wtorek, 9 lipca 2013

Chapter VI

~Skylar~
07.06.2013 r.

Uśmiechnęłam się pod nosem, gdy dźwięk mojego laptopa poinformował mnie o tym, że Liam przysłał do mnie jakąś wiadomość. Nie chciało mi się przechodzić na balkon, ponieważ byłam w trakcie robienia sobie jakiegoś śniadania. Demi nadal spała. Zaczynałam się o nią martwić. Na imprezie chyba ostro przeholowała. Każda z nas była podkręcona, ale to Demi ledwo żyła. W zamyśleniu przerzuciłam naleśnika na drugą stronę i spojrzałam z utęsknieniem na laptopa, który nadal stał na stoliku na balkonie. Postanowiłam, że obudzę moją przyjaciółkę i zobaczę jak się czuje. Póki co, nie miałam ciekawszego zajęcia, a uszy aż kuły od ciszy. Otworzyłam szafkę nad zlewem i stanęłam wysoko na palcach, wyciągając szyję. Ja i Destiny miałyśmy zdecydowanie przechlapane. Demi była trochę wyższa od nas, dlatego było jej o wiele łatwiej dostać się, na przykład, do głupiej szafki nad zlewem, w czasie, gdy ja i Des miałyśmy z tym nie lada problem. Sięgnęłam po spory kubek, stojący na półce i opadłam płasko na stopy, żeby nalać do niego wodę. Zrzuciłam jeszcze z rozgrzanej patelni świeże naleśniki. Na początku miałam robić tylko dla siebie, ale po jakimś czasie wpadłam też na to, że być może Demi także będzie głodna. Postanowiłam nie być taka samolubna i usmażyłam jej dwa spore naleśniki. Chwyciłam szklankę i powędrowałam korytarzem do pokoju mojej przyjaciółki. Uchyliłam drzwi po cichu i zauważyłam, że dziewczyna już nie śpi. Miała jednak mocno zmrużone oczy.
-I jak tam się czujesz, imprezowiczko? - zaśmiałam się, ponieważ mimo wszystko sytuacja była komiczna.
-Daj spokój. Chyba przegięłam - przyjaciółka przyznała ze skruchą. Wzruszyłam ramionami. Nie był to ani pierwszy, ani tym bardziej ostatni raz, kiedy któraś z nas była naćpana, albo zalana w trupa.
-Każdy czasem musi się wyluzować - mrugnęłam do niej po przyjacielsku, uśmiechając się szeroko i nachylając się, aby położyć na szafce nocnej przygotowaną wcześniej szklankę z wodą.
-Która jest w ogóle godzina? Nie mam pojęcia gdzie jest mój telefon.
-Jest po czternastej. Des już dawno wyszła na wykłady - poinformowałam, zmierzając w stronę drzwi z zamiarem opuszczenia pomieszczenia. - Aha, a śniadanie stoi na stole.
-Jesteś cudowna - powiedziała Demi i posłała mi całusa. Zaśmiałam się cicho i wyszłam w końcu z jej pokoju.
Powędrowałam do kuchni, gdzie naładowałam do naleśników tyle dżemu wiśniowego, ile tylko się dało. Od czasu do czasu moja mama przysyłała mojego starszego brata, żeby przyniósł mi jedzenie. Co ciekawe, mimo, iż mieszkałam już w tym mieszkaniu od roku to moja mama jeszcze nigdy mnie nie odwiedziła. Szczerze mówiąc to nie miałam z mamą tak dobrego kontaktu jak z rodzeństwem. Szczególnie upodobałam sobie braci, a miałam ich dwóch. Starszy - Jace - był wymarzonym braciszkiem, który zawsze się za mną wstawiał i bronił przed natrętnymi siostrami, a młodszy - William - był chyba moim najlepszym kumplem. Dzielił nas tylko rok, tak więc mieliśmy kontakt doskonały, czego nie mogłam powiedzieć o moich stosunkach z siostrami. W zamyśleniu wkroczyłam na balkon, usiadłam na wiklinowym leżaku i sięgnęłam na stolik po, znowu informującego mnie o nowej wiadomości, laptopa. Otworzyłam okno rozmowy na Facebooku.


