~Destiny~
07.06.2013 r.
Wdychałam głośno powietrze, powolnie sącząc już zimną kawę. O dziewiątej rano, na tarasie praktycznie w całości przysłoniętym drzewami, nie było specjalnie ciepło. Opatuliłam się szczelniej starą bluzą mojego brata, którą podkradła przy wyprowadzce z domu. Cieszyłam się ciszą, która przyjemnie koiła moje uszy po wczorajszej imprezie, z której o dziwo pamiętam całkiem dużo. Niestety, pamiętam też rzeczy, które wolałabym, żeby zatonęły w alkoholu, poprzedniej nocy. A szczególnie ten nieznośny chłopak w lokach, który uważał, że potrzebuje jego towarzystwa, choć wcale tak nie było. Oczywiście nie miałabym nic przeciwko, gdyby zatańczył ze mną lub porozmawiał. On jednak wolał obezwładnić mnie przy ścianie i tworzyć kolejne malinki na mojej szyi i obojczykach. Palant.
Odwróciłam się gwałtownie do tyłu, gdy usłyszałam kroki. Jak się okazało stawiała je Sky. Brunetka powolnie przemierzała odległość między nami, w ręku dzierżąc szklankę wody. Jej piżamę tym razem zastąpił dość skąpy szlafrok.
- Jak tam ? - spytałam, gdy opadła na jeden z wiklinowych leżaków.
Skylar pokręciła głową i poczęła rozmasowywać skronie. Postanowiłam nie zadawać już więcej takich pytań. Wygląd dziewczyny nie przywodził na myśl żadnych pozytywnych myśli.
Odłożyłam filiżankę na stolik i wróciłam do kuchni, gdyż na moich nogach pojawiła się już gęsia skórka. Udałam się najpierw do pokoju Demi, która spała, jak zabita, nawet nie zmieniając pozycji od szóstej rano. Z powrotem zamknęłam jej drzwi i ruszyłam do mojej sypialni, w całości skąpanej w promieniach słonecznych. Posiadanie okna od południowej strony i niezasłanianie okien nie było najlepszym pomysłem. Z łoskotem zatrzasnęłam za sobą drzwi. Zlustrowałam cały pokój, który w tym tygodniu nie grzeszył porządkiem. Właściwie nie miałam czasu w nim sprzątać. Większość swojego życia spędzałam na uczelni, bądź w centrum. Siedzenie tutaj i sprzątanie nie wydawało się być kuszącą propozycją.
Podeszłam do biurka, w całości zasypanego opróżnionymi już kubkami i papierami. Otworzyłam dolną szafkę i wyjęłam z niej kilka zeszytów, które wpakowałam do torby. Jeśli miałabym podać definicje koszmaru to z pewnością byłoby to pójście do szkoły, po całej nocy balowania. Miałam ochotę się komuś wyżalić, ale Sky czuła się dużo gorzej niż ja, Dems wyglądała, jakby umarła, a dzwonienie do mamy skończyłoby się dość długim kazaniem.
Zrezygnowana otworzyłam komodę i wyciągnęłam z niej kilka ubrań, które zamierzałam dzisiaj na siebie włożyć. Poszłam odbyć szybki prysznic, umalowałam się, a włosy spięłam w ciasnego kucyka. Kilka minut przed pierwszą byłam gotowa do wyjścia. Chwyciłam jeszcze z łóżka białego iPhone'a, na którego wyświetlaczu widniała wiadomość. Szybko przejechałam palcem po ekranie.
Odwróciłam się gwałtownie do tyłu, gdy usłyszałam kroki. Jak się okazało stawiała je Sky. Brunetka powolnie przemierzała odległość między nami, w ręku dzierżąc szklankę wody. Jej piżamę tym razem zastąpił dość skąpy szlafrok.
- Jak tam ? - spytałam, gdy opadła na jeden z wiklinowych leżaków.
Skylar pokręciła głową i poczęła rozmasowywać skronie. Postanowiłam nie zadawać już więcej takich pytań. Wygląd dziewczyny nie przywodził na myśl żadnych pozytywnych myśli.
Odłożyłam filiżankę na stolik i wróciłam do kuchni, gdyż na moich nogach pojawiła się już gęsia skórka. Udałam się najpierw do pokoju Demi, która spała, jak zabita, nawet nie zmieniając pozycji od szóstej rano. Z powrotem zamknęłam jej drzwi i ruszyłam do mojej sypialni, w całości skąpanej w promieniach słonecznych. Posiadanie okna od południowej strony i niezasłanianie okien nie było najlepszym pomysłem. Z łoskotem zatrzasnęłam za sobą drzwi. Zlustrowałam cały pokój, który w tym tygodniu nie grzeszył porządkiem. Właściwie nie miałam czasu w nim sprzątać. Większość swojego życia spędzałam na uczelni, bądź w centrum. Siedzenie tutaj i sprzątanie nie wydawało się być kuszącą propozycją.
Podeszłam do biurka, w całości zasypanego opróżnionymi już kubkami i papierami. Otworzyłam dolną szafkę i wyjęłam z niej kilka zeszytów, które wpakowałam do torby. Jeśli miałabym podać definicje koszmaru to z pewnością byłoby to pójście do szkoły, po całej nocy balowania. Miałam ochotę się komuś wyżalić, ale Sky czuła się dużo gorzej niż ja, Dems wyglądała, jakby umarła, a dzwonienie do mamy skończyłoby się dość długim kazaniem.
Zrezygnowana otworzyłam komodę i wyciągnęłam z niej kilka ubrań, które zamierzałam dzisiaj na siebie włożyć. Poszłam odbyć szybki prysznic, umalowałam się, a włosy spięłam w ciasnego kucyka. Kilka minut przed pierwszą byłam gotowa do wyjścia. Chwyciłam jeszcze z łóżka białego iPhone'a, na którego wyświetlaczu widniała wiadomość. Szybko przejechałam palcem po ekranie.
Zmarszczyłam brwi, odczytując esemesa. Postanowiłam skasować go ze skrzynki i nie przejmować się tym. Widocznie ktoś robi sobie głupie żarty albo po prostu ludzie lubią być bardzo natarczywi. Wepchnęłam komórkę do tylnej kieszeni jeansów i poszłam zakomunikować Skylar, że wychodzę.
Przyjaciółka był już w pełni ubrana i leżała na kanapie z laptopem na brzuchu.
- Idę na uczelnie - uśmiechnęłam się, przewieszając swoje ciało przez oparcie kanapy.
Dziewczyna cicho zachichotała i pokiwała tylko głową. Sądzę, że była zbyt zajęta pisaniem z kimś, by zwrócić na mnie uwagę. Podejrzewałam, że jej rozmówcą może być Liam lub Niall. Sporo z nimi rozmawiała zeszłej nocy. A, gdy tylko zostałam z Liam'em sama, dopytywał się o przyjaciółkę, która ze mną przyszła.
Postanowiłam zastanowić się nad tym później, a póki co pognałam na najbliższą stacje metra i już po czterdziestu minutach kierowałam się z Central Parku w stronę Columbia University oblężonego, jak codziennie przez dziesiątki uczniów, którzy wychodzili w przerwach na papierosa, bądź dopiero przyjeżdżali na uniwersytet.
Uśmiechnęłam się przyjaźnie do grupki dziewczyn, które niestrudzenie machały w moją stronę. Dostrzegłam tam moją najlepszą koleżankę na uczelni Jane. Była może trochę zbyt słodka, jak na moje standardy, ale gdy się z nią rozmawiało, zachowywała się zupełnie inaczej. Szybkim krokiem ruszyłam do wnętrza budynku. Dopiero tutaj można było dostać oczopląsu. Setki ludzi, a każdy z nich w odmiennym stylu. No może oprócz cheerleaderek, które były jak klony. W przykrótkich spódniczkach i topach ledwo zakrywających biust, obowiązkowo z lwem, jako logiem naszej szkoły. No i oczywiście wszędzie dużo niebieskie koloru, stanowiącego naszą barwę.
Pokiwała w zamyśleniu głową, gdy koło mnie przebiegła grupka dziewczyn, wyśpiewujących, jakąś zagrzewającą do walki piosenkę. Wyminęłam je szybko i ruszyłam po schodach, na górę do mojej auli. Wpadłam do środka przez uchylone drzwi. Ściany tutaj były pomalowane na lekko szary kolor, a po prawej stronie od wejścia wisiała ogromna tablica. Pan Engineering już przygotowywał się do wykładu, a do sali przychodziło coraz więcej uczniów.
Zajęłam swoje stałe miejsce, mniej więcej na środku. Wypakowałam notatnik, długopis oraz telefon. Dostałam kolejną wiadomość.
Zrobiło mi się niedobrze. Nie przypominałam sobie, żebym dawała swój numer jakiemuś zboczeńcowi. Miałam już odpowiedzieć, jakąś ciętą ripostą, gdy zadzwonił dzwonek informujący o rozpoczęciu się zajęć z rysunku technicznego. Wrzuciłam iPhone'a do torby i zabrałam się za robienie notatek. Zależało mi, żeby być dobrze przygotowaną do ostatniego w tym roku kolokwium. Jeśli je zdam, będę mogła spokojnie powiedzieć, że ten rok był udany. Jeśli nie, czeka mnie poprawa w sierpniu, której bardzo nie chciałabym być uczestnikiem. Nie minęło trzydzieści minut, gdy do sali ktoś zapukał, a na auli zrobiło się jeszcze ciszej, niż było zazwyczaj. Miałam wrażenie, że każda osoba wstrzymuje oddech, bo w gruncie rzeczy nie często ktoś nas odwiedzał, podczas wykładów.
Nauczyciel krzyknął lakonicznie 'Proszę' i wszystkie głowy momentalnie zwróciły się w stronę wyjścia. Ja również byłam ciekawa.
- Dzień Dobry - przywitał się dobrze mi znany głos.
Nie musiałam wychylać się i spoglądać kto przyszedł. To był Harry. Bez wątpienia ten głos rozpoznam już wszędzie.
- Dobry - Pan Engineering zmarszczył swoje krzaczaste brwi, widocznie niezadowolony, że ktoś marnuje jego cenny czas.
- Chciałbym zwolnić pannę Hopkins. Rozmawiałem już o tym z dyrektorką - powiedział najbardziej rzeczowym tonem, na jaki było stać nastolatka.
Wszystkie pary oczu zwróciły się w moją stronę. Moja twarz momentalnie przybrała koloru pąsowego, a mi aż zaschło w gardle. Nie chodziło o to, że byłam szczególnie na niego zła, ale czułam się strasznie upokorzona. Chłopaki siedzący za mną zaczęli chichotać, a dziewczyny obgadywały mnie. Pewnie głównie dlatego, że Harry budził ogólny zachwyt wśród większości rówieśników. Co ja gadam ? Wśród większości kobiet. Zastanawiające było to, że zwalnia akurat mnie.
Siedziałam wstrzymując oddech, z nadzieją, że nauczyciel nie pozwoli mnie tak po prostu zabrać z wykładu.
- Dobrze. Hopkins do domu ! - rzucił szybko.
- Grzeczniej do kobiety - warknął Harry, tak przeszywającym głosem, że moje serce na chwilę przestało bić.
Twarz pana Engineering'a przybrała czerwonego koloru. Mierzył chłopaka wzrokiem ślącym pioruny i aż wgniatającym w ziemie. Jakby zaraz miał go rozszarpać na milion kawałków, a facet zbliżony był wiekiem do mojej liczącej siedemdziesiąt lat babci. Czułam się tak potwornie, że już chyba nigdy nie pokarzę się na wykładzie u tego staruszka.
Harry podziękował szybko i wyszliśmy z sali. Nie miałam zamiaru nigdzie z nim iść, więc gdy tylko drzwi się zamknęły oparłam się o ścianę i zmierzyłam chłopaka groźnym spojrzeniem.
- Czemu się tak patrzysz ? - Curly popatrzył na mnie, jakby nie zrobił zupełnie nic złego.
Przymknęłam oczy z nadzieją, że to straszny sen i że zaraz się skończy. Jednak po ponownym ich otwarciu nadal widziałam znienawidzoną przeze mnie postać.
- Odwiozę cię do domu
- Sama potrafię wrócić - prychnęłam i wymijając go, ruszyłam przez opustoszały korytarz.
Harry zachowywał bezpieczną odległość między nami, aż do wyjścia na zewnątrz. Wtedy dopadł do mnie i złapał za nadgarstek. Poczułam, jak jego palce boleśnie wbijają się w moją skórę. Teraz nie byłam już tylko zła, byłam gotowa wymierzyć mu cios w policzek. I może faktycznie bym to zrobiła, ale chłopak był o stopę ode mnie wyższy, a ponad to potężnie zbudowany. Mógłby powalić mnie na ziemie jednym ciosem.
- Puszczaj mnie ! - krzyknęłam, uderzając w jego klatkę piersiową.
Chyba nawet tego nie poczuł, bo uśmiechnął się tylko przebiegle i pociągnął mnie za nadgarstek, wprost do jego samochodu. Uwolnił moją rękę z uścisku dopiero wtedy, gdy musiał poszukać kluczyków od auta.
Nie zastanawiając się ruszyłam pędem w przeciwną stronę.
- To nie był dobry wybór ! - krzyknął za mną.
Nie zwróciłam na to uwagi. Lawirowałam sprawnie między ludźmi, którzy nawet nie zwracali na mnie uwagi, jak to bywa w Nowym Jorku. Biegłam ile sił nogach, dokładając wszelkich starań, aby znaleźć jakąś boczną uliczkę, w której mogłabym się ukryć. Jak na złość, żadnej w pobliżu nie było, a Harry zbliżał się do mnie nie ubłagalnie. Był silniejszy, szybszy i miał dłuższe nogi.
Straciłam całkowitą szansę, na jakąkolwiek ucieczkę, gdy złapał mnie w pasie i przygwoździł do własnego torsu. Miotałam się i szarpałam, ale dało to opłakane efekty.
- Jedziesz ze mną - spojrzał na mnie groźnie i wziął mnie na ręce, jakbym naprawdę nic nie ważyła.
- Och, wal się - szepnęłam, starając się utrzymać między nami, jak największy dystans, co było dosyć trudne zważywszy na to, że mój prawy bok przylegał do jego klatki piersiowej. Moje niezadowolenie sprawiło tylko, że uśmiechnął się z satysfakcją.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz