam na jego bosych stopach i złożyłam pocałunek na idealnie wykrojonych ustach.
- Bez wizji, prosimy. - dotarł do mnie głos Liam'a, który razem ze Sky wracali za rękę od strony jeziora.
Czyli romantycznie śniadanie dobiegło końca.
- A wy, co robiliście na tej łódce ? - spytałam, patrząc się na nich oskarżycielsko.
Obserwowałam z satysfakcją, jak Skylar pąsowieje i zbywa mnie machnięciem ręki. Za to Liam wystawił do mnie środkowego palca. Co ?! Takie gesty ze strony Liam'a były nowością albo po prostu nie znałam go jeszcze od tej strony.
- Stary, bo ci wypierdolę. - Harry popatrzył się na niego całkiem poważnie, ale zaraz obaj z Li wybuchnęli śmiechem.
- Dobra, luzuj bohaterze. - mruknął brązowooki, wypuszczając swoją dziewczynę z objęć, by mogła usiąść obok Dems.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Byłam zadowolona, że chłopaki tak się przed nami otworzyli od czasu ich poznania. Zachowywali się całkiem swobodnie, nie szczędzili sobie uszczypliwych uwag. Może wiedzieli, że można nam zaufać, że ich nie oceniamy.
*
Siedziałam na łóżku w sypialni należącej do Niall'a. Po przeciwnej stronie o zagłówek opierała się Sky, a na ziemi rozłożona była Demi, która wyciągała kolejne części garderoby ze swojej torby i z każdą kolejną była coraz bardziej zirytowana. Skylar popijała mojito, patrząc się na przyjaciółkę z politowaniem. Miała mokre włosy i była obwinięta tylko ręcznikiem.
- Zupełnie nie wiem w co się ubrać. - załkała Dems, wywalając z walizeczki parę drogich koturn.
- Idziemy tylko do pubu obejrzeć mecz. Włóż cokolwiek. - wzruszyłam ramionami i sięgnęłam do miski z pistacjami.
Dziewczyna posłała w moją stronę piorunujące spojrzenie i wyciągnęła z samego dna czarną spódniczkę na szelkach. Jednak zaraz stwierdziła, że to zły wybór i rzuciła ją w kąt pokoju. Od kiedy Demi przejmuje się aż tak bardzo swoim wyglądem ? Z tego co pamiętam mogła codziennie wychodzić w bluzie z colleg'u i nic się nie działo. Myślę, że jej chłopak trochę podniósł jej standard życia. Dobrze, że Harry to nie jakiś nawiedzony projektant mody w pedalskich włosach.
- Możesz pożyczyć coś ode mnie. - zaproponowała Sky, wskazując torbę w zebrę, która leżała pod komodą.
- Masz coś co pasuje do sandałków od Jimmy'ego Choo ? - spytała retorycznie.
Parsknęłam śmiechem na jej protekcjonalny ton i na reakcje Skylar, która tylko wywróciła oczami i wypiła do końca drinka.
- Będziesz wyglądała dziwnie w tych butach. Jesteśmy na wsi, a nie na Manhattanie. - Spojrzałam na nią wyzywająco, ale tylko wzruszyła ramionami.
Czyli no i tak włoży te całe sandałki.
- Co nie zmienia faktu, że to wciąż Nowy Jork.- podsumowała i na tym mniej więcej skończyła się nasza dyskusja.
George stwierdziła, że sama musi jeszcze wysuszyć włosy i w coś się ubrać, a dochodziła szósta więc zniknęła za drzwiami łazienki. Ja natomiast postanowiłam udać się do 'własnej' sypialni. Nie miałam pojęcia co na siebie włożyć. Gdy przekroczyłam próg pokoju ujrzałam Harry'ego, który w samym ręczniku - obwiniętym wokół jego bioder - leżał na łóżku i wystukiwał coś na swoim telefonie. Uniósł na chwilę na mnie wzrok, ale szybko wrócił do urządzenia. Byłam wdzięczna, że powstrzymywał się od uwag na temat mojego obecnego wyglądu. Kucnęłam przy drzwiach toalety, gdzie obecnie leżała moja torba i zaczęłam przerzucać w niej ubrania. Wszystko wydawało się być nieodpowiednie na wyjście do wiejskiego pubu. Wyciągnęłam w końcu kwiecistą bluzkę na cienkich ramiączkach i jasne dżinsy. Musiałam się czymś jednak wyróżniać od mieszkańców Greenfield. Nim zdążyłam wstać, ktoś trzymał mnie za biodra i przyciskał mocno do siebie.
- Ile mamy czasu do wyjścia ? - Harry pocałował mnie za uchem i w miejscu gdzie szczęka stykała się z szyją.
- Tylko czterdzieści minut, a ja jestem w kompletnej rozsypce. - powiedziałam, odwracając się do niego przodem.
Niech on się lepiej ubierze, zanim dostanę zawału.
- Możesz iść w tym. - stwierdził, pociągając za brzeg mojej różowej bluzki.
- Daj spokój. -Klepnęłam go żartobliwie w ramię. - Wyglądam, jak ofiara losu. Twoje brudne myśli będą musiały poczekać.
Uśmiechnął się pod nosem, po czym najseksowniej, jak tylko mogłam sobie wyobrazić, przygryzł wargę. Mimo woli zarumieniłam się, dlatego też szybko uciekłam od jego wzroku, udając, że szukam czarnych butów, które miałam dzisiaj włożyć. Już wyciągałam rękę, żeby przesunąć go na bok, ale złapał mój nadgarstek.
- Nigdzie się nie ruszam i ty też nie. - Wskazał na mnie palcem.
Pokręciłam głową i otworzyłam usta, chcąc mu wytłumaczyć, że nie mam czasu na głupie gierki, ale szybko je zamknęłam, gdy niespodziewanie pochylił się i pocałował mnie w policzek. Mówiąc szczerze, spodziewałam się raczej przygwożdżenia do ściany i aktów bardziej podobnych do molestowania. Jednak nic takiego nie nastąpiło. Przeszłam z nogi na nogę, nie wiedząc w zasadzie co powinnam zrobić. Stałam, jak ta ostatnia idiotka i przyglądałam się jego mokrym włosom, zaciśniętej szczęce i naprawdę delikatnemu zarostowi. Żadne z nas się nie odzywało. Jako osoba przedstawiająca płeć żeńską powinnam raczej uważać to za romantyczne, ale, cholera jasna, czy możemy już zakończyć ten pieprzony teatrzyk.
- A teraz całkiem serio, muszę się szykować. - przerwałam panującą ciszę, na co zrobił urażoną minę, ale w końcu dał mi przejść.
Spod szafki nocnej wyciągnęłam parę czarnych koturn. Dlaczego my wszystko zawsze rozwalaliśmy po całym mieszkaniu ? Gdy kierowałam się już do lustra, z głośników podłączonych do telefonu poleciała znana mi melodia. Schoolboy Q 'Collard Greens'. Harry musiał włączyć muzykę nim zamknął się w łazience. Ubrałam się szybko, z trudem wciągając na nogi wąskie spodnie. W momencie, gdy Harry wyszedł ubrany, ja zapinałam klamerkę butów. Chłopak miał na sobie czarne, obcisłe spodnie i zwykły podkoszulek w tym samym kolorze. Widać było dobrze wychodzące spod niego tatuaże. Długie włosy przewiązał czymś co wyglądało, jak rękaw starej koszuli. Zaśmiałam się na jego widok.
- Co cię tak bawi ? - spytał, w trakcie gdy spryskiwał się perfumami i podrygiwał do włączonej muzyki.
- Ta szmata na głowię. - powiedziałam, wklepując w usta różany balsam do ust.
- To jest po prostu wygodne. A poza tym, ty się na niczym nie znasz. - machnął na mnie ręką, co całkowicie zignorowałam.
Harry potrafił ubrać się, jak ostatni wieśniak, więc wolałam nie stosować się do jego wskazówek odnośnie mody.
~Harry~

Zajęliśmy miejsce przy największym, drewnianym stoliku w tym pubie. W powietrzu unosił się dym nikotynowy i zapach piżma. Powietrze zdawało się być ciężkie, co mnie w pewien sposób męczyło. Rzuciłem przelotne spojrzenie na telewizor wiszący na ścianie. Mecz zaczął się już dwadzieścia minut temu i teraz Brooklyn Nets przegrywali z Boston Celtics. Zająłem miejsce między Des, a Liam'em, który swoją drogą ciągle szczerzył się do Sky. Czy on dostał jakiegoś szczękościsku ? Odwróciłam szybko od nich wzrok, w momencie, w którym mieli się pocałować i od razu pożałowałem, że nie zająłem innego miejsca. Niall i Demi przynajmniej ekscytowali się meczem. Zaś Destiny siedziała w ciszy i bawiła się paskiem od swojej torby. Wyglądała, jakby coś ją trapiło, ale jakoś nie miałem ochoty teraz o to pytać. Nie zajęło dużo czasu, za nim dotarła do nas kelnerka o rudawych włosach i całkiem sporym biuście, doskonale widocznym przez białą, obcisłą koszulkę. Była naprawdę niezła, a jedyna myśl jaka zrodziła się w mojej głowie to, to, żeby ją przelecieć. Wbiłem wzrok w podłogę, po czym spojrzałem na zarumienione policzki Des. Głos w mojej głowie krzyczał, abym ustawił sobie jakąś hierarchię wartości, a dziewczynę po mojej lewej stronie postawił w niej na pierwszym miejscu. Moi znajomi szybko złożyli zamówienie, na co składało się głównie piwo i miska orzeszków. 
- Pierce, postaraj się bardziej ! - wrzasnęła Demi, gestykulując dziwnie w stronę telewizora. 
Parę osób ze stolika obok spojrzało na nas podejrzliwie. 
- Niall, mógłbyś uspokoić swoją dziewczynę. - poprosiłem, patrząc na niego spod byka. 
Dems zmierzyła mnie groźnym spojrzeniem, ale się nie odezwała. 
- Ale widziałeś jaką akcję on zwalił ?! - krzyknął blondyn. 
Czy ten zasrany mecz był dla nich naprawdę tak ważny ? Przyjaciele oddali się dalszej dyskusji, z której całkowicie się wyłączyłem. Naprawdę nie obchodził mnie wybór sali na urodziny Liam'a, czy ustalanie terminu zakupów. Czułem się, jakbym był ponad to wszystko, ale naprawdę nie potrafiłem sobie poradzić z niczym sam. Tak bardzo żałosny i zadufany w sobie. Groźny i nieobliczalny. Czerpiący radość z bojaźni i cierpienia innych. Takiego mnie właśnie postrzegali. I nie mylili się tak bardzo. Ale Des ? Chciałem wiedzieć co ona czuła, co ją przerażało. Tylko, że była wyjątkowo małomówna. Myślałbym pewnie nad tym gównem dłużej, ale przerwał mi wibrujący w kieszeni telefon. Nie zdziwiłem się tak bardzo, gdy numer się nie wyświetlił. Odszedłem kilka metrów od naszego stolika i odebrałem. 
- Jeszcze żyjesz ? - po drugiej stronie odezwał się niski i ochrypły głos. 
Znałem ten głos, a jego właściciela wolałbym już nigdy więcej nie widywać na oczy. Quincey. Myślałem, że dał sobie ze mną spokój, kiedy dwa lata temu 'wyjaśniliśmy' sobie wszystko. Ale nagle wszystko stanęło, jak żywe przed moimi oczami. Zrozumiałem dlaczego połowa wakacji była dla nas udręką. To wszystko było tak oczywiste, że aż śmieszne. Harry, ty pierdolony idioto ! 
- Jak słyszysz. - Oprzytomniałem i odruchowo spojrzałem w stronę Des. 
Śmiała się zupełnie niczego nieświadoma. 
- A ta twoja mała suka ? - Kpina w jego głosie była, aż nadto wyczuwalna. 
Zacisnąłem pięść tak mocno, że mi pobielały knykcie. Zadrżałem. Mimo tego co mu zrobiłem, nie miał prawa jej tak nazywać. Ponad to, wiedziałem, że coś knuje. Byłem pewien. 
- Czego chcesz ? - zignorowałem go. 
Zaśmiał się gorzko. Wiedział, jak bardzo mnie to rozzłości. Wyjrzałem przez niewielkie okno, w starych, drewnianych ramach. Jednak na dworze nie zauważyłem nic niepokojącego. Tamtego dnia też nic nie widziałem. A potem było za późno. 
- Myślisz, że zapomniałem ? Że nie pamiętam o niej ? Jeśli tak, to jesteś w błędzie. I nie rozglądaj się tak nerwowo. To no i tak gówno da. - Spuściłem głowę, żeby nie wyglądać na jeszcze bardziej zdesperowanego. Cholera. On tu jest. - Moja córka obchodziłaby dzisiaj dziesiąte urodziny. Ale przez ciebie, ty popaprańcu, nic takiego się nie stanie. Bo Leah nie żyje ! Ty mi coś zabrałeś, ja zabiorę coś tobie. Czekałem pięć lat na odpowiednią osobę. Matki by ci nie było szkoda, ty pieprzony dupku, co nie ? No i tak choruje. Masz ją gdzieś. Ta zdzira, Des, to coś innego.
- Dobrze wiesz, że to nie było tak. - zacząłem, ale jego nerwowy śmiech mi przerwał. 
Quincey dorobił sobie tą historię. Nikogo nie zabiłem. Nie zrobiłem tego ! 
- Za późno. Było o tym myśleć, za nim podpaliłeś ten dom. Mam cię dość, ale zabójstwo jest zbyt proste. Wyrżnę każdego, abyś został sam. Ale zacznę od twojej dziewczyny. Zobaczymy co zdołasz zrobić. - rozłączył się. 
Pierwszy raz, od dwudziestu lat, poczułem na moim policzku łzę. Miałem tak mało czasu. Dlaczego nie zauważyłem tego wcześniej ? Te esemesy, to, że chcieli czegoś ważnego dla mnie. To byli ludzie Quincey'a, a ja nie brałem nawet tego pod uwagę. Powinienem stąd zabrać Destiny. I to jak najszybciej. Ale, jak mam to zrobić skoro on stoi pod pubem. Zakląłem pod nosem, zaciskając pięści po bokach mojego tułowia. 
- Co jest ? - Poczułem na plecach dotyk małych dłoni Des.
Instynktownie napiąłem mięśnie. Co jej miałem powiedzieć ? Czas na kłamstwa się skończył. W ogóle czas się skończył. 
- Nic takiego. Dzwonił mój...stary znajomy. - skłamałem dosyć gładko, jak na kogoś kto znajduje się w rozsypce emocjonalnej.  
- Na pewno ? Wyglądasz na spiętego. - Potarła kciukami moje nadgarstki.
Jej dotyk był kojący, ale to za mało. Musieliśmy uciekać, a ja nie miałem pojęcia, jak to zrobić. Byłem, jak ptak w klatce. Pragnąłem wolności, jednocześnie będąc w potrzasku.
- Ufasz mi ? - spytałem. Wiedziałem, że już kiedyś przerabialiśmy taką rozmowę, ale teraz to było ważniejsze. Nie wezmę jej, wiedząc, że nie ufa mi stuprocentowo. Wyglądała na lekko zaskoczoną, jednak pokiwała głową. - Na pewno ?
- Tak, jestem w stanie zrobić dla ciebie wszystko. - stwierdziła z mocą.
Nie była jeszcze świadoma, jak wielki błąd popełnia. Jak wielki błąd ja popełniam. Ale za bardzo ją kochałem, żeby ją zostawić.
- Musimy wyjechać gdzieś. Teraz, zaraz. Nie ma czasu na powrót do domu. Może na północ. Może być Maine lub coś w tym stylu. Mam kartę kredytową i pełny bak w samochodzie. Wrócimy tu, obiecuje. Ale teraz musimy uciekać. - Z każdym moim słowem jej oczy powiększały się, a palce mocniej ściskały moje nadgarstki.
- A oni ? - wskazała za siebie, na stolik zajmowany przez naszych przyjaciół.
- Nic im się nie stanie. Przysięgam. Wrócimy tutaj, jak najszybciej, ale teraz musimy się stąd jakoś wymknąć.
Niespodziewanie przycisnęła swoja drżące wargi do moich i objęła mnie w pasie.
- Dobrze. Wierzę ci. - wyszeptała, ale w jej oczach już zaczynały formować się łzy.
Destiny, proszę nie płacz, bo nie zniosę tego. Chwyciłem dziewczynę za rękę i poprowadziłem ją w stronę baru. Sky, Liam, Niall i Demi byli zbyt zajęci meczem i sobą, by zwrócić na nas uwagę. Pogadałem chwilę z cycatą barmanką, która w ostateczności zgodziła się wypuścić nas wyjściem ewakuacyjnym. Nie miałem pewności, że nie jest obstawione przez ludzi Quincey'a, ale na pewno to było bezpieczniejsze, niż wychodzenie normalnie. Szybko odnalazłem czarnego Range Rovera, który stał na parkingu, koło kontenerów. Na szczęście zawsze stawiałem samochód w mniej tłocznych miejscach. Na szczęście. Nakazałem Des wejść do samochodu, a sam rozglądając się dookoła oderwałem rejestracje i wrzuciłem ją na tylne siedzenie. Nie mogę nas namierzyć, pod żadnym pozorem. Odpaliłem silnik i ruszyłem z piskiem opon. Muszę, jak najszybciej wyjechać z Nowego Jorku.
 










      

sobota, 15 marca 2014

Chapter XXVIII

~Skylar~
21/22.08.2014r.
W momencie, gdy podjeżdżaliśmy pod letni "domek" Horanów Destiny drzemała spokojnie na tylnym siedzeniu. Miała czego żałować, bo widok zapierał dech w piersiach. Tuż za bramą widać było tylko drzewa i, między nimi, długi, zagubiony pomiędzy zielenią podjazd. Warto było błądzić, ponieważ sam dom opływał w luksusach. Bardzo chętnie opowiedziałabym jaki kolor miały jego ściany, ale to było niemożliwe, bo wszystko, absolutnie wszystko było oszklone. Pomyślałam o tym, czy jeśli bym chciała zrobić coś niegrzecznego z Liamem, to ktoś by nas podglądał? Spłonęłam rumieńcem na samą myśl o tym. W ogóle moje myśli ostatnio były nienormalne, bo przecież byłam dziewczyną Liama niespełna dwa miesiące! Musiałam jak najszybciej zacząć pracować nad moją wyobraźnią. Wyjrzałam przez okno, żeby zobaczyć jak Niall wjeżdża do garażu, którego drzwi chwilę wcześniej otworzył pilotem. Niestety, było tam tylko jedno miejsce, co oznaczało mniej więcej tyle, że czarny Jeep Liama musiał pozostać na podjeździe. Chłopak wyłączył silnik i sięgnął do klamki. W ostatniej chwili odwrócił się w moją stronę.
-Mam nadzieję, że będziesz się dobrze bawić - uśmiech rozjaśnił jego dobroduszną twarz.
-Na pewno - odparłam tak cicho, jak tylko potrafiłam.
Nie chciałam obudzić Destiny. Chwilę przed tym jak chłopak opuścił samochód i zajął się wnoszeniem naszych małych bagaży do domu, uśmiechnął się jeszcze szerzej. Niall z Demi powędrowali najwidoczniej obejrzeć w jakim stanie znajdował się dom, Liam i Harry wnosili kolejne torby i torebki do rezydencji Horanów. Szybko postanowiłam, że pomogę chłopakom z wnoszeniem tego wszystkiego. Na razie nikt nie zaprzątał sobie głowy śpiącą Destiny. Poza tym szkoda było ją budzić. Gdy samotnie podeszłam do Harry'ego, żeby mu pomóc z jakimiś poduszkami, które były zupełnie zbędne, chłopak spojrzał na mnie z zaskoczeniem.
-Desitny śpi - wzruszyłam ramionami. - Jak chcesz to ją budź.
Styles przez chwilę stał niezdecydowany, ale w końcu ruszył w stronę Jeepa. Samolubny dupek. Z naręczem poduszek ruszyłam w stronę oszklonych drzwi domu, do których prowadziły jasne schody. Zazdrościłam Niallowi, że ma tyle kasy i jednocześnie podziwiałam za to, że nie odbiła mu szajba. Ja, posiadając tyle kasy, postradałabym chyba zmysły. No dobra, ja i moje przyjaciółki nie należałyśmy do tych, które nie mają z czego wyżyć, ale nie opływałyśmy również w bogactwa. Musiałam powstrzymać cichy pisk, gdy przekroczyłam próg mieszkania. Przede mną zauważyłam oszklone schody, które jednak znajdowały się po obydwu stronach przestronnego salonu, połączonego z kuchnią i jadalnią. Schody prowadziły na mały korytarzyk, na którym widniały dwie pary drzwi. Zastanowiłabym się nad trzecią, ale w tej chwili usłyszałam za sobą wesoły głos Nialla.
-Co myślisz o moim domku letniskowym?
-Co myślę? Nawet nie umiem tego obrać w słowa - westchnęłam, a blondyn parsknął śmiechem.
W jego oczach zauważyłam również nutkę delikatnego rozgoryczenia. Czyżby on nie był zakochany w fakcie, że jest piekielnie bogaty?
-Chodź, oprowadzę cię - zaproponował, a ja od razu przystałam na propozycję.
Nie miałam pojęcia, gdzie podziała się reszta, ale podejrzewałam, że również była pochłonięta oglądaniem przepięknej posesji rodziców Nialla. Ruszyłam za chłopakiem w prawą stronę. Jasne drzwi otworzyły się przede mną i ujrzałam sypialnię wyglądającą jak jedna z tych średniowiecznych. Wielkie, masywne łóżko nijak pasowało do oszklonej ściany, ale jednocześnie łączyło się to w niesamowity sposób. Płaski telewizor zawieszony był na jednej z nieoszklonych ścian, która była pokryta ciemnoczerwoną farbą. Ciemna czerwień i ciemno-orzechowe łóżko idealnie się ze sobą łączyły. Przy oknie stał mały stolik oraz dwa, również masywne fotele, a koło łóżka można było znaleźć dwie szafki nocne. Na drugiej z nieoszklonych ścian ujrzałam drzwi. Niall wyjaśnił pokrótce, że prowadzą one do łazienki, a dalej są kolejne, prowadzące do garderoby jego rodziców. Cóż, sypialnia wydawała się należeć do państwa Horan. Blondyn szybkim krokiem opuścił pomieszczenie, pokazał co i gdzie znajduje się w kuchni tak, żeby nikt nie miał problemu z upichceniem sobie czegoś do jedzenia. Dowiedziałam się jeszcze, że na dole można znaleźć jeszcze siłownię, bibliotekę, kryty basen oraz łazienkę dla gości, ale obydwoje stwierdziliśmy, że nie ma sensu pokazywać mi takich pomieszczeń. Powędrowaliśmy na górę. Tam, faktycznie, znajdowały się tylko dwie pary drzwi. Za pierwszymi ujrzałam kolejną sypialnię, której jedyna pomalowana ściana, była w odcieniu mięty. Ten kolor od razu skojarzył mi się z Destiny, która miała bzika na punkcie zapachu mięty. Białe łóżko z równie jasną pościelą, było umieszczone idealnie po środku jednej szyby. Po bokach, tradycyjnie, znajdowały się etażerki. Nie było tutaj telewizora, ale za to była bardzo duża komoda, która wręcz zachęcała do naciągania konta rodziców w sklepach z ciuchami. Małe biurko zasypane było jakimiś papierami, ale było to jedyne nieposprzątane miejsce w całym domu. Podeszłam do blatu, żeby obejrzeć co się na nim znajduje. To co ujrzałam całkiem mnie zaskoczyło. Projekty ubrań. Cała masa takich projektów, z czego 3/4 było naprawdę niezłych. Niall wyjaśnił szybko, że jego brat Greg interesuje się trochę sztuką i projektowaniem mody, po czym wskazał mi palcem tą jedyną nieoszkloną szybę, na której ujrzałam całą masę zdjęć w białych ramkach. Podeszłam bliżej, żeby je dokładnie obejrzeć. Na jednym z nich mali bracia Horan siłowali się na ręce, na kolejnym Greg jechał konno w eskorcie swojej mamy. Na innym roześmiany Niall próbował uciec przed tatą, który gonił go z pistoletem na wodę, a z boku stała mama i wygrażała ręką w stronę swojej wesołej rodziny. Gdzieś w głębi duszy poczułam ukłucie zazdrości, ponieważ ja nigdy nie miałam aż tak kochającej się rodziny. Owszem, miałam obydwoje rodziców i czwórkę rodzeństwa, ale moje dwie siostry były zakochanymi w sobie paniusiami, o których ludzie w szkole nie mieli zbyt dobrego zdania. Przyznaję szczerze, że nie miałam łatwego startu w szkole, ale później ludzie zaczęli czuć przede mną respekt ze względu na Jace'a, który nie cieszył się, w przeciwieństwie do naszych sióstr, ponurą sławą. Jego za to kochała prawie cała żeńska część szkoły i wcale się im nie dziwiłam. Ojca prawie w ogóle nie było w domu, matki zresztą też. Wiele razy ja i Will pozostawaliśmy pod opieką Jace'a, który nie miał przez nas życia towarzyskiego. Zaraz po ukłuciu zazdrości, poczułam uczucie tęsknoty za starszym bratem. Z zamyślenia wyrwał mnie dopiero przyjazny głos Nialla.
-Chcesz zobaczyć ostatnie pomieszczenie, czy się już poddajesz?
-Nigdy się nie poddaję, Horan - uśmiechnęłam się w stronę blondyna.
-O, pięknie, walczaku. A teraz chodź - chłopak wyprowadził mnie z sypialni, wspominając coś o tym, że za białymi drzwiami w pomieszczeniu kryła się oczywiście toaleta.
Ostatnia sypialnia okazała się chyba najbardziej młodzieżowa. Trzy ściany były oszklone, a na jednej widniała fototapeta, ukazująca rozpadający się pomost, prowadzący w stronę otulonego zachodem słońca jeziora. Z boku wystawały gałęzie drzew. Patrząc na tą fototapetę, odnosiło się wrażenie, że łóżko w kolorze kalwados, które przy niej stało, jest jednocześnie częścią pomostu. Po bokach zauważyłam dwie wiklinowe etażerki, również w kolorze kalwados, które tylko dodawały temu pomieszczeniu delikatności. Zamiast biurka, zauważyłam spory stolik, przy którym stał fotel, który zdawał się być po prostu gałęziami drzewa. Drzwi, prowadzące do toalety były wyjątkowo ciemne, a nie tak jak innych pomieszczeniach - białe. Obok tych drzwi stała równie przestronna, co w pokoju Grega, komoda. Spojrzałam ze zdumieniem na Nialla.
-Tak mniej więcej sobie mieszkałem - chłopak uśmiechnął się do mnie w rozmarzeniu.
Przypominał sobie wszystkie przyjemne rzeczy, które się tutaj stały.
-Jest pięknie - odparłam, darząc blondyna wesołym spojrzeniem.
Spojrzałam przez okna na ogród, który, mimo iż nie był jakoś specjalnie zabudowany, był ogromny, a zaraz za jego końcem rozciągało się jezioro, do którego prowadził pomost. Ten widok od razu skojarzył mi się z przepiękną fototapetą na ścianie tuż za mną. Na zielonym trawniku był mały plac zabaw, altanka i jakaś mała szopa na każdego rodzaju szpargały. Westchnęliśmy z Niallem w niemal tym samym czasie, zatracając się w naszych marzeniach i przyjaznej atmosferze między nami.
*
Obudziły mnie promienie słoneczne, wpadające przez okno do sypialni. Wyciągnęłam rękę, żeby objąć Liama i omal nie dostałam zawału, gdy nie poczułam obok siebie ciepła jego ciała. Otworzyłam gwałtownie oczy i odkryłam, że mój dotyk mnie nie mylił. Nigdzie w pomieszczeniu nie było śladu po Liamie. No, może z wyjątkiem wygniecionej i wymiętej pościeli na miejscu, w którym spał. Uśmiechnęłam się szeroko w stronę tegoż miejsca zupełnie tak, jakby chłopak tam leżał i zobaczyłam na poduszce jakąś kartkę. Szybko rozpoznałam pochyłe, nieco niewyraźne pismo.

"Czekam na pomoście. Przyjdź, gdy wstaniesz.
                                                                                                             Liam"

Wstałam czym prędzej, nakręcona nieco propozycją szatyna. Byłam ciekawa co takiego przygotował dla mnie tak rano. Popędziłam do łazienki omal nie przewracając się o jedną z walizek, które leżały od wczoraj nierozpakowane i możliwe, że nigdy ich nie rozpakujemy. Umyłam zęby, przeczyściłam twarz tonikiem i nałożyłam delikatny makijaż. Nie było co przesadzać z make-upem. Włosy związałam w koński ogon i powędrowałam do walizek w celu wybrania jakiegoś ciuchu. W końcu wybór padł na kraciastą sukienkę, klapki japonki i okulary przeciwsłoneczne. Pogoda wydawała się być naprawdę piękna, a temperatura na zewnątrz bardzo wysoka. Przed opuszczeniem pomieszczenia spojrzałam jeszcze przelotnie w lustro. Wyglądałam całkiem porządnie, mogłam wyjść tak do ludzi. Spodziewałam się, że wszyscy będą spali, ale prawda okazała się tak, że wszyscy poza Harry'm kręcili się gdzieś po domu. Niall jadł zupę mleczną, przeglądając wiadomości w świeżo dostarczonej gazecie i podwijając nogę. Gdybym była moją matką, zwróciłabym mu uwagę, że skrzywi sobie kręgosłup, ale przecież, na szczęście, nią nie byłam. Więc poczłapałam spokojnie w stronę dwuskrzydłowych szklanych drzwi prowadzących do ogrodu. Destiny siedziała na schodku dzielącym taras od trawy i z podwiniętą nogą robiła sobie pedicure. Demi natomiast leżała rozciągnięta na leżaku. Dziewczyny głośno się z czegoś śmiały. Spojrzałam w stronę pomostu i omal nie podskoczyłam z radości, gdy ujrzałam Liama, siedzącego plecami do wszystkiego.
-Kogo my tu mamy? - Destiny wymierzyła we mnie oskarżycielski palec.
-Liam tam siedzi i siedzi. Obawiamy się, że oddał się medytacjom - dorzuciła Demi.
Parsknęłam śmiechem i zmierzyłam obydwie przyjaciółki rozbawionym spojrzeniem.
-Wasz również miło widzieć, dzień dobry - zaśmiałam się, a zabrzmiało to jak tekst godny osiemnastego wieku, a nie dwudziestego pierwszego stulecia.
Jestem pewna, że dodałyby coś jeszcze, gdyby nie to, że bez namysłu ruszyłam w stronę pomostu. Idąc w tamtym kierunku, jeszcze raz porównałam widok do tego, który widoczny był na ścianie w pokoju Nialla, który tymczasowo zamieszkiwałam z Liamem.
-Cześć. Przepraszam, że tyle musiałeś czekać - powiedziałam na powitanie.
-Nie czekałem znowu tak długo - szatyn pokazał dłonią coś przed sobą, nie odwracając się nawet w moją stronę.
Wychyliłam się, bo ciekawość wzięła górę nad wszystkim. Przy samym pomoście zacumowana była mała drewniana łódka, na której można było zobaczyć rozciągnięty koc, koszyk wypełniony jedzeniem i radio, które nie potrzebuje prądu, aby działać. Bez namysłu zrobiłam krok, żeby wsiąść do łódki i uśmiechnęłam się szeroko na widok rozświetlonego spojrzenia Liama. Ja się cieszyłam, że on mi zrobił niespodziankę, a on się cieszył, że mi ta niespodzianka przypadła do gustu. Cóż, Liam był typem romantyka, a ja zawsze szalałam za chłopakami tego rodzaju. Szatyn poszedł w mój ślad i już po chwili odpychał nas wiosłami od powierzchni wody i mknęliśmy ku środkowi zbiornika. Zewsząd otaczała nas cisza, którą po chwili przerwał niski głos chłopaka.
-Jak tam w pracy?
-W pracy? - powtórzyłam, wzmagając czujność.
-No tak. Co u Jamesa, czy nadal denerwuje cię Chloe i tak dalej...
-No... mamy nowego pracownika - zająknęłam się przed ostatnim słowem, ale Liam nawet na mnie nie patrzył, bo był zajęty uruchamianiem radia.
Uśmiechnęłam się na pierwsze rytmy piosenki zespołu Bon Jovi pt. "Come Back".
-Wiem, że kochasz klasykę - szatyn uśmiechnął się do mnie, a ja za bardzo nie wiedziałam, czy ma na myśli muzykę, czy chłopców. - Jaki jest ten nowy pracownik? Powinien go chyba poznać.
Liam zaczynał wpadać w jakąś paranoję niczym Harry. Byłam bliska wyrzucenia go z łódki, ale po raz kolejny w życiu powstrzymałam się od zrobienia jakiejś głupoty. Nerwowo przygryzłam wargi.
-Jest całkiem sympatyczny, ale nie miałam okazji z nim długo rozmawiać. To tylko mój kolega z pracy, nie masz powodów do obaw - czułam, że już niedługo beknę za moje kłamstwa, ale nie było już odwrotu.
-Czułbym się pewniej, gdybym go poznał - naciskał Liam.
Spokojnie wodził po moim ciele wzrokiem. Poczułam, że się rumienię. Liam, kurwa, przestań.
-Jasne, wpadnij kiedy chcesz - zgodziłam się, ulegając jego spokojnemu spojrzeniu.
Spuściłam głowę i nagle zaczęłam udawać, że interesuje mnie całe pożywienie, jakie szatyn zabrał z domu tutaj, na środek jeziora. Wyciągnęłam czerwone jabłko i wgryzłam się w nie, nie pamiętając co to litość.