Uśmiechnęłam się do ekranu. Tak naprawdę to nie umówiłam się z Liamem co do godziny, ale na mojej twarzy i tak można było zobaczyć tylko czystą radość. Zaczynałam bardzo lubić tego szatyna. Naprawdę wydawał się być idealnym materiałem na kumpla i kompana na nudne wieczory. Przeżuwałam powoli kolejny kęs naleśnika z ulubionym dżemem, który zrobiła jakiś czas wcześniej moja babcia, gdy nagle zadzwonił mój telefon. Odblokowałam go powolnie, przesuwając palcem po dotykowym ekranie iPhone'a.



Wstałam pospiesznie z leżaka i skierowałam się do swojej sypialni. Po drodze zauważyłam, że Demi nie wyszła z pokoju, ale przygotowane przeze mnie naleśniki zniknęły z kuchennego blatu. Czułam satysfakcję przez to, że pomogłam mojej przyjaciółce dojść do stanu używalności. W pokoju przebrałam się pospiesznie z rozciągniętych dresów w coś ładniejszego. Włosy pozostawiłam rozpuszczone tak, żeby mogły mi się układać falami na ramionach. Przed wyjściem z domu założyłam na głowę jeszcze tylko czarną czapkę. Odczekałam chwilę na windę, w której był niesamowity tłok. Tak się składało, że godzina piętnasta była godziną, kiedy wszyscy wracali z pracy, albo jechali na popołudniowe zmiany do swoich zakładów. Windą jechałam dość długo, ponieważ najpierw wjeżdżała ona na samą górę, a dopiero później powoli toczyła się w dół, a ja wysiadałam na parterze. Skierowałam się w stronę wyjścia. Wśród natłoku samochodów ustawionych na chodniku znalazłam czarnego Jeepa, którego pożyczył mi ostatnio Jace. Jemu auto było niepotrzebne, a mi ułatwiało poruszanie się po mieście. Usadowiłam się wygodnie na siedzeniu kierowcy i odpaliłam. Kolejka na ulicy była spora, więc musiałam chwilę odczekać. Byłam jednak cierpliwa. Mieszkałam w Nowym Jorku całe życie i nie wyobrażałam sobie, żeby na ulicy nie było korków, żeby ludzie nie przechodzili jak kaczki przez środek ulicy zamiast znaleźć pasy. Mimo wszystko kochałam to miasto i chciałam tu zostać na zawsze. Podkręciłam korbkę radia, gdy usłyszałam jedną z moich ulubionych piosenek.
*
-Cześć, młody - przelotnie zmierzwiłam włosy mojemu bratu, który uśmiechnął się do mnie szeroko, ukazując rząd równych, bielutkich zębów.
-Dzięki, że przyjechałaś. Miałem dzisiaj rano spinę z rodzicami i chciałem z tobą pogadać - powiedział, nie owijając w bawełnę. Zawsze taki był i za to go lubiłam.
-Mów, co się dzieje, przystojniaku - zaśmiałam się, spoglądając na Willa.
Byłam pewna, że za moim bratem uganiają się dziewczyny. Co prawda nigdy mi tego nie powiedział wprost, ale widziałam co się działo, gdy jeszcze ja uczęszczałam do szkoły. Nie było dziewczyny, która by nie zawiesiła na nim wzroku. Will miał kruczoczarne włosy, które sterczały mu na wszystkie strony. Ciemnobrązowe oczy okalały niesamowicie długie rzęsy. Brwi, choć nigdy nie regulowane, układały się w idealne łuki. Usta były wykrojone tak doskonale, że można by pomyśleć, że mój brat miał kiedyś operację plastyczną. Ubrany w czarne rurki, czerwone conversy i biały t-shirt bez nadruków opierał się swoim szczupłym kolanem o deskę rozdzielczą samochodu i zagryzał pełną wargę w zamyśleniu. W końcu odwrócił się w moją stronę tak, że jego włosy zafalowały i potargały się jeszcze bardziej. Był uroczy i nie dziwiłam się, że tyle dziewczyn za nim szalało.
-Rodzice przeglądali mój komputer - wypalił w końcu.
-To faktycznie nie za fajnie, ale nie można ich winić za to, że się martwią - zauważyłam, podnosząc do góry brwi.
-Problem w tym, że przeczytali tam coś, czego nie powinni nigdy przeczytać - Will coraz bardziej intrygował mnie swoją historią.
-Co konkretnie masz na myśli?
-Dowiedzieli się, że przespałem się z jedną laską - powiedział, w ogóle niezawstydzony swoim wyznaniem. Odwróciłam gwałtownie głowę w jego stronę. Na moich ustach kwitł jednak szeroki, drwiący uśmiech.
-Przeleciałeś kogoś? O matko, Will. Jace taki był zawsze, ale ty?
-Przestań, to serio poważna sprawa - mruknął mój brat lekko poirytowany. Wiedziałam jednak, że nie jest na mnie zły.
-No, ale jest dziewczyna w ciąży, czy coś? - zainteresowałam się. Może ta sprawa była jednak głębsza, niż się spodziewałam.
-No co ty, oszalałaś? Oczywiście, że nie jest, ale rodzice i tak robią dramę - poskarżył się William. Cały czas mierzył mnie spojrzeniem małego, zbitego pieska. Nie musiał nic mówić, bo wiedziałam, o co będzie chciał mnie poprosić.
-No dobrze, zadzwonię wieczorem do mamy i porozmawiam z nią - zapewniłam czarnowłosego, gdy podjechałam już pod nasz ceglany dom, który stanowił zaledwie jedno mieszkanko z całego rzędu czerwonych szeregowców. Brat pocałował mnie przelotnie w policzek i uśmiechnął się. To był chyba najszerszy uśmiech jaki widziałam w całym swoim życiu.
-Dziękuję - powiedział, ale tylko dla formalności. Mrugnęłam do niego w odpowiedzi.
Brat opuścił pospiesznie samochód, odwracając się przy samych drzwiach jeszcze tylko po to, żeby szybko mi pomachać i po chwili zniknąć w mroku za drzwiami.
*
Przekroczyłam próg domu w akompaniamencie wesołych śmiechów, dochodzących z pokoju Demi. Wyraźnie słyszałam trzy głosy. Ściągnęłam buty i powędrowałam w stronę pokoju mojej przyjaciółki. Nie kłopotałam się pukaniem do drzwi, bo wiedziałam, że Demi nie będzie miała nic przeciwko temu, żebym wparowała bez ostrzeżenia. Otworzyłam drzwi jednym, zgrabnym ruchem i już po chwili trzy pary oczu mierzyły mnie od góry do dołu.
-Hej! Przyszliśmy odwiedzić Demi, bo poskarżyła mi się, że nie czuje się najlepiej - powiedział blondyn dość radośnie. Zupełnie tak, jakby nie pamiętał sytuacji, która zaistniała między nami poprzedniej nocy. Zmarszczyłam nos z niesmakiem tak, jakby jego słowa gorzko smakowały. Zauważyłam, że towarzyszący mu Liam wstał, gdy tylko weszłam do pokoju. Od tamtej pory jego ręka cały czas znajdowała się w połowie drogi do uda tak, jakby chciał się ze mną przywitać, ale zabrakłoby mu słów.
-Cześć wam - pomachałam do wszystkich i wycofałam się z pokoju. W razie czego udam, że musiałam zrobić coś do pracy.
Doszłam zaledwie do kuchni, gdy zorientowałam się, że mimo wszystko nie jestem sama. Odwróciłam się na pięcie i po chwili patrzyłam z dołu na Liama, który wpadł na mnie, zaskoczony moim nagłym odwrotem.
-Przepraszam - szepnęłam, czerwieniejąc.
Szatyn odsunął się ode mnie pospiesznie, zapewniając, że nic się nie stało. Postanowiłam być na tyle kulturalna, że zaproponowałam mu coś do picia. Skończyło się na tym, że już po pół godziny siedzieliśmy w salonie na kanapie, sącząc bezalkoholowe drinki. Zastanawialiśmy się nad alkoholem, ale w końcu stwierdziłam, że nie chcę się czuć źle kolejnego dnia, ponieważ z samego rana musiałam wyjść do pracy.
-Widziałem cię dzisiaj z jakimś chłopakiem w samochodzie. Jesteś z nim? - rzucił przelotnie Liam, gdy ja usadzałam się wygodniej na miękkiej kanapie. Jego słowa sprawiły, że omal nie wyplułam na siebie drinka, którego chwilę wcześniej zaczęłam popijać.
-To mój brat - zapewniłam szatyna, a ten spojrzał się na mnie jak na wariatkę.
-Naprawdę? Nie jesteście w ogóle do siebie podobni - zauważył i na początku myślałam, że chodzi mu o to, że ja, w przeciwieństwie do Willa, nie jestem udanym egzemplarzem. Po chwili jednak przypomniałam sobie, że byłam prawie idealną kopią mojego taty, a Will miał w sobie delikatność urody mamy. Kiwnęłam w zamyśleniu głową, zgadzając się ze słowami Liama.
-Will jest bardziej podobny do mamy, a ja do taty. Za to, gdybyś zobaczył mojego drugiego brata... Gdyby nie różny kolor włosów i różnica wzrostu to mogliby nas brać za bliźnięta - powiedziałam, przypominając sobie zabawną historię sprzed kilku lat, kiedy to ciotka, która nas widziała pierwszy raz w życiu, myślała, że jesteśmy bliźniaczym rodzeństwem.
-To ile ty masz tego rodzeństwa? Jak mają na imię? - zapytał Liam, wyraźnie zaciekawiony.
-Will jest rok ode mnie młodszy, Jace ma dwadzieścia lat. Oprócz nich mam dwie siostry. Vivian jest straszną sztywniarą, bo twierdzi, że mając dwadzieścia pięć lat doświadczyła już wszystkiego co możliwe, a Lilou ma dwadzieścia trzy lata i nie interesuje się niczym innym z wyjątkiem drogich ciuchów, na które nawet nie zarabia sama, tylko naciąga swojego narzeczonego - opowiedziałam tak naprawdę w skrócie. Chciałam powiedzieć, jak bardzo nie przepadam za moimi siostrami i co bym zrobiła dla moich braci, ale nie był to odpowiedni czas. Mój rozmówca pokręcił głową w zamyśleniu.
-Ja zawsze chciałem mieć młodszą siostrę, żeby móc się nią opiekować, ale niestety nie mam żadnego rodzeństwa.
-Rodzeństwo to same problemy - pocieszyłam chłopaka, który podniósł głowę wyraźnie rozweselony. Patrzyliśmy się na siebie w ciszy przez dobre dwie minuty, gdy nagle do salonu wparował Niall.
-Stary, powinniśmy się już zwijać. Zaczyna się robić późno, a jeszcze musimy się zorientować, gdzie podziewa się nasz Pan Zły - poinformował blondyn jednym tchem. Liam wstał i uśmiechnął się do mnie. Niall i Demi przeszli do przedsionka, żeby powoli się ubrać w czasie, gdy szatyn podszedł do mnie i cicho zapytał:
-Może się umówimy na spokojnie któregoś dnia? Wiesz, tak we dwoje.
-Jasne, daj znać - zapewniłam z dziką ochotą rozmawiania od wieczora do białego rana z tym niesamowicie miłym, przystojnym szatynem. Chłopak uśmiechnął się do mnie i również powędrował do przedsionka. Szybko się pożegnałam z naszymi gośćmi, trzymając na dystans Nialla, z którym nie miałam ochoty rozmawiać. Zauważyłam, że moja przyjaciółka wpadła blondynowi w oko. Z wzajemnością z resztą. Gdy tylko chłopcy wyszli, udałyśmy się razem z Demi do salonu, gdzie rozsiadłyśmy się wygodnie na kanapie i, przykryte kocem, zaczęłyśmy przerzucać kanały w poszukiwaniu jakiejś łzawej komedii romantycznej. Zaczynało się robić już naprawdę późno, a Destiny nadal była poza domem. Zaczynałam się o nią strasznie martwić. Już miałam wyciągnąć telefon i do niej zadzwonić, gdy usłyszałam trzask frontowych drzwi. Zerwałyśmy się z Demi do pozycji siedzącej, wyciągając szyje. Des weszła do salonu z niemrawą miną, malującą się na jej prześlicznej, dziewczęcej twarzy. Spojrzałam na nią pytająco z nadzieją, że otrzymam jakieś sensowne wyjaśnienia.
-Nienawidzę go - mruknęła tylko moja przyjaciółka i wyszła z salonu, zmierzając ku swojej sypialni. Nawet nie zorientowałam się, kiedy zasnęłam z Demi na kanapie przed telewizorem. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz