piątek, 24 października 2014

Chapter V (Arcana)

~Destiny~
29.09.2013 r.
- I tak po prostu się rozstaliście ? - spytała zszokowana Tilda, a jej ręka zamarła wpół drogi do ust.
Obok niej siedziała moja rodzicielka, która pozornie nie była zainteresowana rozmową, ale w tamtym momencie przestała skubać pistacje i wtrąciła się do rozmowy :
- Opowiadałaś przecież, że był tym jedynym.
Wzruszyłam ramionami, starając się ukryć uśmieszek wpływający na moją twarz. Tak naprawdę wciąż byłam z Harrym, a cała bajka, jaką przedstawiłam matce oraz szwagierce - o idealnym chłopaku i długiej, romantycznej podróży do tych cieplejszych stanów - miała na celu uspokojenie ich i usprawiedliwienie mojej trzymiesięcznej nieobecności w domu rodzinnym.
- Tak mi się wydawało, ale na koniec tego wypadu przeczytałam kilka jego esemesów z kochanką i niestety musieliśmy się rozstać. Nigdy nie daje drugiej szansy - stwierdziłam stanowczo, co było jednym z większych kłamstw w całej tej historii.
Podczas, gdy kobiety pogrążyły się w rozmowie nad beznadziejnością facetów, ja parzyłam kolejną kawę. Cieszyłam się, że znów mogę być wśród najbliższych mi osób, które mimo, że nie są idealną rodziną i wzorem do naśladowania, dają mi tyle ciepła i miłości, że jestem w stanie przeciwstawić się reszcie dnia. Harry'ego nie widziałam od momentu, gdy wysadził mnie przed kamienicą na Brooklynie i życzył po prostu spokojnej nocy. Jakbyśmy wrócili właśnie ze zwykłej randki w pubie na przedmieściach. Nawet nie byłam pewna, czy wciąż jest w Nowym Jorku i czy, aby na pewno wszystko z nim w porządku. Co do Demi i Sky - spędziłyśmy trzy noce na plotkach i opowieściach o wydarzeniach, które miały miejsce podczas mojej nieobecności. Okazało się, że Liam to najgorsza świnia na świecie, choć po prawie miesięcznej przerwie jest w stanie wymusić do Sky 'cześć'. Natomiast Demi planuje ślub na świeżym powietrzu, w naturalnych kolorach i z mnóstwem świeżych kwiatów. Ponad to rodzina Niall'a wygrała licytacje dawnego domu mody, gdzie planują otworzyć salon z sukniami specjalnie na zamówienie. Och, a co chyba najważniejsze, Skylar oddała się swojemu współpracownikowi. Nie docierało to do mnie, przynajmniej przez dobę. Wiedziałam, że dziewczyna lubi zaszaleć, ma dziwne pomysły i czasami jest mściwa, ale to mnie totalnie zaskoczyło. A jako iż po tygodniu wciąż nie mamy dosyć ciągłego gadania i wymieniania się informacjami, dzisiejsze popołudnie spędzę w salonie sukien ślubnych. Byłam uradowana, że mam wymówkę, by wywinąć się od dalszych pytań, którymi miały mnie zadręczać Tilda i mama. Rozumiałam, że zaspokojenie kobiecej ciekawości, było trudnym zadaniem, ale one przechodziły same siebie. Nawet nie wiedziałam, że potrafię wymyślić tak szczegółowe kłamstwo, a do tego nie pogubić się w zeznaniach.
- Nie chcę wam przerywać, ale będę uciekać - wtrąciłam się do rozmowy.
Musiałam już wyjść, jeśli chciałam zdążyć. Przy panującym ruchu dojechanie na 19 ulicę zajmie mi przynajmniej godzinę.
- Już ? Myślałam, że zostaniesz na obiad. Zrobiłam twoja ulubioną lasagne - mama nagle zerwała się z krzesła, prawie rozlewając kawę.
- Umówiłam się z Demi i Sky na Upper West Side - wytłumaczyłam, chwytając z krzesła kuchennego torbę i kierując się w stronę ganku.
- No dobrze, ale obiecaj, że coś zjesz na mieści - pokiwała na mnie palcem, jakbym wciąż miała dwanaście lat i ucałowała soczyście mój policzek.
Nie pozostało mi nic innego, jak przytakiwać, obiecując, że na pewno zjem obiad. Po pożegnaniu się z Tildą zbiegłam schodami na dół i wyszłam ze starej kamienicy. Na dworze panowała przyjemna atmosfera, a ulica pławiła się w promieniach słońca. Zapięłam haftkę płaszcza i ruszyłam na najbliższy postój taksówek. Co prawda, metro był szybszą metodą transportu, ale zdecydowanie mniej przyjemną i męczącą, jeśli liczyć przesiadki. Szybkim krokiem pokonywałam kolejne metry, myśląc o wszystkim i o niczym. Moje myśli skierowywały się głównie ku studiom, które zaczynam już za dwa dni. Niestety, oznacza to zdecydowanie mniej czasu dla przyjaciół, chłopaka no i oczywiście zakuwanie po nocach. Dostawałam dreszczy na samą myśl o powrocie na uczelnie i stawieniu czoła wszystkim znienawidzonym wykładowcom.
*
Wpadłam do salonu zdyszana, jakbym ostatnią mile przebiegła. Poganiana ciągłymi telefonami od dziewczyn, nawet nie miałam okazji spojrzeć w lustro i ocenić, czy wyglądam dostatecznie dobrze, na tak prestiżowe miejsce, jakim był L'Fay Bridal. Za moją całą szafę, wraz z kosmetykami mogłam kupić sobie tutaj jedną z tych sukienek. I to z dolnej półki.
- Gdzie ty się podziewałaś ?! - Przy drzwiach dopadła mnie Skylar, na której twarzy malowało się istne zawiedzenie.
- Sorry, babska schadzka u mamy. Musiałam wytłumaczyć, czemu sytuacja wyglądała, jakbym była martwa od trzech miesięcy - wytłumaczyłam sarkastycznie, zdejmując płaszcz i rzucając go na białą kanapę.
- Jesteś usprawiedliwiona. Ale lepiej dzisiaj nie wypowiadaj słowa na L., bo jestem umówiona i próbuje się przygotować psychicznie - Przyjaciółka wróciła na swoje wcześniejsze miejsce, pośród wszystkich toreb z zakupami, które najwidoczniej ominęłam.
- Mówisz o Liam'ie ?
Zgarnęłam jedno ciastko ze stolika kawowego i usiadłam na oparciu sofy. Demi nie była obecna wśród nas, co kazało mi myśleć, że właśnie próbuje się wcisnąć, w jak najmniejszy rozmiar.
- Brawo, wszystko zepsułaś. Mówiłam nie mów - Mina Sky wyrażała dezaprobatę, dla mojej nieumiejętności prowadzenia konwersacji i całkowitego braku skupienia.
- Przepraszam, znowu. Po co się spotykacie ?
Zastanawiałam się chwilę nad absurdem tej sytuacji. Kto o zdrowych zmysłach wybiera się na kawę, ze swoim byłym, ale teoretycznie obecnym, który przespał się z inną laską, która swoją drogą jest straszną zdzirą. Rozumiem, że chcą osobiście wyjaśnić sobie niektóre kwestie, ale dla seksu nie ze swoim partnerem, nie ma usprawiedliwień. Przynajmniej takie było moje zdanie. Jednocześnie bardzo chciałam, by znów byli razem i żeby nasza - dziwna to dziwna - paczka znów mogła się widywać wspólnie.
- Musimy porozmawiać o naszych uczuciach. - Popatrzyłam na dziewczynę sceptycznie. - No wiesz, nie chcę go od razu skreślać, wciąż jest dla mnie ważny - Nie dane jej było dokończyć, bo z przymierzalni wyszła właśnie Demi, w jednej z najpiękniejszych sukni ślubnych, jakie widziałam w życiu.
Z gorsetem wyszytym delikatnymi,srebrnymi kryształkami, które przepięknie mieniły się w słońcu, wpadającym przez witryny. Dół sukni był cały koronkowy, tak samo jak lamówka welonu, który sięgał aż do ziemi. Przez chwilę autentycznie odebrało mi mowę i nie mogłam wykrztusić porządnego zdania.
- Laski - Demi pstryknęła palcami. - Jak wam się podoba ? - spytała, obracając się kilka razy wokół własnej osi.
Materiał sukni zaszeleścił i falował, czyniąc to wszystko jeszcze bardziej magicznym.
- Jest przepiękna - zachwyciła się Sky, zakrywając dłonią usta.
- Tak, Niall będzie zachwycony - zawtórowałam jej.
Dalej gawędziłyśmy na różne tematy, omawiając odpowiednią datę ślubu, przeglądając najtrafniejsze dodatki, by cały strój był kompletny i pijąc kawę, serwowaną przez salon.

~Destiny~
01.10.2013 r. 
Dwadzieścia minut po ósmej spieszyłam ruchliwą ulicą, przy Columbus Circle, by zdążyć na pierwszy w nowym roku szkolnym wykład. Byłam pobudzona do działania i pewna, że ten rok przyniesie same sukcesy. Wszystko wróciło do starego porządku, a Harry obiecał, że załatwił sprawę z Quincey'em raz na zawsze. Co w jakimś stopniu nawet mogło być prawdą, ale nie chciałam o tym rozmyślać. Lubiłam taki stan rzeczy, jaki panował teraz. Ostatni raz skręciłam w lewo i znalazłam się na przestronnym placu przed uczelnią. Tłum uczniów zalewających parking i pchających się głównym wejściem przypomniał mi, jak bardzo denerwowało mnie to miejsce zaledwie kilka miesięcy temu. Teraz ta dziwna znajomość wszystkiego co mnie otacza, była uspokajająca. Ruszyłam z miejsca, orientując się, że stoję w bezruchu przyglądając się ludziom.Wyciągnęłam słuchawki z uszu i wepchnęłam je wgłąb skórzanej torby. Pokonałam kilka dzielących mnie od wejścia schodów i pchnęłam szklane drzwi. Hałas niosący się po korytarzu, mieszanina zapachów słabego jedzenia, potu i pasteli dotarły do mnie ze zdwojoną siłą i musiałam zatrzymać się na chwilę, by nie zemdleć. Według planu, który skrupulatnie wertowałam w domu, moja aula znajduje się na trzecim piętrze, tuż obok laboratorium chemicznego. Rozpychając się łokciami przeszłam przez schody i dotarłam do sali, powolnie zapełnianej przez studentów drugiego roku. Nareszcie przestano mnie traktować, jak pierwszaka i patrzeć się na korytarzu, jak na osobę wyalienowaną. Zajęłam miejsce, które nie znajdowało się za blisko profesora, a jednocześnie nie było tym na samym końcu, gdzie siedziały osoby, odsypiające nocne imprezy. Wypakowałam białego laptopa, oraz długopis i notatnik, w razie, jakby pan Marion wrócił do starych metod nauczania. Zajęłam się logowaniem do sieci, gdy moich uszu dobiegł męski głos : 
- Czy to miejsce jest wolne ?
Przebiegłam wzrokiem, bo krzesłach obok mnie i spojrzałam w górę. Moim oczom ukazał się nie kto inny, jak Andrew. Ten sam, który siedział ze mną w metrze, który był na koncercie w klubie oraz, który zabrał mnie nad jezioro. Patrzyłam na niego zszokowana, starając się zebrać myśli. 
- Co ty tu robisz ? - To jako pierwsze przyszło mi do głowy i w sumie było dość istotną kwestią. 
-Studiuje - Szeroki uśmiech zagościł na twarzy chłopaka. - I czekam aż będziesz wolna, ale to tak na marginesie. 
Puścił do mnie oczko, po czym przerzucił swój plecak na miejsce obok i przeskoczył przez ławkę. Wywołał tym niemały zachwyt u grupki dziewczyn, które chichotały pokazując na niego palcami. Przewróciłam oczami i wlepiłam wzrok w ekran laptopa. Nie miałam dobrego wyjaśnienie na swoją dosyć długą nieobecność, a która normalna osoba dziękuje za odwiezienie jej do domu, po czym nie odzywa się prze kolejny miesiąc. 
- Spoko, nie jestem nimi zainteresowany - zagaił Drew, przygryzając wargę. 
Przełknęłam głośno ślinę, siląc się na swobodną pozycję. Podczas, gdy całkiem przystojny, normalny chłopak próbuje być dla mnie nazbyt miły, mój chłopak siedzi w domu, pewnie myśląc o mnie. Miejmy nadzieje. 
- Może powinieneś. Z tego co wiem nie masz dziewczyny - rzuciłam, niby od niechcenia i zaczęłam przeglądać zeszłoroczne notatki z matematyki. 
Wychodziłam na prawdziwą idiotkę. 
- Nie, ale podobno prawdziwa miłość trafia nas tylko raz. A mnie chyba już trafiła. 
Spojrzałam na niego zaskoczona, po czym roześmiałam się nerwowo. To Andrew, on zawsze żartuje. Mimo wszystko,zasiało to we mnie ziarno niepewności. 
- Mnie raczej też - skwitowałam krótko. 




środa, 4 czerwca 2014

Chapter IV (Arcana)

~Skylar~
20.09.2013r.
Obudziło mnie delikatne pochrapywanie dobiegające moich uszu. Wtuliłam się mocniej w ciepłą, miękką skórę. Przyjemnie było na powrót obudzić się w ramionach Liama po tym koszmarze, który mi się śnił. Jak mój mózg mógł wytworzyć tak absurdalną historię, że chłopak mnie zdradził? Szybko odgoniłam od siebie te ponure myśli. Po co było zastanawiać się nad czymś, co tylko było jawą? Chwila, wróć... Skoro leżałam w objęciach Liama to dlaczego słyszałam pochrapywanie, skoro chłopak bardzo rzadko chrapał. I dlaczego, do cholery, czułam na swoim ramieniu zarost? Odsunęłam się czym prędzej od nieznajomego, momentalnie napinając się się jak struna, otwierając oczy i podciągając kołdrę pod brodę. Dlaczego, znowu do cholery, nie miałam na sobie ciuchów? Zerknęłam przerażona na obcego kolesia w moim łóżku i w jednej chwili wiedziałam, że w moich oczach pojawiają się świeczki. Obok mnie spał, niczym małe dziecko, doskonale znany mi blondyn. Jego rozanielona twarz wykrzywiła się w lekkim grymasie radości. Malinowe usta były rozchylone, a powieki nie drgały nerwowo. Rzęsy rzucały długie cienie na wydatne kości policzkowe. Poczułam się jednocześnie wściekła, szczęśliwa i zażenowana. Jak do tego mogłam dopuścić?

*DZIEŃ WCZEŚNIEJ*
-Hej, Sky. Robię kawę. Chcesz? - ledwo zdążyłam przekroczyć próg mieszkania, a z kuchni już dochodził głos Jamesa.
-Jasne, karmelową - odparłam, opierając się o futrynę.
Wiedziałam, że jestem w tym mieszkaniu tylko i wyłącznie na jego warunkach, ale w ogóle mi to nie przeszkadzało. Byłam dozgonnie wdzięczna Jamesowi za to, że przez prawie miesiąc pozwalał mi u siebie mieszkać, a nawet nie napomknął o tym, żebym się miała wyprowadzać. Był najlepszym kumplem pod słońcem.
-Jak tam w pracy? - zapytał zupełnie tak, jakby całe to wspólne mieszkanie było rutyną.
-Ciężko. Sam wiesz, jaka się ostatnia z szefowej suka zrobiła.
-Tak, doskonale to wiem - pogodny uśmiech rozjaśnił twarz mojego przyjaciela, ale po chwili zastygła tylko po to, żeby mogło pojawić się na niej roztargnienie. - Zupełnie zapomniałem. Był tutaj dzisiaj rano jakiś starszy facet. Wyglądał zupełnie jak żul i miałem go odesłać tam, skąd przyszedł, ale powiedział mi, że ma "list dla panienki George". Leży na stole - chłopak wzruszył ramionami.
Dopadłam czym prędzej stołu i rozpieczętowałam starannie zamknięty list. Doskonale wiedziałam od kogo on pochodził. Usiadłam na kuchennym krześle, podwijając nogi pod pośladki.
-Sky... - zaczął James, ale uciszyłam go gestem ręki. - Coś się stało? - dodał szeptem.

"Droga Sky,
   Znowu mam doła, że nie mogę z Tobą pogadać w cztery oczy i opowiedzieć Ci jak tu jest. Gorąco, duszno i ciemno, bo ciągle uciekamy, albo się chowamy.
      Rozmawiałam z Harry'm i wychodzi na to, że niedługo będziemy się starali jakoś wrócić do domu. Nie wiem jak i kiedy dokładnie, ale Pan Zły chyba wreszcie zrozumiał, że to wszystko zaczyna mnie męczyć.
       Nie wiem co jeszcze napisać, żeby jakoś Cię uspokoić, ponieważ wiem, że się martwisz i doskonale to rozumiem. Ja chyba umarłabym z tęsknoty i przerażenia, jeżeli Ty byś nagle zniknęła. Kocham Cię bardziej niż wszystko inne. No, może z wyjątkiem Harry'ego.
PS. Nie zapomnij spalić tego listu. Pamiętaj, że nikt nie może go zobaczyć
Des"

Zacisnęłam dłoń w pięść tak, że kartka pomięła się i zwinęła w kulkę.
-Nic się nie dzieje, James - odparłam, przerywając długą ciszę.
Nic nie powiedział. Zawsze wiedział kiedy się powinno odzywać, a kiedy po prostu się zamknąć. Bardzo ceniłam sobie przyjaźń Jamesa, rozmowy z nim i jego obecność. Chłopak wzruszył tylko ramionami i usiadł naprzeciw mnie z kubkiem parującej kawy, podsuwając mi pod nos tą, którą ja sobie zażyczyłam kilka minut wcześniej.
-Jeżeli się nie pogniewasz to nie będzie mnie dzisiaj wieczorem w domu - o cholera, czy to coś, co pojawiło się na twarzy Jamesa to był figlarny uśmiech?
Parsknęłam.
-Jasne, że się nie pogniewam. Zaproszę sobie kogoś do towarzystwa - wystawiłam język w jego kierunku.
-Idę na randkę - powiedział to tak, jakby był małym chłopcem, przechwalającym się swoją kolekcją samochodzików Hot Wheels.
-W końcu któraś cię chciała? - spojrzałam na niego zadziornie.
-Sama się przekonasz jak wygląda. Będzie tu za godzinę - wstał od stołu. Kiedy on wypił tę kawę? - Idę się szykować - pocałował mnie przelotnie w czubek głowy.
*
Dzwonek do drzwi obwieścił mi i Jamesowi, że ktoś koniecznie chciał dostać się do mieszkania. Z góry założyłam, że może to być dziewczyna mojego przyjaciela, albo Joe, który miał spędzić ze mną ten wieczór na oglądaniu jakiegoś nudnego filmu akcji. Nie pomyliłam się, ponieważ już po kilku minutach usłyszałam, dobiegający z korytarza damski, ponętny głos, który po chwili zaczął zbliżać się do salonu. Podniosłam się z kanapy, otrzepując okruszki z drożdżówki, którą jadłam chwilę wcześniej. Jeżeli nie jest się na diecie, trzeba udawać, że się na niej jest. Odwróciłam się w stronę wejścia do salonu i zatrzymałam się w pół kroku. Dziewczyna również zatrzymała się, a James wpadł na nią z impetem. Złapał ją, zdezorientowany jej nagłym zatrzymaniem.
-To ty - wiedziałam, że to kwestia czasu jak zacznę płakać.
Wycelowałam w długonogą, szczupłą blondynkę palec i podeszłam bliżej.
-To wy się znacie? - chyba James wyczuł napięcie, bo stał z boku i drapał się po swojej blond czuprynie.
-Miałyśmy okazję się poznać, ale nie znamy swoich imion. Jestem Aubrey - wyciągnęła w moją stronę rękę.
-Skylar - podałam jej dłoń. - No proszę, James. Śliczną laskę wyhaczyłeś. Uważaj tylko, bo jest piękna. Jeszcze ktoś ci ją zabierze - mrugnęłam niby to przyjacielsko do blondyna.
Aubrey zaśmiała się perliście, ale wiedziałam, że to wszystko było tylko na pokaz. Tak samo jak moja życzliwość. Być może nie byłoby w tej dziewczynie nic złego, gdyby nie to, że niecały miesiąc wcześniej nakryłam ją w łóżku z moim ówczesnym chłopakiem, a teraz rozmawiałyśmy twarzą w twarz, ponieważ umówiła się na randkę z moim najlepszym przyjacielem. Boże, naprawdę nie było więcej atrakcyjnych lasek w ośmiomilionowym Nowym Jorku?
-Chciałem was tylko sobie przedstawić. Chodź, Aubrey, bo nie zdążymy do teatru - chwycił jej dłoń, przyprawiając mnie o mdłości.
Niech oni się wynoszą z tego mieszkania jak najszybciej.
*
-Aż tak źle? - Joe zastał w mnie w okropnym stanie.
Nawet nie miałam ochoty się przebierać w coś ładniejszego. Siedziałam tak potargana, w dresach, z potwornym poczuciem beznadziejności, że każdy bliski mi facet wybiera Aubrey.
-Strasznie. Masz ochotę może na kawę? - zapytałam tylko i wyłącznie z grzeczności.
Tak naprawdę mógł mnie pocałować w tyłek. Nic nie miałam zamiaru dla niego robić.
-Mam lepszy pomysł - uśmiechnął się zawadiacko i wyciągnął w moją stronę butelkę wina.
Joe miał idealne pomysły. Czym prędzej chwyciłam butelkę i zaprosiłam gościa do środka. W czasie, gdy chłopak rozgaszczał się w niedawno ogarniętym salonie, ja pognałam po dwie lampki. Wróciłam najszybciej jak mogłam. Usiadłam obok chłopaka, poczekałam aż otworzy wino i naleje zawartość butelki do lampek. Czerwony płyn przypominał krew, a ja miałam akurat tak okropną żądzę mordu, że bardzo mi się to spodobało. Chwyciłam szybko jedno z naczyń i uniosłam je w górę, spoglądając na Joe.
-Wypijmy za wieczór spędzony w miłym towarzystwie - roześmiał się, lustrując mnie od stóp do głów.
Nagle poczułam się taka brzydka, że ledwo porzuciłam chęć przebrania się. Momentalnie wypiłam zawartość lampki, choć to było niekulturalne, ale kto by się przejmował kulturą? Napełniłam kolejne lampki.
-I za dziwki i skurwysynów, którzy zabierają nam osoby, na których nam zależy - Joe przytaknął w zamyśleniu.
Nagle poczułam chęć opowiedzenia mu wszystkiego. To alkohol tak źle na mnie działał, ale miałam to gdzieś. Zanim się zorientowałam, pierwsze słowa płynęły z moich ust.
-Miesiąc temu mój chłopak miał urodziny. Chciałam mu zrobić niespodziankę, ale zamiast tego to on zaskoczył mnie. Zastałam go w łóżku z inną panną - spojrzałam na Joe, żeby upewnić się, że nie przysnął. - To dokładnie ta sama laska, z którą dzisiaj umówił się James, i która była tutaj, w tym mieszkaniu. Dzisiaj - prawie, że syknęłam.
-Rozumiem jak się czujesz. Moja była dziewczyna puściła się z kimś i nie chciała mi powiedzieć z kim, bo dowiedziałem się o tym od jej siostry, która swoją drogą jej nienawidziła - mówiąc to, wyglądał jakby był gdzieś daleko ode mnie. - Facetem, z którym mnie zdradziła był mój najlepszy kumpel. Bolało jak cholera, ale trzeba było się podnieść i iść dalej. Dzięki temu, że się nie poddałem i nie załamałem to mogę dzisiaj na przykład pić wino w tak dobrym towarzystwie - uśmiechnął się szeroko w moją stronę i tym razem byłam pewna, że jest obecny nawet duchem w tym samym pomieszczeniu, w którym znajdowałam się i ja.
-Joe, jesteś taki kochany - wymamrotałam, nieco odurzona, mimo wszystko, małą ilością alkoholu.
Chłopak wyciągnął ramię i przyciągnął mnie do siebie.
-Od początku wiedziałem, że znajdziemy wspólny język - chwileczka, czy my naprawdę się nawaliliśmy?
Może potrafiłabym się na tym skupić, gdyby nie usta Joe, które nagle niemal zgniotły moje. W normalnej sytuacji kazałbym mu przestać, odtrąciłabym od siebie. Ale co mogło stać się złego? To był tylko niewinny pocałunek. Ręka Joe, która przytrzymywała moją twarz, powędrowała wzdłuż mojego ramienia, pozostawiając za sobą rozkoszny ślad, spowodowany dotykiem. Nie wiadomo skąd na mojej skórze nagle pojawiła się  gęsia skórka, a ja zapragnęłam więcej. Więcej Joe. Przyciągnęłam go do siebie, odwzajemniając pocałunek. Chłopak oderwał się ode mnie tylko po to, żeby przenieść pocałunki na moją szyję, na której pozostawiał wilgotne ścieżki. Przyciągnęłam go jeszcze bliżej siebie, poprzedzając to ściągnięciem z niego koszulki. Opalony tors prawie mnie onieśmielił. Przysięgam, że w całym swoim życiu nie widziałam tak seksownego ciała. Silne, umięśnione ramiona unosiły mnie do góry tak, żebym mogła usiąść na nim okrakiem. Oderwałam się na chwilę od niego, żeby powieść palcami po jego nagiej skórze. Chłopak zadrżał pod moim dotykiem, a mnie się to bardzo spodobało. Powiodłam opuszkami po tatuażu, który pokrywał jego ramię, a ja nigdy wcześniej nie miałam okazji go zobaczyć. No tak, Joe chodził w ciemnych koszulkach, a, tak zupełnie na marginesie, nigdy nie miałam go jeszcze sposobności rozbierać. Wszystko zmieniło się tak diametralnie w ciągu kilku godzin. Uniosłam ręce do góry, żeby pomóc blondynowi ściągnąć ze mnie górną część garderoby i nie zawahałam się ani chwili przed rozpięciem sobie stanika i zrzuceniem go na ziemię. Wstaliśmy pospiesznie obydwoje, żeby pozbyć się tego, co było na dole. Było nam tak spieszno do siebie, że aż serce się krajało na samą myśl, że mogłam nie doceniać tego chłopaka wcześniej. Jęknęłam cicho, gdy chłopak ścisnął moją pierś, całując po szyi. Jemu też się to podobało, bo dyszał do mojego ucha. Koleś, coś jest bardzo nie tak z twoją kondycją, pomyślałam i zapragnęłam mu to powiedzieć, ale w ostatniej chwili się powstrzymałam. Jeszcze straciłby ochotę na seks ze mną, a to była ostatnia rzecz jakiej teraz potrzebowałam - żeby Joe stracił ochotę. Chłopak podniósł mnie do góry i powoli wszedł we mnie, sprawiając mi tym maksimum przyjemności. Boże, kto by pomyślał, że można się przy kimś czuć tak dobrze? Wygięłam plecy w delikatny łuk, gdy zaczął poruszać się szybciej. Prawie w ogóle nie zmienialiśmy pozycji, ale było mi szczerze mówiąc wszystko jedno. Liczył się tylko jego wszechobecny dotyk i usta, błądzące po moim ciele. Był niesamowity. Doszliśmy w małych odstępach czasu - najpierw ja, po chwili Joe. Potem nie mówiliśmy już nic, tylko zasnęliśmy objęci i, chyba, szczęśliwi tym, co się stało.

czwartek, 17 kwietnia 2014

Chapter III (Arcana)

~Destiny~
16.09.2013 r. 

Dochodziła piąta rano, gdy Harry zaparkował samochód koło stacji benzynowej. Słońce dopiero wschodziło, barwiąc niebo na różne odcienie różu i czerwieni. Napawałam się chwilę tym widokiem, wreszcie znajdując coś pięknego w życiu. Coś, co choć na chwilę pozwoliło myśleć o czym innym niż UCIECZKA. Słowo ucieczka i bezpieczeństwo były dla mnie tak drażniące, że Harry dostał oficjalny zakaz wypowiadania ich. Choć zakaz ten nie był za bardzo potrzebny, gdyż przez całą siedemnastogodzinną podróż prawie nie rozmawialiśmy. Pomijając lakoniczne odpowiedzi. Nie miałam właściwie pojęcia gdzie jesteśmy tym razem. Wahałam się między Tennessee, a Kentucky, wnioskując po piaszczystych terenach po obu stronach autostrady. Było też zdecydowanie cieplej. Mimo klimatyzacji czułam, że mój szary t-shirt jest przepocony. W samochodzie pachniało mieszanką kawy i taniego dezodorantu. Zaczynało mi się kręcić w głowie od tego zapachu. 
- Chcesz coś zjeść zanim dojedziemy do Louisville ? - Chłopak zajrzał prze okno, po tym jak zatankował samochód. 
Pokiwałam głową, w duchu przybijając sobie piątkę za świetną znajomość geografii. Louisville przecież było w Kentucky. Harry wzruszył ramionami i poszedł zapłacić za paliwo. W zasadzie nie miałam powodów, by się na niego złości. Sama zdecydowałam się na ucieczkę, możliwe, że przez resztę mojego życia, ale trochę minie za nim przyzwyczaję się do ciągłej jazdy. I do braku Sky i Demi. Na nich zależało mi chyba najbardziej. Zastanawiałam się czasami, co one robią w tym czasie. Pewnie Skylar spędza najlepsze chwilę swojego życia u boku Liama, a Demi z pełną mocą planuje ślub. Może chodzą do salonu sukien ślubnych. Znając życie, dobrze się bawią. Zawsze dobrze się bawiłyśmy we trzy. Moje rozmyślenia przerwał Harry, który wparował do samochodu, napychając sobie buzię hot-dogiem, w drugiej ręce dzierżąc jakiś napój energetyczny. Wyglądał, jakby nie jadł od tygodnia, w rzeczywistości minęło tylko kilka godzin od ostatniego posiłku. Odwróciłam od niego wzrok, bo widok człowieka jedzącego w tym smrodzie po prostu mnie obrzydzał. Harry jeszcze chwilę spożywał mega tłusty posiłek, po czym z sykiem otworzył puszkę. 
- Możesz się pospieszyć ? - spytałam zirytowana. 
W czasie, gdy ścigał nas jeden z najniebezpieczniejszych gangsterów w Nowym Jorku, on postanowił sobie urządzić piknik. 
- Spokojnie, skarbie - zaśmiał się, odkładając napój. Zaraz potem przekręcił kluczyk w stacyjce. - Złość piękności szkodzi. - Szturchnął mnie zaczepnie łokciem. 
Już miałam odpowiadać mu kuksańcem, ale w ostateczności stwierdziłam, że to no i tak nie przyniosłoby większych efektów. 
- Śmierć też. - Przygryzłam wargę i wpatrzyłam się w widok zza szybą. 
Z daleka widać było metropolię Louisville. Nigdy wcześniej tutaj nie byłam, mówiąc szczerze. W ogóle rzadko kiedy ruszałam się poza Nowy Jork. Uśmiech Harry'ego zbladł, a sam chłopak nagle spochmurniał. Potrafiłam zepsuć humor nie tylko sobie. 
- Nie umrzesz. - stwierdził, jednak jego ton kazał mi myśleć, że nie jest zbyt pewny siebie. - Kocham cię. 
- To mnie nie ocali. - burknęłam. 
Wiem, że w tym momencie nie byłam najmilszą osobą, ale zmęczenie dawało się we znaki. To musiało być zmęczenie, bo całkowicie zignorowałam jego wyznanie miłości. 
- Ale ja cię ocalę. - zerknął na mnie, a potem wbił wzrok w jezdnie. 
*
Minęły dwie godziny nim znaleźliśmy się w samym centrum Louisville. Z trudem poruszaliśmy się po zakorkowanym mieście. Zważając na to, że było kilka minut po ósmej, a większość osób spieszyła do pracy, główna ulica była prawie nieprzejezdna. Oczywiście Harry znał jakieś skróty i poruszał się z taką łatwością, jakby mieszkał tutaj od dawna. Naprawdę, już nie miałam ochoty zastanawiać się skąd on to wszystko wiedział, kiedy był tutaj ostatni raz i tego typu podobne. Pewnie na koniec i tak zbyłby mnie jakimś słabym tekstem. Jak robił to niezmiennie od kilkunastu godzin. Zupełnie przestałam się tym przejmować, gdy samochód zatrzymał się pod wieżowcem, całkowicie ignorując znak informujący o zakazie. Przewróciłam oczami. Nie zdziwiłabym się, gdyby z policją też miał układy. Chłopak wyskoczył z auta i go okrążył, następnie otwierając moje drzwi. Zignorowałam jego przyjacielsko wyciągniętą rękę i wyszłam bez pomocy. Miałam gdzieś te uprzejmości. Ruszyłam za Harry'm, który w błyskawicznym tempie pokonywał odległość między chodnikiem, a wejściem do budynku. Na moje dwa kroki przypadał jego jeden, więc musiałam nieźle przebierać nogami, by nie zostać w tyle. Pan Zły przywitał się z ochroniarzem po imieniu i skierował się do wind. Jak zwykle, nie zostałam uraczona żadnymi wyjaśnieniami gdzie jesteśmy i co właściwie robimy. Szłam z naburmuszoną miną, trzymając ręce ciasno przy tułowiu i maskując powstałe plamy potu. Tutaj było naprawdę strasznie gorąco. W metalowym pudle, które miało zawieść nas na wyższe piętro nie było nikogo. Pewnie panowałaby przeszywająca cisza, gdyby nie denna piosenka, puszczana w kółko i męcząca pewnie większość mieszkańców. Przejrzałam się w lustrze, ale zaraz potem odwróciłam wzrok udając, że wcale nie było takiego incydentu. Wyglądałam, jak siedem nieszczęść z potarganymi włosami, przepoconym podkoszulku i z podkrążonymi oczami. Przez chwilę zrobiło mi się głupio, że w ogóle pokazuje się Harry'emu w takim stanie, ale on zdawał się zupełnie nie zwracać na mnie uwagi. Nawet, jakbym wyglądała, niczym jeden z aniołków Victoria's Secret. Typowy dźwięk oznajmił nam, że już jesteśmy na upragnionym piętrze. Wygramoliłam się za chłopakiem, ledwo powłócząc nogami. Prawdę mówiąc, byłam cholernie głodna, ale nie miałam ochoty na śmieciowe jedzenie ze stacji benzynowej. W końcu doszliśmy do pokoju numer 505, z metalową tabliczką na drzwiach. Do tej pory nie zwracałam szczególnej uwagi na otoczenie w jakim się znajduje, ale było to zupełne przeciwieństwo motelu w Newport. Tutaj wszystko, od framug, przez ramy luster, aż do klamek było wykonane ze złota. Ewentualnie czegoś szlachetnego. Czułam, że nie pasuje do tego otoczenia. Harry zapukał, po czym szybko opuścił rękę wzdłuż tułowia. Po serii stuknięć i dziwnych odgłosów po drugiej stronie wreszcie otworzyła nam niska blondynka, z warkoczem zawiązanym na jednym ramieniu.
- Leah, zajmij się Des. Idę porozmawiać z Dany'm.- Chłopak wręcz wepchnął mnie do pokoju i w błyskawicznym tempie odszedł w drugą stronę.
Nawet nie zdążyłam się spytać kim właściwie jest Dany i ile czasu tutaj spędzimy. Przełknęłam głośno ślinę, gdy wcześniej wspomniana dziewczyna zamknęła drzwi i odwróciła się do mnie. Ciaśniej opatuliła się szlafrokiem w kwiatowy wzór i uśmiechnęła się szeroko. Mogła mieć najwyżej dwadzieścia lat.
- To ty jesteś ta Destiny. - powiedziała, przypatrując mi się uważnie.
Już miałam zwrócić jej uwagę, że to niegrzeczne tak mierzyć swojego rozmówcę wzrokiem, ale w ostateczności zrezygnowałam z tego pomysłu.
- Co oznacza 'ta' Destiny ? - spytałam, zakładając ręce na klatce piersiowej.
Starałam się, aby mój wzrok wyrażał zastanowienie, pomieszane z wyższością. Jednak Leah po prostu wzruszyła ramionami i podeszła do dużej, białej komody z pozłacanymi rączkami. Wyjęła ręcznik i podała mi go.
- Harry często o tobie opowiada. - wyznała. Od razu nasunęło mi się pytanie, kiedy ona ostatni raz rozmawiała z Harry'm i dlaczego właściwie chłopak nic mi nie mówi o swoich przyjaźniach międzystanowych.- Masz szczęście. Przyjaźnie się z Harrym od dawien dawna i uwierz mi, że to naprawdę dobry chłopak. Choć zdarza mu się czasem przeholować - opowiadała, wpychając w moje ręce coraz to nowe kosmetyki i ubrania, których pewnie miałam użyć. - Zawsze twierdził, że znajdzie dziewczynę, która będzie tylko jego. Że on ją sobie wybierze. - nawijała dalej, choć nawet ją o to nie poprosiłam.
W zasadzie mogłaby skończyć już po pierwszym zdaniu, bo no i tak reszta opowieści mnie nie interesowała. Mogłam się spodziewać, że Harry od zawsze był egoistycznym dupkiem, który traktował dziewczyny, jak przedmioty, które można mieć na własność. Mimo wszystko przytakiwałam głową, nie chcąc wyjść na niemiłą. Rzadko kiedy ktoś tak się otwiera prze nieznajomymi.
- I to ja zawsze chciałam nią być. - skończyła wreszcie, a ja jakbym oprzytomniałam. Spojrzałam się na nią zdziwiona, nie wiedząc właściwie, jak brzmiała wcześniejsza część jej wypowiedzi. Odpuściłam sobie pytanie ją o to, gdy odezwała się po krótkiej chwili milczenia. - Tu jest łazienka. Możesz wziąć prysznic i takie tam, bo jemu no i tak pewnie trochę zejdzie.
Pokiwałam ze zrozumieniem głową, ignorując to co robi w tym momencie ten zachłanny pajac. Zamknęłam się za białymi drzwiami i mało co nie padłam z wrażenia na widok ogromnej toalety, gdzie blaty były z marmuru, a prysznic był tak wielki, że spokojnie mogłabym w nim tańczyć. Przez chwilę przeszło mi przez myśl, że z kranu leci płynne złoto, ale szybko pokręciłam głową, odganiając tą głupią myśl. Zdjęłam z siebie przepocone rzeczy i rzuciłam w kąt pomieszczenia. Szybko załatwiłam czynności związane z myciem zębów i zmywaniem makijażu, gdyż Leah dostarczyła mi naprawdę wszystkich potrzebnych środków. Na koniec wzięłam prysznic, napawając się wonią kwiatowego żelu. Czułam, że moje ciało się relaksuje, przez co i ja byłam w lepszym nastroju. Na koniec wcisnęłam na siebie piżamę, z trochę za krótkimi nogawkami. Przeczuwałam, że była to własność dziewczyny, którą właśnie mi pożyczyła. Wiedziałam również, że wyglądał, jak idiotka lub dziecko, które wyrosło już ze swojego stroju. Wyszłam z toalety, a moją skórę przeszedł dreszcz. Leah właśnie w tym momencie postanowiła przewietrzyć sypialnie. Jednak widząc moją reakcje, szybko wyskoczyła z łóżka, rzucając na szafkę nocną magazyn o modzie i zamknęła okno.
- Przepraszam. Lubię przebywać w wywietrzonym pokoju. - wyjaśniła, uśmiechając się szeroko.
Mimo tego, że była dopiero dziewiąta rano, byłam tak zmęczona, że nie byłam w stanie odwzajemnić jej gestów. Po prostu z utęsknieniem wpatrywałam się w łóżko, które wyglądało na niezwykle wygodne, zaściełane białą narzutą i kilkunastoma poduszkami w odcieniach beżu, złota i bieli. Nie spałam dobrze chyba od miesiąca. Dziewczyna, jakby widząc mój wzrok, który tylko błagał o chwilę snu, zrzuciła narzutę z łóżka i złożyła ją starannie na fotelu.
 - Jest do twojej dyspozycji. - powiedziała, zgaszając lampkę nocną, która z niewiadomych przyczyn się paliła. - Jakbyś czegoś potrzebowała, będę w pokoju obok. - wyjaśniła i opuściła sypialnie.
Byłam jej za to niezmiernie wdzięczna.
~Harry~

Oparłem się o blat, patrząc z wyrzutem na Dany'ego. Byłem cholernie zmęczony, a rozmowa z tym pieprzonym idiotom wcale mi nie pomagała. Mężczyzna w skórzanej kurtce i przetartych dżinsach, z kucykiem związanym na karku, zbliżający się do czterdziestki, mierzył mnie uważnie wzrokiem. 
- Ja rozumiem, Styles. Ty zawsze byłeś zdrowo pierdolnięty, ale żeby wciągać w to dziewczynę. - warknął, z hiszpańskim akcentem. 
Wzruszyłem ramionami, uznając, że to będzie lepsze niż nawrzucanie mu od najgorszych. Tym bardziej, że dzisiaj wyjątkowo działał mi na nerwy. 
- A co miałem zrobić ? Zostawić ją w Nowym Jorku ? - spytałem, zamaszyście gestykulując rękami. 
Spojrzał się na mnie, jak na dziecko, które nic nie rozumie. Bardzo nie lubiłem tego wzroku. 
- Najlepiej by było, gdybyś nigdy się z nią nie wiązał. Jeśli się w kimś zakochasz, to musisz brać za niego odpowiedzialność, stary. Romans z nią był twoim błędem. Miłość była twoim błędem. - stwierdził rzeczowym tonem, pocierając swoją szorstką brodę. 
- A co z tobą i twoją córką ? Kochasz Leah i też zrobiłbyś dla niej wszystko. 
Dany wyglądał, jakby poważnie analizował w głowie to co mu powiedziałem. Miałem nadzieje, że coś dojdzie do tego starego, pustego łba i pozwoli nam tutaj zostać. Przynajmniej na kilka nocy. 
- Wracając do tematu, możesz tutaj zostać, ale jak cokolwiek stanie się Leah'i to osobiście sprzedam cię Quincey'owi. - zagroził, wskazując na mnie oskarżycielsko palcem. 
Nareszcie. Miałem dość tej dyskusji i w ogóle kontaktu z ludźmi. Potrzebowałem tylko Destiny i tylko ona się dla mnie teraz liczyła. A raczej to czy jest bezpieczna. Kurwa, tak bardzo nie chciałem doprowadzać mojego życia do takiego stanu, a to właśnie zrobiłem. Rzuciłem krótkie 'Na razie' Dany'owi i wróciłem do pokoju, w którym zostawiłem Des. W środku było ciemno, co było spowodowane głównie zasłoniętymi roletami. Dziewczyna spałam na małżeńskim łóżku, oddychając miarowo. Ściągnąłem z siebie spodnie i przerzuciłem koszulkę przez głowę. Nie dbałem o to, gdzie zostawiłem swoje ubrania. Najdelikatniej, jak umiałem wszedłem pod kołdrę i opatuliłem drobne ciało Destiny ramionami, zamykając ją w szczelnym uścisku. Zadrżała. 
- Jesteś tylko moja. 






















wtorek, 1 kwietnia 2014

Chapter II (Arcana)

~Skylar~
16.09.2013r.

Pchnęłam ciężkie masywne drzwi, angażując w tę czynność wszystkie możliwe mięśnie mojego ciała. Kawał metalu ustąpił dopiero po dłuższej przepychance. Postanowiłam nawet ich nie zamykać, żeby za parę minut nie musieć znowu się z nimi siłować. Usiadłam na popsutym głośniku tak, że moje nogi zwisały bezwiednie po obydwu stronach. Wyciągnęłam paczkę papierosów mentolowych i wsadziłam pierwszego lepszego do moich ust, zapalając go przy głośnym akompaniamencie pstryknięcia zapalniczki, który zdawał się rozrywać ciszę. Zakasłałam głośno, gdy niepożądany dym wtargnął do moich ust. Zaciągnęłam się ponownie, głęboko. Od jakiegoś czasu byłam trochę nerwowa i popadałam w nałogi, ale moje postępowanie mogłam uznać za zupełnie uzasadnione. No bo co innego może robić człowiek, który odkrył, że był oszukiwany i na dodatek nie ma się gdzie podziać, bo mieszkanie wieje pustkami? Każdy, kto by postawił się w mojej sytuacji, przyznałby, że popadanie w nałogi to jeszcze zupełnie nie najgorsza sprawa. Bardzo chciałam cieszyć się chwilą samotności, ale zauważyłam Jamesa, który przeciskał się w szparze między drzwiami. Cóż, być może nie chciało mu się zaczynać przepychanki z tym żelastwem. Chłopak spoglądał na mnie oskarżycielsko, gdy wyrzuciłam peta za siebie i poprawiłam miękkie włosy, lejące się kaskadami na moje ramiona i piersi.
-Palisz - powiedział to takim tonem, jakby był matką, która przyłapała dziecko na jakimś okropnym czynie.
-Popalam - poprawiłam go, schodząc z głośnika.
-Widzę co się z tobą  dzieję. Mieszkasz ze mną - przypomniał, a we mnie nie wiadomo dlaczego zawrzał gniew.
Być może uznałam to za sposób wypomnienia mi tego i pozbycia się mnie ze swojego mieszkania? W normalnej sytuacji nie dziwiłabym się Jamesowi, ale wtedy wymagałam towarzystwa, przyjaźni i po prostu, po ludzku - współczucia. Nie żebym nie dostawała tego od blondyna, ale jego tekst mimo wszystko mnie zirytował. Odwróciłam się gwałtownie w jego stronę.
-Spoko. Wieczorem mnie tam już nie będzie - uśmiechnęłam się przymilnie i ruszyłam z powrotem do budynku.
Nie miałam ochoty słuchać jego umoralniających tekstów o tym jak to papierosy szkodzą płucom i jak źle ze mną będzie, gdy nabawię się raka właśnie tych organów. Miałam to w dupie. Jak na mój gust mogłam umrzeć jakieś 2-3 tygodnie temu, gdy przyłapałam swojego chłopaka w łóżku z inną panienką. Słyszałam jak James coś za mną woła, ale postanowiłam to zignorować. Z niewiadomych przyczyn zezłościłam się na niego i postanowiłam zabrać z jego mieszkania wszystkie moje rzeczy. Być może podziękuję mu nawet za goszczenie mnie przez tak długi czas. Co z tego, że miałam własne mieszkanie skoro musiałabym w nim żyć sama? W mieszkaniu Jamesa był przynajmniej on, a był on moim przyjacielem, więc czułam się przy okazji bardzo komfortowo. Szłam zamyślona przez małe zaplecze, gdy wpadłam na coś twardego. Z roztargnieniem rozejrzałam się wokoło, żeby stwierdzić, że weszłam w drabinę, na której stał Joe. Chłopak zachwiał się niebezpiecznie, ale na szczęście przytrzymał się dobrze usytuowanej półki i po chwili żelastwo już się nie chwiało.
-Chciałaś mnie zabić? - zapytał przez śmiech, zeskakując z dwóch ostatnich stopni drabiny.
-Przepraszam. Zamyśliłam się, a ty postawiłeś ją akurat w takim miejscu, że nawet normalnie nie zwróciłabym uwagi na to, czy coś tu stoi - przyznałam, pokazując dłonią miejsce, w której stała żelazna winowajczyni.
Joe spojrzał na mnie, nadal rozbawiony.
-To w takim razie moja wina i to ja przepraszam - odwrócił się z zamiarem ponownego wejścia na drabinę, gdy minęłam go w milczeniu.
Chłopak postawił podniesioną wcześniej do góry nogę z powrotem na podłodze.
-Hej, Sky - złapał mnie za przedramię.
Spojrzałam na niego tępo. Człowieku, nie mam ochoty na jakieś rozmówki integracyjne.
-Chcesz może pogadać? - rękę, którą wcześniej przytrzymywał moje przedramię, podniósł do góry i przeczesał swoje gęste blond włosy. - Myślę, że jestem dobry w rozmowach.
-Dzięki za chęci, ale nic się nie dzieje - skłamałam.
Cholera, kogo ja próbowałam oszukać? Ostatnio paliłam jak nałogowiec, nie rwałam się do rozmowy i, o zgrozo, nawet do imprez, narkotyków oraz alkoholu. Gdy tydzień temu Niall i Demi zaproponowali mi wspólne wyjście na jakiś koncert to po prostu odmówiłam z obawy przed spotkaniem Liama. Joe wzruszył tylko ramionami, mruknął coś i wszedł z powrotem na drabinę, aby powrócić do wcześniejszej czynności. Ja natomiast wyszłam z zaplecza wprost przed jedną z kas. Obok drugiej stała Chloe i szybko przerzucała zakupy jednego z klientów. Spojrzała na mnie znacząco, jednak nie znalazłam w tym spojrzeniu normalnej w naszej relacji wrogości. Żwawym krokiem ruszyłam do pustej kasy, żeby zwolnić murzynkę z części obowiązków. Klienci przewijali się jeden za drugim, a ja nawet nie zwracałam na nich uwagi - jak zwykle. Zszokowałam się dopiero wtedy, gdy jedna z osób chwyciła mnie za nadgarstek. Jeszcze chwilę i będę musiała sobie przypomnieć lekcje karate, które pobierałam kilka lat temu, kiedy mieszkałam z rodzicami blisko Bronx'u. Podniosłam wzrok z zamiarem warknięcia kilku nieprzyjemnych słów, kiedy moim oczom ukazała się Demi.
-Demi, torujesz kolejkę - powiedziałam dość nieprzyjemnie, nie spuszczając wzroku z mojej przyjaciółki.
Dziewczyna pochyliła się nad blatem i położyła przede mną jakiś mały przedmiot, który, doskonale wiedziałam, był tylko pretekstem, żeby tu podejść, a nie być przepchniętym przez tłum ludzi. Mała bransoletka w panterowy wzór połyskiwała w sztucznym świetle sklepu. Nabiłam co trzeba na kasę i spojrzałam na przyjaciółkę w oczekiwaniu na zapłatę.
-Sky, wróć do domu, proszę.
-Dwadzieścia cztery dolary do zapłaty - wygłosiłam fachowym tonem.
Zapakowałam biżuterię do małej torebki z napisem River Island.
-Przestań robić cyrki. Po prostu wróć do domu - dopiero teraz Demi odchyliła się od blatu, nad którym chwilę wcześniej praktycznie się przewieszała.
-Zrozum, Dems, że nic tam po mnie póki co. Wrócę jak Des wróci - szepnęłam z mocą i odesłałam przyjaciółkę w stronę drzwi, gdy zauważyłam, że reszta klientów się niecierpliwi.
Spoglądałam za Lovato, która szła w stronę szklanych drzwi, kołysząc biodrami. Byłam pewna, że jest na siebie wściekła za to, że poniosła porażkę.
*
W połowie każdego miesiąca pracownicy River Island mogli wybierać sobie jedną rzecz z najnowszej kolekcji, którą później dołączali do swojej garderoby. Siedziałam na kanapie tuż koło Chloe, która bawiła się swoimi kruczoczarnymi włosami, nawijając je na palec, to znów je rozczesując. Szczerzyła się przy tym przeokropnie do Joe. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że murzynka tak robiła względem każdego. No, przynajmniej każdego za kim przepadałam i ja. Kilka dni temu przyłapałam ją na rozmowie z Samanthą i dowiedziałam się tego, że nadal jej zależy tylko na Jamesie, ale będzie podrywać Joe, ponieważ chłopak się o mnie pytał. Boże, czy ona naprawdę była taka głupia czy tylko udawała? Szybciej bym zrozumiała, gdyby robiła mi wyrzuty o Jamesa, szczególnie teraz, gdy z nim mieszkałam. Ale o Joe? Każda osoba w tym sklepie wiedziała, że z tym chłopakiem łączyły mnie jedynie czysto koleżeńskie stosunki i wspólna praca. Fakt, że czasem ze sobą rozmawialiśmy nie oznaczał jeszcze, że za parę lat staniemy razem na ślubnym kobiercu. Tok myślenia Chloe zdawał się być niezrozumiały i przesiąknięty czystą głupotą. Wspominałam już kiedyś, że przez tę dziewczynę staję się rasistką?
-Skylar, teraz twoja kolej - Joe potrącił moje ramię, a ja wychwyciłam szybkie spojrzenie Jamesa, który nadal bał się do mnie odzywać.
-Wszystko mi jedno. Mogą być te kolczyki - wzięłam jakiekolwiek ze stojaka, ponieważ ostatnio było mi jakoś wszystko jedno jak wyglądam.
Sama przyszłam tego dnia do pracy ubrana w dresy, więc czego oni ode mnie wymagali? Spojrzenie Chloe zasugerowało mi, że jej wybór nigdy by nie padł na tak pospolite, kosztujące w dodatku jedyne szesnaście dolarów kolczyki, ale miałam jej opinię gdzieś. Szczerze mówiąc? Miałam ochotę ją pobić, ale darowałam sobie. Bijatyka w pracy nie skończyłaby się najlepiej i dla niej i dla mnie. Poza tym, nawet się cieszyłam wizją samotnego powrotu do domu. Będę mogła się w spokoju spakować i wynieść z mieszkania Jamesa, tak jak planowałam. Jedyny powód do wściekania się był taki, że nie pożyczyłam samochodu od Jace'a, więc musiałam tłuc się metrem, ale było mi wszystko jedno. Nie miałam znowu aż tak dużo stacji do przejechania. Będę musiała jedynie znieść smród bezdomnych ludzi, wrzaski małych dzieci, głupie odzywki ludzi z biedniejszych dzielnic i obłapiające mnie wszędzie dłonie starych biznesmenów. Oni robili to zawsze każdej młodej dziewczynie, która pojawiła się w tym samym wagonie. Tak, to rzeczywiście nie była zła wizja. Była tragiczna. Westchnęłam z ulgą, gdy wszyscy wybrali po jednej rzeczy dla siebie i rozeszli się w swoje strony. Joe i James musieli zostać dłużej, żeby rzucić na wszystko okiem i rozłożyć towar na kolejny dzień. Samantha dorwała swoją różową torebeczkę i pognała w stronę szklanych sklepowych drzwi. Jakim cudem ona dostała pracę w sklepie z modną odzieżą? Była ubrana w krótką jeansową spódniczkę, białą bluzeczkę na ramiączka i buty na wysokim obcasie i platformie. Nie byłoby to jeszcze takie złe, gdyby buty nie były wściekle różowe, a kolejnymi dodatkami nie były również różowa torebka wielkości puzderka (jednak nadal na długim ramiączku, bo po co komu torebka bez ucha?) i tania, złota biżuteria. Blond włosy miała związane w koński ogon, ale były tak przetłuszczone, że widziałam to przez cały dzień z drugiego końca sklepu. Oczy podkreśliła niebieskim cieniem do powiek. Jednym słowem - królowa kiczu i brzydoty. Mimo wszystko Samantha i tak była w hierarchii moich ulubionych współpracowników znacznie wyżej niż Chloe, która była zniewalająco piękną, ciemnoskórą dziewczyną. Blondynka była inteligentna, pomocna, a czasem nawet zabawna i suma summarum to z nią chętniej się spędzało czas niż z zarozumiałą, głupią i wyciągającą pochopne wnioski Chloe. Wstałam z kanapy i skierowałam się w stronę drzwi.
-Do jutra, Sky - usłyszałam za sobą niski głos.
W pierwszej chwili podskoczyłam, pewna, że to Harry, ale po chwili sobie przypomniałam, że przecież on i Destiny są gdzieś daleko od Nowego Jorku. Poza tym, w głosie nie było ani nuty sarkazmu. To nie mógł być Pan Zły. Odwróciłam się, żeby ujrzeć przed sobą wesołą twarz Joe. Po co on co chwilę coś do mnie mówił?
-Cześć, Joe - mimo wszystko starałam się ukryć zirytowanie w moim głosie.
-Jakbyś kiedyś chciała pogadać to wiesz, gdzie uderzać - przypomniał tak, jakbym miała okazję o tym zapomnieć.
-Jasne - przytaknęłam i wyszłam czym prędzej na chłodne powietrze.
Był dopiero 15 września, a i tak wiał lekki wiaterek, który zdawał się wbijać w skórę pod postacią miliona małych, lodowych szpilek. Miałam szczęście, że najbliższa stacja metra znajdowała się zaledwie przecznicę od River Island, w którym pracowałam. Przyspieszyłam kroku, żeby nieco się rozgrzać i oplotłam się szczelnie rękoma. Był wieczór, a Nowy Jork i tak zdawał się nie usypiać. W ulicznym zgiełku było coś pocieszającego o tak później porze. Normalnie, gdybym mieszkała w innym mieście, pewnie bałabym się wyjść na ulicę. Nie żeby Nowy Jork był bezpieczny, ale na pewno można było się poczuć w nim trochę raźniej niż gdzie indziej. Do stacji metra doszłam w dziesięć minut, a na samo metro też nie musiałam długo czekać. Tłum ludzi przepychał się w tę i z powrotem. Jedni wchodzili do wagonów, inni je opuszczali, a jeszcze inni próbowali upchnąć resztę, gdy sami ledwo mieścili się w przedziałach. Poszłam w ich ślady i już po chwili przepychałam się między spoconymi ludźmi. Byłam tak bardzo przyzwyczajona do jazdy własnym samochodem, że prawie zwymiotowałam pod nogi jakiejś starszej pani, gdy usytuowałam się w końcu obok muzułmańskiego kupca i jakiejś murzynki, która najwidoczniej myślała, że jest niesamowicie utalentowaną wróżką. Z każdego kawałka jej ciała zwisały jakieś łańcuszki i kolczyki. Na szczęście musiałam to znosić tylko przez pięć stacji. Wyjście z podziemi wychodziło na wprost wieżowca Jamesa, znajdującego się w Queens. Przeszłam przez ulicę, nie zmierzając wcześniej do przejścia. Kto normalny szukał przejścia ulicznego w Nowym Jorku? Chyba tylko turyści. Mieszkańcy przechodzili jak kaczki, lawirując między hamującymi samochodami. Wjechałam windą na szesnaste piętro i czym prędzej otworzyłam drzwi od mieszkania Jamesa. Nie było sensu tutaj dalej siedzieć. Musiałam znaleźć sobie nowe lokum. Być może poproszę Jace'a o nocleg, albo po ludzku wrócę do domu rodzinnego? Jeszcze nie wiedziałam co zrobię, ale pewne było to, że nie mogę dłużej nadużywać gościnności kumpla z pracy. Chwyciłam z szafy w przedsionku przyniesioną dwa tygodnie wcześniej torbę i ruszyłam do salonu w poszukiwaniu małej szafki, którą James zwolnił na moje potrzeby. Gdy ją odnalazłam, zaczęłam wyrzucać w pośpiechu całą jej zawartość. Nagle usłyszałam klucze, przekręcające się w drzwiach. O nie...
-Co ty robisz? - mruknął James zupełnie tak, jakby takie akcje były w naszej relacji na porządku dziennym.
Rzucił klucze na wysepkę w kuchni.
-Wyprowadzam się. Przecież obiecałam - odwróciłam się w jego stronę, ale tylko na chwilę.
Przeszłam do łazienki i zaczęłam z jednej z półek zgarniać wszystko po kolei do mojej torby. Moje pakowanie przerwał jednak gwałtowny ruch. James złapał mnie za ręce i odwrócił przodem do siebie. Ręce jednak po kilku sekundach puścił. Spojrzałam się na niego beznamiętnie, ale po chwili odwróciłam wzrok.
-Zapytałem co robisz, do cholery? - ile razy można mu odpowiadać na to pytanie?
Nie był zły na to, że stroję fochy, ale na to, że się wyprowadzam. Nie chciał znów zostać sam w wielkim mieście.
-Próbuję naprawić swoje życie, a ty mi w tym nie możesz pomóc, James - pierwsze łzy pociekły z kącików moich oczu.
James złapał mnie za dłoń. Uniosłam na niego swój wzrok i zauważyłam, że mimo tej głupiej sceny, przyjaciel nadal się do mnie uśmiecha. Gdy nie przestałam mimo wszystko płakać, blondyn przyciągnął mnie do siebie i objął mnie. Odwzajemniłam jego uścisk, oplatając go w biodrach i wtulając głowę w miękki materiał ciemnego podkoszulka, idealnie opinającego jego wysportowane ciało.
-Powiedz co mogę zrobić, a postaram się pomóc, obiecuję - wyszeptał do mojego ucha.
Dzięki Bogu, za takiego przyjaciela.
-Po prostu tu zostań, Sky. Nie chcę zostawać sam - poprosił, nie puszczając mnie.
Pokiwałam głową w milczeniu, z nadzieją, że zrozumie mój gest. Nie wiem jak długo staliśmy objęci w toalecie Jamesa. 

czwartek, 27 marca 2014

Chapter I (Arcana)

~Destiny~
13.09.2014 r. 


Trzęsącymi się dłońmi starannie zgięłam list na pół, a potem jeszcze raz i położyłam go na szafce nocnej. Musiałam czekać na odpowiedni moment, by Harry mógł go przekazać do naszego 'łącznika', tutaj, w Newport. Nie miałam pojęcia skąd chłopak znał pewną wysoką brunetkę, która przekazywała moje wiadomości dalej, ale zauważyłam, że jeszcze dużo o nim nie wiedziałam. Gdy kilka tygodni temu myślałam o tym, że był 'mroczny' i 'niebezpieczny' przez myśl by mi nie przeszło, że ucieka przed jakimś terrorystą z niewiadomych dla mnie powodów. Oczywiście, pytałam się go wiele razy co takiego zrobił Quincey'owi, że ten chcę mnie zabić, ale zawsze używał jednego ze swoich sposobów, by mnie skołować i pozostawić bez odpowiedzi. Odwróciłam się nagle, gdy chłopak głośno trzasnął drzwiami i znalazł się w naszym prowizorycznym 'pokoju', bez ciepłej wody, stałego dojścia do prądu i z łóżkiem tak niewygodnym, że nawet nie leżąc czułam sprężyny wbijające mi się boleśnie w plecy. Ale tutaj byliśmy 'bezpieczni'. Miałam dosyć tego słowa. Harry rzucił na podłogę czarną, sportową torbę, w której coś głośno załomotało. 
- Co to ? - spytałam. 
Jednocześnie byłam gotowa w każdej chwili wstać i osobiście sprawdzić zawartość. 
- Drobna broń. - wytłumaczył, przeciągając przez głowę szary, gruby sweter, który idealnie nadawałby się dla mojego dziadka. 
Pozostawał w samych jeansach, które opinały go mniej, niż jego wcześniejsze spodnie. Właściwie nie wiem skąd on miał te ubrania. Sama chodziłam w jakiś starych łachach, których poprzednia właścicielka była przynajmniej o dwa rozmiary ode mnie większa. Mimo to, były one wyprane i uprasowane. I pozwoliły mi przebierać się przez te trzy tygodnie. 
- Czy to na serio konieczne ? - Wstałam i otworzyłam torbę. 
Były w niej przynajmniej cztery spluwy, na których absolutnie się nie znałam. Nie wiedziałam z jak daleka można nimi strzelać i czy są wystarczająco skuteczne, by zabić przeciwnika. Jednak udawałam, że wszystko jest w porządku, a ilość broni w ogóle nie robi na mnie wrażenia.
- Tak, jeśli chcesz przeżyć. - wzruszył ramionami. - Za chwilę Dorothea przyniesie nam śniadanie, a potem mam dla ciebie niespodziankę. - uśmiechnął się i włożył na siebie czarny t-shirt.
Coś kazało mi myśleć, że ta niespodzianka wcale mi się nie spodoba. W ogóle mało co mi się podobało, odkąd tu jesteśmy. Pomijając towarzystwo Harry'ego przez całą dobę. Tym akurat byłam wniebowzięta. Przytaknęłam głową i z powrotem usiadłam na łóżku. Jeśli miałabym wypisać rzeczy, które mi nie odpowiadały w Newport to z pewnością na szczycie listy znalazłaby się nuda. W tej wsi, zamieszkiwanej przez niewiele ponad trzy tysiące osób, nie działo się absolutnie nic. I nie chodzi o to, że szukałam rozrywki, gdy za rogiem mógł się czaić morderca, ale nie było mi dane nawet pograć w karty. Ponad to, ten zapyziały motel był jedną z głównych atrakcji. Pomijając park i stacje benzynową. Ulice wyglądały na wymarłe w porównaniu do Manhattanu, tak masowo zasypywanego przez turystów i nowojorczyków. Z zamyśleń wyrwało mnie pukanie do drzwi, które natychmiast postanowiłam otworzyć. Moim oczom ukazała się szczupła, starsza kobieta o mysich włosach, w szarym płaszczu i grubym szaliku. Tuż za nią stała dużo młodsza dziewczyna, o bladej cerze i hebanowych włosach, prawie tak gęstych, jak moje. Mimo, że byliśmy tutaj od dłuższego czasu wciąż słabo znałam te dwie panie.
- Przyniosłam bagietkę z dżemem i gorącą herbatę. - powiedziała, wskazując brodą na tacę. Niska brunetka weszła za nią. - Nadia pomogła mi przynieść ubrania dla ciebie, Dessie. Zrobiło się zimno na dworze. - wytłumaczyła, kładąc posiłek na niewielkim stoliku i chwytając od Nadii kupkę ubrań.
- Dziękuje. - wydukałam, będąc rozpraszana jej ciągłym uśmiechem i tym dziwnym zdrobnieniem mojego imienia.
Skinęła głową i odłożyła jeansy i jakiś sweter z kurtką na łóżko. Potem podeszła do Harry'ego i coś wyszeptała na ucho, ale niestety nie dałam rady tego usłyszeć, po czym obie opuściły nasz pokój. Na widok dżemu truskawkowego całkowicie odechciało mi się jeść. To było idiotyczne, ale zawsze ze Skylar go jadłyśmy. Zawsze. Jedząc go sama, czułabym się, jakbym popełniała swego rodzaju zdradę. Głupota, ja wiem. Przywiązuje za dużą wagę do bzdur. Zrzuciłam z siebie za szeroką bluzkę z krótkim rękawem i odziałam granatowy sweter z drapiącego materiału. Nie było najwygodniejszy, ale przynajmniej w moim rozmiarze. Spojrzałam na Harry'ego kątem oka, gdy przyglądał się uważnie mojej półnagiej sylwetce. Wiedziałam, jakie myśli krążyły po jego głowie. Wciągnęłam na siebie, tym razem za ciasne jeansy, które ledwo dopięły mi się w pasie, a no i tak uważam, że schudłam przez ten wyjazd. Z kurtki postanowiłam zrezygnować, gdyż prędzej wyszłabym naga niż w tym czymś. Związałam niestarannie włosy w koka.
- Nie masz zamiaru nic jeść ? - pytający wzrok chłopaka odnalazł mój, gdy ponownie klapnęłam na łóżko.
- Nie. Ty też byś nie jadł, gdybyś wiedział, że lada moment ktoś cię może zabić. - Zaczęłam bawić się skrawkiem kiczowatej narzuty.
- Szybciej bym umarł, bo nie wiem czy wiesz, ale żyje z taką świadomością od pięciu lat. - stwierdził, odrywając kolejny kawałek bagietki.
Mówił o tym tak swobodnie, że aż przeszły mnie ciarki. Byłam prawie pewna, że potrafiłby zabić z zimną krwią, choć z całego serca starałam się o tym nie myśleć. Pod żadnym pozorem. Bo, gdy stracę do niego zaufanie, stracą jego.
*
- Żartujesz sobie ? - Popatrzyłam na niego zaskoczone, gdy po piętnastu minutach przebijania się przez mokry las i orania nogami w błocie, znaleźliśmy się na równie błotnistej polanie.
Wszystko byłoby w porządku, gdybym w jednej chwili nie pojęła po co Harry ciągnął ze sobą tą torbę z bronią. On chciał strzelać. Przeszedł mnie dreszcz, który wcale nie był spowodowany przenikliwym wiatrem, który dął w drzewa.
- Ani trochę. - Cmoknął mnie w policzek i wyminął. - Chcę, żebyś nauczyła się trzymać broń, a potem powiem ci jak się strzela. Będę wtedy pewniejszy. - wyjaśnił, przymocowując do kory jednego z drzew kawałek jakiejś blachy.
Poczułam, jak nogi się pode mną uginają i lada chwilę mogę runąć w kałuże, w której stałam. Zakręciło mi się w głowie, ale szybko się opanowałam i wciągnęłam w płuca dużą dawkę świeżego powietrza. To była jakaś kpina. Zrobiłam skwaszoną minę i poczłapałam w jego stronę. Jeśli wyjdziemy z tego bez szwanku przysięgam, że mu zdrowo przywalę.
- Łap !- rzucił w moją stronę, jakiś mały pistolet. - Pokaż mi, jakbyś trzymała broń, gdyby nie była ci potrzebna. - poprosił i oparł się o drzewo. Zrobiłam zmieszaną minę i wepchnęłam go za spodnie. - Zwariowałaś ? Postrzeliłabyś się prędzej w nogę. - stwierdził tonem znawcy.
Wzruszyłam ramionami. Było mi zimno i nie miałam siły myśleć o tym, jak trzyma się broń. W myślach odliczałam nieznośnie dłużące się minuty i oczekiwałam niecierpliwie aż ten cyrk się skończy. Stare trampki, które miałam na sobie przemokły całkowicie i teraz czułam się, jakbym brodziła stopami w sadzawce. Do tego wszystkiego broń była ciężka, a strzelanie wymagało nie lada skupienia, podczas, gdy ja nie potrafiłam  nawet opanować drżenia dłoni.
- Chyba nic z tego nie będzie, co ? - Podszedł do mnie, gdy po raz kolejny kula poleciała gdzieś między drzewami, zamiast trafić w metalową tabliczkę.
- Przepraszam. To dla mnie za dużo. - westchnęłam głośno i objęłam się ramionami.
Zrobiła się ze mnie taka cipa, jakich mało. Ale uwierzcie, że w takiej sytuacji każdy zachowuje się inaczej. W każdym momencie mogłam zginąć i powinnam się ubezpieczać, ale jednocześnie byłam całkowicie wypruta z sił. Zmęczona i smutna. Zanosiło się na jesienną depresje.
- Spróbujemy kiedy indziej. - Harry przytulił mnie do swojej piersi, chcąc pokazać, że nic złego się nie dzieje.
Skinęłam tylko głową. Ciepłe ramie chłopaka było dla mnie ukojeniem, tak samo jak jego miarowy oddech. Jego zapach kojarzył mi się z czymś dobrym. I tak właśnie chciałam go zapamiętać. Pewnie rzuciłabym się na niego w dzikim pocałunku, ale sytuacja nie wyglądała na odpowiednią do takich wyczynów.
*
    ~Harry~

Słońce chyliło się już ku horyzontowi, gdy ponownie zawitaliśmy pod nasz motel. W powietrzu czuć było nadchodzący deszcz i zapach gnijących, mokrych liści. Do Newport już całkowicie zawitała jesień. Przytłaczająca jesień, która rok w rok była dla mnie utrapieniem. Sprawiała, że na jej okres zamykałem się w sobie jeszcze bardziej niż zazwyczaj. Dałem Des klucze, żeby mogła pójść od razu do naszego pokoju, a sam zniknąłem za drzwiami do domu właścicieli. Powitała mnie ich najmłodsza córka, z włosami tak złotymi, jakby wyrwała się z bajki Disney'a. Chwilę mi się przyglądała, ale potem uciekła na wyższe piętro, po skrzypiących schodach. Może się mnie wystraszyła. To było bardzo możliwe, gdyż przez ostatnie kilka tygodni pod moimi oczami pojawiły się szare cienie, a policzki zapadły się jakbym nic nie jadł. Powoli doszedłem do kuchni, w której siedziała długonoga brunetka, o skórze koloru mokki. Spokojnie mogłaby zostać modelką albo pogodynką. Usiadłem obok niej, na rozwalającym się, drewnianym krzesełku i czekałem aż się odezwie.
- List dotarł bezpiecznie na Manhattan. - stwierdziła w końcu, złączając swoje malinowe usta w wąską kreskę. - Quincey nie daje znaku życia, ale to może być cisza przed burzą.
Pokiwałem ze zrozumieniem głową. Z chęcią wróciłbym do domu, ale wiedziałem, że Quincey jest zbyt sprytny, żeby po prostu odpuszczać.
- Czy Niall i reszta mają się dobrze ? - spytałem, a zaraz potem ugryzłem się w język. Skąd u mnie takie zainteresowanie losem innych ludzi. Skinęła głową, udając, że nie widzi nie chęci na mojej twarzy. - Zostaniemy tutaj nie dłużej niż tydzień, Vittoria. - wyjaśniłem.
No i tak nadużyliśmy ich gościnności, zatrzymując się tutaj całkowicie za darmo. Może nie było to najwygodniejsze miejsce, ale przynajmniej zaufane.
- Spokojnie - Położyła swoją wypielęgnowaną dłoń na mojej. - motel jest do waszej dyspozycji tak długo, jak zechcecie. - uśmiechnęła się pobłażliwie i wstała z krzesła - Dobranoc.
Patrzyłem, jak znika za rogiem, kręcąc zalotnie tyłkiem. Również wstałem i pokierowałem się w stronę pokoju, w którym aktualnie znajdowała się Des. Gdy otworzyłem drzwi, z których powoli odpryskiwała obrzydliwa, zielona farba nie ujrzałem jej. Szybko domyśliłem się, że musi być w toalecie, do której bez skrępowania ruszyłem. Destiny siedziała na parapecie, w samej bieliźnie, z jedną nogą podciągniętą pod brodę. Próbowała zabandażować sobie kostkę, która była lekko obita po dzisiejszej przeprawie przez las. Dziewczyna w pewnym momencie potknęła się i krzywo stanęła. Podniosła na mnie wzrok, ale zaraz potem spochmurniała i wróciła do wykonywanej wcześniej czynności. Czy robiłem coś źle ? W dwóch krokach pokonałem odległość między nami.
<muzyka>
- Pomogę ci. - zapewniłem z mocą i chwyciłem od niej bandaż. Było jej obojętne, bo tylko oparła się o kafelki i przyglądała mi się uważnie. Nie lubiłem, jak ktoś byś dla mnie obojętny. - Przyglądasz mi się. - powiedziałem, uśmiechając się pod nosem.
Chciałem ją trochę rozbawić, bo od dwóch tygodni snuła się za mną, jak cień, w większości czasu nawet nie pozwalając siebie całować. Na tą uwagę też tylko wzruszyła ramionami i zaczęła bawić się odstającą nitką od stanika. Robiła to co wszyscy, gdy dowiadywali się, jaki naprawdę jestem. Powoli się oddalała. Nie powinienem jej tutaj zabierać. Nie ufała mi na tyle. Ja się zakochałem, a ona dała sobie spokój. Pieprzyć to. Skończyłam zawiązywać opatrunek i właśnie w tym momencie Des złapała mnie za rękę.
- Dlaczego to mnie poprosiłeś do tańca ? U was w domu, na imprezie. - spytała z nieukrywaną ciekawością.
- Spodobałaś mi się. Jesteś zadziorna. Nawet, jak się zgadzasz widać błysk w twoim oku. Coś co każe myśleć o tobie na poważnie. No i jesteś piękna.- opowiadałem, gładząc szorstką dłonią jej delikatne ramie.
Nie sądziłem, że stać mnie na takie wyznania. A jednak. Destiny uśmiechnęła się, gdy skończyłem mówić. Nareszcie.
- Pocałuj mnie. - poprosiła z mocą. Zaśmiałem się pod nosem i musnąłem jej usta. Przygryzła jedną wargę. - Jeszcze.
Ponowiłem czynność, ale tym razem oddała mój pocałunek tak zachłannie, jakby chciała to zrobić od dłuższego czasu. Począłem błądzić dłońmi po jej idealnie zaokrąglonych biodrach, potem przenosząc je na szyje i ramiona. Des położyła swoje małe dłonie na moich plecach i wbiła w nie paznokcie. Nie chcąc być dłużny przygryzłem skórę na jej obojczyku. Jęknęła głośno w moje usta. Cholera, nie ma pojęcia, jak bardzo mnie podnieca. Gdy oplotła nogami moją talie, złapałem ją mocno za uda i podniosłem. Składała pocałunki na mojej szyi i szczęce. Przeniosłem ją na łóżko, które zaskrzypiało w geście protestu. Oparłem ręce po obu stronach jej głowy, a ona zaczęła ściągać mój t-shirt. Usiadłem na chwilę przy jej stopach i ściągnąłem go na dobre, rzucając w ciemny róg pokoju. Nie zapominajmy, że w naszym pokoju nie było nawet światła. Wróciłem do poprzedniej pozycji całując ją wzdłuż mostku i w zagłębieniu pomiędzy piersiami. Przejechałem po tym miejscu językiem, po czym dmuchnąłem. Zajęczała cicho co jeszcze bardziej potęgowało moje podniecenie. Kochałem ją, tak, jak jeszcze nikogo na tym zakichanym świecie. Umiejscowiła dłoń w tylnej kieszeni moich spodni i mocno ścisnęła. Nie sądziłem, że miała aż tyle siły. Czułem gorący oddech na szyi, gdy przygryzałem płatek jej ucha i składałem kolejne, mokre pocałunki. Nie mogłem nawet dojrzeć jej twarzy, ale wystarczył obraz, który formował się w mojej głowie. Już miałem przerzucić ją sobie na biodra, gdy jasne światło wlało się do sypialni, oślepiając i mnie, i Des. Nagle cisze przeszył huk rozbijanej szyby i kolejne kule, które zostały wycelowane w naszą stronę. Kurwa, ludzie Quincey'a. Położyłem się płasko na łóżku, to samo nakazując Destiny.
- Cholera, skąd oni się w ogóle wzięli ?! - warknąłem, jakby dziewczyna mogła znać odpowiedź.
Siedziała cicho, trzęsąc się tak, że cały materac za wibrował. Odnalazłem jej dłoń i mocno ścisnąłem. Chciałem, żeby się uspokoiła. W jednej chwili wszystko ustało, a oślepiające reflektory zniknęły, zostawiając nas w lodowatym pokoju. Des szlochała cicho, zwinięta w kłębek na łóżku. Nie chciało jej się już uciekać. Wciągnąłem na siebie koszulkę i chwyciłem z podłogi moją czarną bluzę.
- Chodź, kochanie. - Podbiegłem do niej i siłą uniosłem z łóżka. - Włóż to. Musimy uciekać. 















wtorek, 25 marca 2014

DRUGA CZĘŚĆ

I o to nasza pierwsza część, pt. 'Possible' dobiegła końca. Na szczęście my, wspaniałomyślnie, postanowiłyśmy pisać dalej. Nawet bez dłuższej przerwy.
A więc chciałybyśmy serdecznie zaprosić na drugą część 'Arcana', która również będzie publikowana na tym blogu.
Tematyka pierwszej części była powiązana z hasłem ' A co zrobisz, jeśli wszystko stanie się możliwe ?', natomiast w Arcanie będziemy się bardziej skupiać na wszelkich tajemnicach, sekrecikach, które każdy z naszych bohaterów posiada, na odkrywaniu prawdy. Osobiście uważamy, że rozdziały będą ciekawsze, niż te pisane do tej pory.
Namawiamy jednocześnie do komentowania, gdyż liczba odsłon rośnie, a komentarzy nie ma. Co nie zmienia faktu, że nadal będziemy pisać, bo robimy to głównie dla rozrywki.

P.S. Gdyby ktoś chciał przeżyć tą historię jeszcze raz, bądź ma konto na wattpad'ie i może nas zaobserwować, to serdecznie dziękujemy ! ---->>>  http://www.wattpad.com/43094636-possible

poniedziałek, 24 marca 2014

Chapter XXX

~Skylar~
22.08.2013r.

Mecz powoli dobiegał końca. Demi stała praktycznie z głową w telewizorze i pewnie przejmowałabym się jej wzrokiem, gdyby nie fakt, że coś mnie gnębiło od jakiegoś czasu. Destiny i Harry gdzieś zniknęli i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że zazwyczaj znikali na krótki czas, a, gdy owy miał się wydłużyć to ktoś z naszej paczki dostawał informację, żeby się nie martwić. Miałam nadzieję, że męczy mnie tylko nerwica natręctw i to głupie uczucie niedługo minie. Moje troski zeszły na dalszy plan, gdy Liam chwycił moją dłoń pod stolikiem, trzęsąc się ze śmiechu na widok przejętej Demi, która omal nie ściągnęła płaskiego telewizora ze ściany. Chwila ukojenia trwała tylko ułamek sekundy, bo za chwilę z powrotem zaczęłam zaprzątać swoje myśli moją przyjaciółką i Panem Złym. Postanowiłam podzielić się moimi spostrzeżeniami z Liamem, gdyż tylko on nie był w stu procentach wciągnięty w to, co działo się na boisku.
-Des i Harry gdzieś zniknęli - pochyliłam się nad stołem w stronę szatyna, ponieważ pod koniec spotkania, gdy już Brooklyn Nets wygrywali, każdy stał i krzyczał.
Miałam wrażenie, że moja głowa za moment eksploduje.
-Pewnie wrócili do domu - błysk w oku Liama powiedział mi, że nie chcę wiedzieć po co mogli tam wrócić.
Chłopak potarł kciukiem wnętrze mojej dłoni, która nadal była spleciona z jego własną. Jego słowa wcale mnie nie uspokoiły. Znałam Destiny na tyle dobrze, że wiedziałam, że przyszłaby mnie poinformować, gdyby faktycznie wybierała się do domu. Zezłościłam się na Liama o to, że próbował mnie zbyć w taki sposób, albo, że miał tak małą wiedzę o człowieku, z którym mieszka i się przyjaźni. Puściłam rękę szatyna i wstałam pospiesznie od stołu. Nie miałam zamiaru bawić się z nimi w momencie, gdy martwiłam się o moją najlepszą przyjaciółkę. Przecisnęłam się przez gęste piżmowe powietrze i tłum spoconych i wymachujących różnymi dziwnymi przedmiotami ludźmi. W końcu, gdy już miałam wrażenie, że zemdleję albo zwymiotuję, dopadłam drzwi i wyszłam na świeże powietrze. Nie miałam pojęcia, co będę tam robić, ale zdecydowanie wolałam się wszystkiemu przyglądać zza oszklonej szyby. Mój spokój nie potrwał jednak długo, gdyż telefon w mojej dłoni rozdzwonił się niemiłosiernie głośno, a ręka zadrżała od wibracji. "Destiny". Wcisnęłam pospiesznie zieloną słuchawkę i przyłożyłam telefon do ucha.
-Sky... boże, Sky, nie złość się na mnie, proszę. Przepraszam cię - załkała. - Tak bardzo cię przepraszam.
-Destiny, uspokój się. Co się dzieje? Ktoś ci robi krzywdę? - zapytałam, wzmagając moją czujność.
Zadrżałam od chłodnego podmuchu wiatru, a na moich rękach wystąpiła gęsia skórka.
-Nie... po prostu my musieliśmy, nie rozumiesz. Ja zresztą też, ale to jest dobre. To, co robimy jest właściwe - nie rozumiałam kompletnie nic z tej nieskładnej paplaniny.
Chciałam jej coś bardzo powiedzieć, ale nagle usłyszałam, że ktoś inny przejmuje słuchawkę. Wytężyłam słuch.
-Sky, posłuchaj. Destiny nic nie grozi. Nie tutaj, ze mną. Nie mogę ci powiedzieć gdzie jesteśmy, ale wrócimy za jakiś czas. Nie martw się o nią, dobra? - twardy głos Harry'ego zwrócił się do mnie.
-Skąd mogę wiedzieć, że nie kłamiesz? - to już nie przypominało normalnej rozmowy. Omal nie zawyłam.
-Po prostu mi zaufaj tak jak zrobiła to twoja przyjaciółka, to dla jej dobra. Przez kilka dni nie będziemy się odzywać, ale znajdę jakiś sposób, żeby się z wami kontaktować i zdawać relacje. Włos jej z głowy nie spadnie - dodał. - Obiecuję - sposób, w jaki wypowiedział to ostatnie słowo zaważyło na tym, że mu uwierzyłam.
Chciałam lub nie, Destiny mu ufała, a teraz była gdzieś daleko, sam na sam z Panem Złym. Postanowiłam zaufać nie tyle jemu, co jej i jej intuicji. Nie zdążyłam nic odpowiedzieć, bo telefon dał mi wyraźnie znać, że osoba na drugim końcu linii się rozłączyła. Miałam ochotę zacząć płakać z bezradności i niewiedzy, ale postanowiłam zepchnąć to gdzieś na dalszy plan. Odwróciłam się w stronę drzwi, żeby wrócić do baru, ale zobaczyłam ciemną postać, stojącą w taki sposób, że torowała mi wejście do budynku. Wcale nie było mi do śmiechu. Zacisnęłam dłonie w pięści wzdłuż tułowia, gdy postać wyłoniła się z mroku i stanęła w świetle rzucanym przez latarnię uliczną.
-Jadon... - szepnęłam, gdy cała masa wspomnień zalała mój zmęczony mózg.
Chwila, co on robił tutaj i dlaczego akurat wybrał sobie ten moment na pogawędki ze mną? Najgorsza chwila z możliwych.
-Cześć, Skylar - zawsze ten sam, protekcjonalny, zimny ton.
Dlaczego ja go tak bardzo kiedyś kochałam? I dlaczego moje serce i tak mimowolnie zadudniło na dźwięk jego głosu tak bardzo mi drogiego i niesłyszanego długi czas?
-Przepraszam, ale nie mogę rozmawiać - ruszyłam w stronę drzwi. - Muszę...
-Nic nie musisz, ty mała szmato - stanęłam jak wryta, gdy silna ręka Jadona przytrzymała moje ramiona.
-Co ty... - zaczęłam, ale znowu mi przerwał, przeszywając mnie złowrogim spojrzeniem.
-Przekaż Stylesowi, że Quincey i tak ukatrupi tę sukę, czy tego chce czy nie. Oko za oko - kąciki jego ust drgnęły, by po chwili unieść się w lodowatym uśmiechu. - Nikomu innemu nie waż się powiedzieć ani słowa, nie dzwoń na policję, bo hierarchia się zmieni i to twój łeb pierwszy poleci, zrozumiałaś? - zadrżałam, gdy jego dłonie zacisnęły się na moich ramionach boleśnie raniąc.
Gdy nie odpowiadałam dłuższy czas, gdyż byłam w szoku, że ktoś, kogo kiedyś kochałam, za kogo bym oddała wszystko, nawet własne życie, po prostu stał przede mną i mi groził, Jadon uniósł dłoń w takim geście, jakby miał mi wymierzyć za chwilę policzek. Zamknęłam oczy, nie chcąc pokazać, że mi to sprawi ból, bo to najgorsza rzecz jaką można okazać Jadonowi.
-Hej, co tu się dzieje?! - w życiu bym się nie spodziewała, usłyszeć głos Nialla w mojej obronie.
Jadon puścił mnie nagle. Otworzyłam oczy i zauważyłam, że chłopak poprawia bluzę, w którą był ubrany.
-Nic, koleś - oznajmił i mimo, że mnie puścił to nadal posyłał w moją stronę ostre spojrzenia.
Z moich oczu pociekły pierwsze łzy. Niall spojrzał się na mnie, a następnie na Jadona i zacisnął zęby.
-Wypierdalaj stąd, gnoju - byłam jednocześnie roztrzęsiona i zaskoczona, że to blondyn staje w mojej obronie.
Jadon wycofał się posłusznie w mrok, ale nie dlatego, że się przestraszył Horana, tylko dlatego, że przekazał już co miał do przekazania. Niall podszedł do mnie i odgarnął mi włosy z twarzy, po czym opuścił rękę i skrzywił się na mój widok. Byłam cała zapłakana, choć pierwotnie tego nie chciałam, ale wszystko mi się zawaliło na głowę jednego dnia. Zrobiłam krok w stronę blondyna i objęłam go w pasie. Był przyjacielem i pomógł kiedy tego potrzebowałam jak nigdy dotąd. Podświadomie podjęłam decyzję, że mimo wszystkich gróźb, opowiem Niallowi o całej zaistniałej sytuacji z Destiny, Harry'm i, o dziwo, moim byłym chłopakiem w roli głównej.
-Dziękuję - wyszeptałam, nadal wtulona w bawełnianą koszulkę blondyna.
Byłam pewna, że ją całą pobrudziłam, ale wcale mnie to nie obchodziło. W momencie, gdy groziło mi niebezpieczeństwo pojawił się właśnie Niall, a nie Demi, czy Liam. Będę mu za to wdzięczna do końca życia.
-Sky, spójrz na mnie - posłusznie uniosłam głowę. - Kto to był?
-Mój... były chłopak - wydusiłam niechętnie i odsunęłam się od chłopaka, widząc jego zdziwione spojrzenie i otwierające się za nim drzwi baru.
Demi i Liam zamierzali do nas w końcu dołączyć. Otarłam oczy wierzchem dłoni. Oni nie mogą się dowiedzieć, że płakałam.
-Nial, nic im nie mów, błagam - wyszeptałam, gdy zbliżali się do nas.
W jego spojrzeniu zobaczyłam na początku niechęć do bycia jedyną osobą, która zna mój sekret, ale w końcu znalazłam tam też zrozumienie i blondyn lekko skinął głową, gdy jego boku dopadła roześmiana Demi.
*
Demi siedziała na kuchennym blacie, a ja jej towarzyszyłam. Liam i Niall poszli po zamówiony wcześniej tort. Spóźniliśmy się co prawda dwa dni z jej prezentem urodzinowym, ale mieliśmy problemy techniczne. Poza tym, lepiej późno niż wcale. Z satysfakcją obserwowałam emocje na twarzy mojej przyjaciółki, które zmieniały się jak w kalejdoskopie, gdy chłopcy wnieśli do kuchni nieduży tort z zimnymi ogniami, wetkniętymi w niego. Odśpiewaliśmy swoje, Demi pomyślała życzenie, ale oczywiście nie zgasiła sztucznych ogni, bo była to misja niewykonalna. Dziewczyna sama pokroiła tort, zbyt zatroskana swoim świętem, by przejmować się zniknięciem Destiny i Pana Złego. Wyszłam z kuchni i skierowałam się do pokoju Grega, żeby w walizkach Des odnaleźć zapakowany kilka dni wcześniej prezent dla naszej przyjaciółki, na który składała się torebka Givenchy'ego, na którą odkładałyśmy pieniądze od roku, a i tak koniec końców Harry i Liam dorzucili się do składki, bo pieniędzy było za mało. Tylko Niall chciał kupić dziewczynie coś od siebie i wcale mu się nie dziwiłam. Prezent odnalazłam szybko, gdyż Destiny nie trudziła się, żeby go ukryć. Torebka leżała na samym szczycie sterty ubrań, które dziewczyna wzięła tutaj ze sobą. Spojrzałam ze smutkiem na dwie pozostawione walizki. Będziemy musieli je koniecznie zabrać ze sobą z powrotem do Nowego Jorku. Szybkim krokiem opuściłam sypialnię starszego Horana i zbiegłam po szklanych schodach, aby na powrót znaleźć się w przestronnej kuchni.
-Demi - zwróciłam się do dziewczyny. - Niestety, nie ma z nami Harry'ego ani Destiny, ale tutaj jest drobny upominek ode mnie, Liama i właśnie od nich. Mam nadzieję, że ci się spodoba - przyjaciółka uściskała mnie serdecznie i przejęła zapakowany prezent z moich rąk.
Wyraz jej twarzy był tym, co pozwoliło mi zapomnieć choć chwilę o utrapieniach. Duże na ogół oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej na widok prezentu. Zobaczyłam lśniące łzy, ale nic nie wydostało się na powierzchnię. Demi zaczęła piszczeć i skakać jak szalona. Doskonale wiedziałyśmy z Destiny co jej kupić, a o torebce Givenchy'ego dziewczyna zawsze marzyła.
-Dziękuję, jest piękna! - Demi rzuciła się jednocześnie w ramiona moje i Liama i byłam wdzięczna chłopakowi za jego towarzystwo, bo byłam sporo drobniejsza od przyjaciółki i mogłabym nie wytrzymać tego skoku i napadu radości.
Roześmiałam się mimo woli. Jednak były w naszym życiu jeszcze chwile, w których nic nie było popaprane.

29.08.2013r.

Wędrowałam powolnie ulicami Nowego Jorku, rozkoszując się nieco chłodniejszą pogodą. Kochałam lato, ale jednocześnie mnie ono męczyło. Dobrze było oddychać prawie jesiennym już powietrzem. Uśmiechałam się szeroko sama do siebie, bo byłam zadowolona z prezentu jaki kupiłam Liamowi na urodziny i z tego, że zamierzałam mu zrobić niespodziankę. Od Nialla dostałam klucze do domu po to, żebym mogła w środku zaczekać na szatyna aż wróci z miasta, bo, z tego co mówił Niall, chłopak pojechał spotkać się z rodzicami. Zegarek, który stanowił prezent dla mojego chłopaka niosłam starannie zapakowany. W dodatku byłam bardzo spokojna, gdyż dzień wcześniej jakiś starszy facet dostarczył mi list, w którym znajdowały się informacje dotyczące obecnego położenia Harry'ego i Destiny. Nie miałam pojęcia, skąd Harry go wytrzepał, ale byłam wdzięczna za cenne informacje, z którymi mi się o wiele łatwiej żyło. Dobrze było się dowiedzieć raz na tydzień, gdzie znajduje się moja przyjaciółka. List był pisany jej charakterem pisma i chętnie bym go zatrzymała, ale istniała w nim wyraźna wskazówka, żeby go spalić, aby ludzie Quincey'a nie mogli ich wyśledzić. Kimkolwiek byli ci ludzie. Weszłam rozpromieniona do mieszkania chłopaków i postanowiłam, że zaczekam w kuchni, która była ulubionym miejscem chyba każdej osoby, która przychodziła do tego mieszkania. Nie musiałam długo czekać na kliknięcie zamka w drzwiach. Postanowiłam poczekać w ciszy aż chłopak wejdzie do kuchni jednak nic takiego nie nastąpiło. Po minucie ciszy, usłyszałam kliknięcie zamka w drzwiach, ale tym razem były to drzwi na górze, od sypialni. Po kilku minutach wahania i nasłuchiwania postanowiłam wejść po cichu po schodach. Udało mi się to, zadanie zostało wykonane bezbłędnie. Podeszłam na palcach do drzwi, prowadzących do pokoju Liama tylko po to, żeby otworzyć je z impetem. Od razu pożałowałam, że to zrobiłam. Liam, owszem, znajdował się w pokoju, ale nie sam. Ba, on w łóżku nie znajdował się sam. Na szatynie, okrakiem siedziała półnaga dość ładna blondynka. Może mogłabym dłużej na nią patrzeć, gdyby nie łzy, które momentalnie zaczęły napływać do moich oczu. Wycofałam się z sypialni Liama w akompaniamencie kującej w uszy ciszy. Szatyn wręcz zepchnął blondynkę ze swoich bioder i spojrzał na mnie zszokowany. Nie mogłam na to dłużej patrzeć. Nie mogłam patrzeć na niego. Odwróciłam się i pognałam czym prędzej w stronę drzwi wejściowych omal nie potykając się o własne nogi na schodach. Wybiegłam przed budynek i nagle zorientowałam się, że nie mam gdzie się podziać. Demi wiodła szczęśliwe życie z Niallem, Destiny uciekła gdzieś z Harry'm, a ja zostałam zdradzona i pozostałam samotna jak palec. Liam wykorzystał chwilę i dopadł mnie na chodniku, łapiąc za ramiona i odwracając przodem do siebie. Nie wyrwałam mu się ani go nie uderzyłam mimo, iż miałam taką ochotę. Po prostu stałam naprzeciw niego, tak blisko, że mogłabym go dotknąć i patrzyłam mu się prosto w oczy. Pudełeczko z zapakowanym zegarkiem nagle zaczęło mi ciążyć w dłoni. Bardzo chciałam go wyrzucić za siebie, pod koła jakiegoś przypadkowego samochodu, ale niespodziewanie zrobiło mi się szkoda moich wydanych pieniędzy. Zacisnęłam usta w wąską kreskę. Liam patrzył na mnie ze strachem i bólem malującymi się w oczach. Miałam to gdzieś, bo to ja powinnam być tutaj najbardziej zraniona.
-Sky... to nie tak - powiedział, mimo wszystko, z mocą.
-No pewnie, że nie tak. Po prostu chciałeś ją przelecieć i pewnie nie znacie się od niedawna - prawie że krzyknęłam oskarżycielsko. - Fajnie było spotykać się ze mną, a z nią pieprzyć się na boku? - łzy zaczęły cisnąć mi się do oczu, ale postanowiłam, że będę twarda. - Ile to trwa?
-Sky...
-Ile to trwa?! - teraz odsunęłam się na bezpieczną odległość i wrzasnęłam. Zdenerwowałam się, gdy nie usłyszałam odpowiedzi. - Jak długo?! Słyszysz, ty pierdolony kłamco?! Jak długo się z nią pieprzysz?!
-Sky, uspokój się - to nic nie dało. - Trzy tygodnie. Spotykam się z nią od trzech tygodni.
Te słowa były jak cios wymierzony w mój policzek. Odsunęłam się jeszcze dalej, żeby Liam nie mógł zobaczyć w moich oczach jak bardzo mnie zranił. Spojrzałam na swoje dłonie, w których spoczywało pudełko z prezentem. Cisnęłam nim w szatyna.
-Wszystkiego najlepszego - powiedziałam, dusząc płacz, ale wiedziałam, że balansuję na granicy.
Odwróciłam się i pognałam przez tłum przed siebie, nie zwracając uwagi na to jak beznadziejnie muszę wyglądać z twarzą zalaną łzami.
~James~

Słońce chowało się za horyzontem, spowijając Nowy Jork w różowawym świetle. Kochałem oglądać miasto, które wydawało się, jakby miało zaraz zasnąć, ale tak naprawdę nigdy nie gasły w nim światła. Oparłem się o parapet, przechylając nieco ponad nim, żebym mógł wyjrzeć na życie pode mną. Co prawda nic nie zobaczyłem, bo mieszkałem zbyt wysoko, ale ludzie wyglądali jak mrówki, co śmieszyło mnie, gdy byłem jeszcze dzieciakiem. Wypiłem łyk mocnej espresso, którą przygotowałem sobie chwilę wcześniej. Już miałem wracać do lektury książki, którą wypożyczyłem sobie kilka dni wcześniej z leżącej nieopodal mojego wieżowca biblioteki, gdy nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. Pochodziłem z Chicago, więc było niemożliwe, żeby był to ktoś z rodziny. Przyjaciół miałem niewielu, więc dzwonek do drzwi bardzo mnie zaskoczył. Mimo wszystko ruszyłem żwawym krokiem w stronę korytarza. Otworzyłem drzwi, nie patrząc wcześniej w judasza.
-Co ty tu robisz? - zapytałem zszokowany, widząc przed sobą drobniutką, zapłakaną Sky.
-Mogę tu zostać na noc? James, błagam.

WAŻNE

Mam dla wszystkich, którzy to czytają ( a wierzę, że jest wielu anonimowych czytelników ) ważną informacje. Gdyż od dzisiaj nasza 'książka' pojawiła się również na wattpad'ie. Nie ukrywamy, że chodzi nam o dotarcie do szerszego grona zainteresowanych tą tematyką osób. Prosimy również o udostępnianie swoim znajomym i komentowanie. To dla nas jest mega istotne. 
Pamiętajcie, że wszystkich was bardzo, bardzo cenimy. Nawet jeśli nie lubicie komentować. :) 
Tutaj macie link : http://www.wattpad.com/43094636-possible
Liczymy na was ! 

niedziela, 23 marca 2014

Chapter XXIX

~Destiny~
22.08.2013 r. 

Gdy tylko Sky i Liam zniknęli na niewielkiej łódce poderwałam się z drewnianego tarasu w międzyczasie informując o tym prawie śpiącą Dems. Wyglądała, jakby była urodzona do życia w luksusach, a nie jak wychowana w Brooklyńskiej dzielnicy na skraju bankructwa. W zasadzie, gdybym to ja spotykała się Niall też bym szybko przywykła. Weszłam przez szeroko otwarte, szklane drzwi wprost do nowoczesnej kuchni z białymi blatami i szklanym stołem z krzesłami. W domu było bardzo cicho. Niall najprawdopodobniej mył samochód przed domem, a Harry w zasadzie gdzieś wsiąknął. Nie widziałam go odkąd zostawiłam go rano w łóżku. Dzięki schodom dostałam się na kolejne piętro, gdzie znajdował się pokój Grega, który aktualnie zajmowaliśmy z Harrym. Czułam się w nim dziwnie. Miałam wrażenie, jakby ktoś wciąż w nim mieszkał. Wcale nie tak, jakby Greg pracował i miał własne mieszkanie na Manhattanie, a tutaj nie był już dobre trzy lata. Aczkolwiek musiałam przyznać, że dom był zachowany w niezwykle dobrym stanie. Nie było widać śladów kurzu czy brudu. Z tego co zdążyłam poznać rodzinę Horanów nie zdziwiłabym się, gdyby mieli zatrudnioną sprzątaczkę tylko do tego domku letniskowego. Przełożyłam przez głowę białą koszulkę od piżamy i rzuciłam ją na łóżko. To samo zrobiłam z krótkimi spodenkami, bardziej przypominającymi bokserki. Szybko przebrałam się w coś wygodnego, jednak bardziej przypominającego strój dzienny. Odbyłam poranną toaletę i umalowałam się. Włosy tylko delikatnie przeczesałam. Nie wymagały zaangażowania w układanie ich. Otworzyłam na rozcież drzwi wychodzące na balkon, które były praktycznie niewidoczne przy w całości oszklonych ścianach. Przewiesiłam się przez barierkę z góry dostrzegając Niall'a, który nadzwyczaj starannie mył felgi samochodu.I, o, ku mojemu zdziwieniu obok stał Harry, który spłukiwał pianę za pomocą wody ze szlaucha. Gdy uniósł głowę i spostrzegł, że mu się przyglądam machnęłam do niego machinalnie ręką. Postanowiłam, że póki co nie mam nic lepszego do roboty, więc mogę spokojnie zejść do nich i porozmawiać. Skoro i tak Sky poszła oddawać się Liam'owi, a Demi ma swój świat. Opuściłam sypialnię i zbiegłam po schodach, o mało co nie potykając się o leżący koszyku z praniem. Tutaj naprawdę ktoś musiał być i sprzątać. Nawet w tym momencie ! Zepchnęłam moje zaskoczenie na drugi plan i dokończyłam wędrówkę do drzwi frontowych. W moją twarz uderzył, ciepły wiatr, który osobiście uwielbiałam. Promienie słońca przedostawały się przez gęste korony drzew. Było naprawdę wspaniale. Wkroczyłam na kamienną ścieżkę, wyznaczoną w trawie, by dość do żwirowego podjazdu, gdzie stały samochody.
- Nie sądziłam, że bogaci ludzie sami robią takie rzeczy. - zwróciłam się do Niall'a, wskazując na auto.
Uśmiechnął się szeroko, ukazując szereg białych, wyprostowanych zębów.
- Ja też nie. Póki najbliższa myjka nie znalazła się dziesięć kilometrów poza tą wsią. - wytłumaczył, na chwilę przerywając mycie lusterek.
Pokiwałam ze zrozumieniem głową. Skierowała mój wzrok na Harry'ego, który bez większego zaangażowania machał szlauchem rozlewając wodę nie tylko na samochód, ale też dookoła siebie.
- Duże dziecko ! - krzyknęłam, a on momentalnie odwrócił się w moją stronę.
Kilka chłodnych kropelek wody obryzgało moje gołe palce. Uskoczyłam na bok, przy głośnym akompaniamencie śmiechu chłopaka. Wiedziałam, że coś się kroi, gdy zaczął w zaskakująco szybkim tempie zbliżać się w moją stronę.
- Nawet nie próbuj ! - zrobiłam krok do tyłu, gdy kolejny raz woda spoczęła na stopach. - Harry, to nowa bluzka. - powiedziałam, teraz już trochę błagalnie.
Mimo wszystko jego wędrówka wciąż nie ustawała. Cofnęłam się jeszcze raz, ale w tym momencie to no i tak było na nic. Lodowata woda ze szlaucha ogrodowego oblała mnie dokładnie całą. Od czubka głowy po koniuszki palców, przyozdobionych french'em.
- Czyżbyś była mokra na mój widok ? - spytał, łapiąc mnie od tyłu w pasie.    
- Czy ty oszalałeś ? - Próbowałam się wyrwać z jego uścisku, ale to tylko sprawiło, że podniósł mnie kilka centymetrów nad ziemię. - Cały mój makijaż spłynął. - pożaliłam się.
Jednak na moich ustach wykwitł szeroki uśmiech. Który powiększył się jeszcze bardziej, gdy Harry złożył soczystego całusa na moim policzku. Jego dotyk sprawiał, że czułam się lepiej niż z kimkolwiek innym, ale nie chciałam dać mu łatwo za wygraną. Ugryzłam jego palec, na co zareagował głośnym przekleństwem. Ale jedno szybkie spojrzenie w jego oczy wystarczyło, bym wiedziała, że nie jest zły. W dalszym ciągu chciał prowadzić tą przepychankę. Zrzuciłam z moich nóg japonki i wykorzystując moment nieuwagi popędziłam prosto do domu. Rozglądałam się chwilę i zadecydowałam biec do drzwi tarasowych. Harry był tuż za mną. W zasadzie już prawie trzymał moją rękę, ale przyspieszyłam kroku. Czułam, że niedługo będę musiała się zatrzymać. Moja kondycja była do dupy. Wbiegłam na taras. Demi, która teraz popijała jakiegoś drogiego, owocowego drinka rzuciła mi zdziwione spojrzenie, po czym uśmiechnęła się szeroko, gdy zauważyła Pana Złego. To przezwisko pasowało do niego coraz mniej. Choć w sumie. On podpalił jakiś budynek. A mnie to całkowicie przestało obchodzić. Skoczyłam na świeżą, zieloną trawę i potknęłam się, nieszczęśliwie stawiając nogę pod dziwnym kątem. Jeden moment starczył, by stwierdzić, że nie jest ani złamana, ani skręcona. Niestety, moja chwilowa 'kontuzja' dała Harry'emu szansę schwytania mnie. Przycisnął mnie mocno do swojego twardego torsu, spowitego mokrym podkoszulkiem. Połaskotał mnie w boki na co pisnęłam i podskoczyłam w miejscu.
- Masz mnie ! - podniosłam ręce w geście bezradności. - Jestem twoja.
- Zawsze byłaś. - przypomniał, odwracając mnie przodem do siebie.
Jego loki były zmierzwione i praktycznie całkowicie mokre, a szmaragdowe oczy zmieniały barwę na coraz ciemniejszą. Stanęłam na jego bosych stopach i złożyłam pocałunek na idealnie wykrojonych ustach.
- Bez wizji, prosimy. - dotarł do mnie głos Liam'a, który razem ze Sky wracali za rękę od strony jeziora.
Czyli romantycznie śniadanie dobiegło końca.
- A wy, co robiliście na tej łódce ? - spytałam, patrząc się na nich oskarżycielsko.
Obserwowałam z satysfakcją, jak Skylar pąsowieje i zbywa mnie machnięciem ręki. Za to Liam wystawił do mnie środkowego palca. Co ?! Takie gesty ze strony Liam'a były nowością albo po prostu nie znałam go jeszcze od tej strony.
- Stary, bo ci wypierdolę. - Harry popatrzył się na niego całkiem poważnie, ale zaraz obaj z Li wybuchnęli śmiechem.
- Dobra, luzuj bohaterze. - mruknął brązowooki, wypuszczając swoją dziewczynę z objęć, by mogła usiąść obok Dems.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Byłam zadowolona, że chłopaki tak się przed nami otworzyli od czasu ich poznania. Zachowywali się całkiem swobodnie, nie szczędzili sobie uszczypliwych uwag. Może wiedzieli, że można nam zaufać, że ich nie oceniamy.
*
Siedziałam na łóżku w sypialni należącej do Niall'a. Po przeciwnej stronie o zagłówek opierała się Sky, a na ziemi rozłożona była Demi, która wyciągała kolejne części garderoby ze swojej torby i z każdą kolejną była coraz bardziej zirytowana. Skylar popijała mojito, patrząc się na przyjaciółkę z politowaniem. Miała mokre włosy i była obwinięta tylko ręcznikiem.
- Zupełnie nie wiem w co się ubrać. - załkała Dems, wywalając z walizeczki parę drogich koturn.
- Idziemy tylko do pubu obejrzeć mecz. Włóż cokolwiek. - wzruszyłam ramionami i sięgnęłam do miski z pistacjami.
Dziewczyna posłała w moją stronę piorunujące spojrzenie i wyciągnęła z samego dna czarną spódniczkę na szelkach. Jednak zaraz stwierdziła, że to zły wybór i rzuciła ją w kąt pokoju. Od kiedy Demi przejmuje się aż tak bardzo swoim wyglądem ? Z tego co pamiętam mogła codziennie wychodzić w bluzie z colleg'u i nic się nie działo. Myślę, że jej chłopak trochę podniósł jej standard życia. Dobrze, że Harry to nie jakiś nawiedzony projektant mody w pedalskich włosach.
- Możesz pożyczyć coś ode mnie. - zaproponowała Sky, wskazując torbę w zebrę, która leżała pod komodą.
- Masz coś co pasuje do sandałków od Jimmy'ego Choo ? - spytała retorycznie.
Parsknęłam śmiechem na jej protekcjonalny ton i na reakcje Skylar, która tylko wywróciła oczami i wypiła do końca drinka.
- Będziesz wyglądała dziwnie w tych butach. Jesteśmy na wsi, a nie na Manhattanie. - Spojrzałam na nią wyzywająco, ale tylko wzruszyła ramionami.
Czyli no i tak włoży te całe sandałki.
- Co nie zmienia faktu, że to wciąż Nowy Jork.- podsumowała i na tym mniej więcej skończyła się nasza dyskusja.
George stwierdziła, że sama musi jeszcze wysuszyć włosy i w coś się ubrać, a dochodziła szósta więc zniknęła za drzwiami łazienki. Ja natomiast postanowiłam udać się do 'własnej' sypialni. Nie miałam pojęcia co na siebie włożyć. Gdy przekroczyłam próg pokoju ujrzałam Harry'ego, który w samym ręczniku - obwiniętym wokół jego bioder - leżał na łóżku i wystukiwał coś na swoim telefonie. Uniósł na chwilę na mnie wzrok, ale szybko wrócił do urządzenia. Byłam wdzięczna, że powstrzymywał się od uwag na temat mojego obecnego wyglądu. Kucnęłam przy drzwiach toalety, gdzie obecnie leżała moja torba i zaczęłam przerzucać w niej ubrania. Wszystko wydawało się być nieodpowiednie na wyjście do wiejskiego pubu. Wyciągnęłam w końcu kwiecistą bluzkę na cienkich ramiączkach i jasne dżinsy. Musiałam się czymś jednak wyróżniać od mieszkańców Greenfield. Nim zdążyłam wstać, ktoś trzymał mnie za biodra i przyciskał mocno do siebie.
- Ile mamy czasu do wyjścia ? - Harry pocałował mnie za uchem i w miejscu gdzie szczęka stykała się z szyją.
- Tylko czterdzieści minut, a ja jestem w kompletnej rozsypce. - powiedziałam, odwracając się do niego przodem.
Niech on się lepiej ubierze, zanim dostanę zawału.
- Możesz iść w tym. - stwierdził, pociągając za brzeg mojej różowej bluzki.
- Daj spokój. -Klepnęłam go żartobliwie w ramię. - Wyglądam, jak ofiara losu. Twoje brudne myśli będą musiały poczekać.
Uśmiechnął się pod nosem, po czym najseksowniej, jak tylko mogłam sobie wyobrazić, przygryzł wargę. Mimo woli zarumieniłam się, dlatego też szybko uciekłam od jego wzroku, udając, że szukam czarnych butów, które miałam dzisiaj włożyć. Już wyciągałam rękę, żeby przesunąć go na bok, ale złapał mój nadgarstek.
- Nigdzie się nie ruszam i ty też nie. - Wskazał na mnie palcem.
Pokręciłam głową i otworzyłam usta, chcąc mu wytłumaczyć, że nie mam czasu na głupie gierki, ale szybko je zamknęłam, gdy niespodziewanie pochylił się i pocałował mnie w policzek. Mówiąc szczerze, spodziewałam się raczej przygwożdżenia do ściany i aktów bardziej podobnych do molestowania. Jednak nic takiego nie nastąpiło. Przeszłam z nogi na nogę, nie wiedząc w zasadzie co powinnam zrobić. Stałam, jak ta ostatnia idiotka i przyglądałam się jego mokrym włosom, zaciśniętej szczęce i naprawdę delikatnemu zarostowi. Żadne z nas się nie odzywało. Jako osoba przedstawiająca płeć żeńską powinnam raczej uważać to za romantyczne, ale, cholera jasna, czy możemy już zakończyć ten pieprzony teatrzyk.
- A teraz całkiem serio, muszę się szykować. - przerwałam panującą ciszę, na co zrobił urażoną minę, ale w końcu dał mi przejść.
Spod szafki nocnej wyciągnęłam parę czarnych koturn. Dlaczego my wszystko zawsze rozwalaliśmy po całym mieszkaniu ? Gdy kierowałam się już do lustra, z głośników podłączonych do telefonu poleciała znana mi melodia. Schoolboy Q 'Collard Greens'. Harry musiał włączyć muzykę nim zamknął się w łazience. Ubrałam się szybko, z trudem wciągając na nogi wąskie spodnie. W momencie, gdy Harry wyszedł ubrany, ja zapinałam klamerkę butów. Chłopak miał na sobie czarne, obcisłe spodnie i zwykły podkoszulek w tym samym kolorze. Widać było dobrze wychodzące spod niego tatuaże. Długie włosy przewiązał czymś co wyglądało, jak rękaw starej koszuli. Zaśmiałam się na jego widok.
- Co cię tak bawi ? - spytał, w trakcie gdy spryskiwał się perfumami i podrygiwał do włączonej muzyki.
- Ta szmata na głowię. - powiedziałam, wklepując w usta różany balsam do ust.
- To jest po prostu wygodne. A poza tym, ty się na niczym nie znasz. - machnął na mnie ręką, co całkowicie zignorowałam.
Harry potrafił ubrać się, jak ostatni wieśniak, więc wolałam nie stosować się do jego wskazówek odnośnie mody.
~Harry~

Zajęliśmy miejsce przy największym, drewnianym stoliku w tym pubie. W powietrzu unosił się dym nikotynowy i zapach piżma. Powietrze zdawało się być ciężkie, co mnie w pewien sposób męczyło. Rzuciłem przelotne spojrzenie na telewizor wiszący na ścianie. Mecz zaczął się już dwadzieścia minut temu i teraz Brooklyn Nets przegrywali z Boston Celtics. Zająłem miejsce między Des, a Liam'em, który swoją drogą ciągle szczerzył się do Sky. Czy on dostał jakiegoś szczękościsku ? Odwróciłam szybko od nich wzrok, w momencie, w którym mieli się pocałować i od razu pożałowałem, że nie zająłem innego miejsca. Niall i Demi przynajmniej ekscytowali się meczem. Zaś Destiny siedziała w ciszy i bawiła się paskiem od swojej torby. Wyglądała, jakby coś ją trapiło, ale jakoś nie miałem ochoty teraz o to pytać. Nie zajęło dużo czasu, za nim dotarła do nas kelnerka o rudawych włosach i całkiem sporym biuście, doskonale widocznym przez białą, obcisłą koszulkę. Była naprawdę niezła, a jedyna myśl jaka zrodziła się w mojej głowie to, to, żeby ją przelecieć. Wbiłem wzrok w podłogę, po czym spojrzałem na zarumienione policzki Des. Głos w mojej głowie krzyczał, abym ustawił sobie jakąś hierarchię wartości, a dziewczynę po mojej lewej stronie postawił w niej na pierwszym miejscu. Moi znajomi szybko złożyli zamówienie, na co składało się głównie piwo i miska orzeszków. 
- Pierce, postaraj się bardziej ! - wrzasnęła Demi, gestykulując dziwnie w stronę telewizora. 
Parę osób ze stolika obok spojrzało na nas podejrzliwie. 
- Niall, mógłbyś uspokoić swoją dziewczynę. - poprosiłem, patrząc na niego spod byka. 
Dems zmierzyła mnie groźnym spojrzeniem, ale się nie odezwała. 
- Ale widziałeś jaką akcję on zwalił ?! - krzyknął blondyn. 
Czy ten zasrany mecz był dla nich naprawdę tak ważny ? Przyjaciele oddali się dalszej dyskusji, z której całkowicie się wyłączyłem. Naprawdę nie obchodził mnie wybór sali na urodziny Liam'a, czy ustalanie terminu zakupów. Czułem się, jakbym był ponad to wszystko, ale naprawdę nie potrafiłem sobie poradzić z niczym sam. Tak bardzo żałosny i zadufany w sobie. Groźny i nieobliczalny. Czerpiący radość z bojaźni i cierpienia innych. Takiego mnie właśnie postrzegali. I nie mylili się tak bardzo. Ale Des ? Chciałem wiedzieć co ona czuła, co ją przerażało. Tylko, że była wyjątkowo małomówna. Myślałbym pewnie nad tym gównem dłużej, ale przerwał mi wibrujący w kieszeni telefon. Nie zdziwiłem się tak bardzo, gdy numer się nie wyświetlił. Odszedłem kilka metrów od naszego stolika i odebrałem. 
- Jeszcze żyjesz ? - po drugiej stronie odezwał się niski i ochrypły głos. 
Znałem ten głos, a jego właściciela wolałbym już nigdy więcej nie widywać na oczy. Quincey. Myślałem, że dał sobie ze mną spokój, kiedy dwa lata temu 'wyjaśniliśmy' sobie wszystko. Ale nagle wszystko stanęło, jak żywe przed moimi oczami. Zrozumiałem dlaczego połowa wakacji była dla nas udręką. To wszystko było tak oczywiste, że aż śmieszne. Harry, ty pierdolony idioto ! 
- Jak słyszysz. - Oprzytomniałem i odruchowo spojrzałem w stronę Des. 
Śmiała się zupełnie niczego nieświadoma. 
- A ta twoja mała suka ? - Kpina w jego głosie była, aż nadto wyczuwalna. 
Zacisnąłem pięść tak mocno, że mi pobielały knykcie. Zadrżałem. Mimo tego co mu zrobiłem, nie miał prawa jej tak nazywać. Ponad to, wiedziałem, że coś knuje. Byłem pewien. 
- Czego chcesz ? - zignorowałem go. 
Zaśmiał się gorzko. Wiedział, jak bardzo mnie to rozzłości. Wyjrzałem przez niewielkie okno, w starych, drewnianych ramach. Jednak na dworze nie zauważyłem nic niepokojącego. Tamtego dnia też nic nie widziałem. A potem było za późno. 
- Myślisz, że zapomniałem ? Że nie pamiętam o niej ? Jeśli tak, to jesteś w błędzie. I nie rozglądaj się tak nerwowo. To no i tak gówno da. - Spuściłem głowę, żeby nie wyglądać na jeszcze bardziej zdesperowanego. Cholera. On tu jest. - Moja córka obchodziłaby dzisiaj dziesiąte urodziny. Ale przez ciebie, ty popaprańcu, nic takiego się nie stanie. Bo Leah nie żyje ! Ty mi coś zabrałeś, ja zabiorę coś tobie. Czekałem pięć lat na odpowiednią osobę. Matki by ci nie było szkoda, ty pieprzony dupku, co nie ? No i tak choruje. Masz ją gdzieś. Ta zdzira, Des, to coś innego.
- Dobrze wiesz, że to nie było tak. - zacząłem, ale jego nerwowy śmiech mi przerwał. 
Quincey dorobił sobie tą historię. Nikogo nie zabiłem. Nie zrobiłem tego ! 
- Za późno. Było o tym myśleć, za nim podpaliłeś ten dom. Mam cię dość, ale zabójstwo jest zbyt proste. Wyrżnę każdego, abyś został sam. Ale zacznę od twojej dziewczyny. Zobaczymy co zdołasz zrobić. - rozłączył się. 
Pierwszy raz, od dwudziestu lat, poczułem na moim policzku łzę. Miałem tak mało czasu. Dlaczego nie zauważyłem tego wcześniej ? Te esemesy, to, że chcieli czegoś ważnego dla mnie. To byli ludzie Quincey'a, a ja nie brałem nawet tego pod uwagę. Powinienem stąd zabrać Destiny. I to jak najszybciej. Ale, jak mam to zrobić skoro on stoi pod pubem. Zakląłem pod nosem, zaciskając pięści po bokach mojego tułowia. 
- Co jest ? - Poczułem na plecach dotyk małych dłoni Des.
Instynktownie napiąłem mięśnie. Co jej miałem powiedzieć ? Czas na kłamstwa się skończył. W ogóle czas się skończył. 
- Nic takiego. Dzwonił mój...stary znajomy. - skłamałem dosyć gładko, jak na kogoś kto znajduje się w rozsypce emocjonalnej.  
- Na pewno ? Wyglądasz na spiętego. - Potarła kciukami moje nadgarstki.
Jej dotyk był kojący, ale to za mało. Musieliśmy uciekać, a ja nie miałem pojęcia, jak to zrobić. Byłem, jak ptak w klatce. Pragnąłem wolności, jednocześnie będąc w potrzasku.
- Ufasz mi ? - spytałem. Wiedziałem, że już kiedyś przerabialiśmy taką rozmowę, ale teraz to było ważniejsze. Nie wezmę jej, wiedząc, że nie ufa mi stuprocentowo. Wyglądała na lekko zaskoczoną, jednak pokiwała głową. - Na pewno ?
- Tak, jestem w stanie zrobić dla ciebie wszystko. - stwierdziła z mocą.
Nie była jeszcze świadoma, jak wielki błąd popełnia. Jak wielki błąd ja popełniam. Ale za bardzo ją kochałem, żeby ją zostawić.
- Musimy wyjechać gdzieś. Teraz, zaraz. Nie ma czasu na powrót do domu. Może na północ. Może być Maine lub coś w tym stylu. Mam kartę kredytową i pełny bak w samochodzie. Wrócimy tu, obiecuje. Ale teraz musimy uciekać. - Z każdym moim słowem jej oczy powiększały się, a palce mocniej ściskały moje nadgarstki.
- A oni ? - wskazała za siebie, na stolik zajmowany przez naszych przyjaciół.
- Nic im się nie stanie. Przysięgam. Wrócimy tutaj, jak najszybciej, ale teraz musimy się stąd jakoś wymknąć.
Niespodziewanie przycisnęła swoja drżące wargi do moich i objęła mnie w pasie.
- Dobrze. Wierzę ci. - wyszeptała, ale w jej oczach już zaczynały formować się łzy.
Destiny, proszę nie płacz, bo nie zniosę tego. Chwyciłem dziewczynę za rękę i poprowadziłem ją w stronę baru. Sky, Liam, Niall i Demi byli zbyt zajęci meczem i sobą, by zwrócić na nas uwagę. Pogadałem chwilę z cycatą barmanką, która w ostateczności zgodziła się wypuścić nas wyjściem ewakuacyjnym. Nie miałem pewności, że nie jest obstawione przez ludzi Quincey'a, ale na pewno to było bezpieczniejsze, niż wychodzenie normalnie. Szybko odnalazłem czarnego Range Rovera, który stał na parkingu, koło kontenerów. Na szczęście zawsze stawiałem samochód w mniej tłocznych miejscach. Na szczęście. Nakazałem Des wejść do samochodu, a sam rozglądając się dookoła oderwałem rejestracje i wrzuciłem ją na tylne siedzenie. Nie mogę nas namierzyć, pod żadnym pozorem. Odpaliłem silnik i ruszyłem z piskiem opon. Muszę, jak najszybciej wyjechać z Nowego Jorku.