~Destiny~
08.06.2013 r.
Przeciągnęłam się leniwie, przy okazji zrzucając z łóżka poduszkę. Po krótkiej chwili namysłu stwierdziłam, że nie chcę mi się jej podnosić. W zasadzie niewiele mi się chciało. Wciąż byłam przybita wczorajszym popołudniem, które byłam zmuszona spędzić w towarzystwie pana Styles'a. Miałam ochotę mu wydrapać oczy. Wtedy może by nie był w stanie mnie złapać. Choć tego też do końca nie byłam pewna.
Skrzywiłam się na myśl o kolejnych, nieuniknionych spotkaniach z Harrym, bo o ile zdążyłam zauważyć moje przyjaciółki doskonale dogadywały się z jego współlokatorami. A jeśli mowa już o nich, ciekawe co robiły cały poprzedni wieczór, gdy mnie nie było. Pewnie upijały się na kanapie, oglądając kolejny beznadziejny film puszczany w telewizji.
Po dwudziestu minutach zastanawiania się nad całkiem nieistotnymi kwestiami, wreszcie wstałam z łóżka i ślamazarnym krokiem ruszyłam do łazienki. Dzisiejszego ranka postanowiła nie tracić więcej czasu i udać się na zakupy, gdyż w naszej lodówce nie było nic oprócz coli w puszce. Szybko wzięłam prysznic, zrobiłam makijaż, ubrałam się i uczesałam, tym razem pozostawiając włosy rozpuszczone. Wpakowałam do torby najpotrzebniejsze rzeczy i wciąż myśląc o Harrym, opuściłam pokój.
W salonie znalazłam Demi i Sky, które spały na kanapie, całkowicie nie przejęte tym, że wcześniej przykrywający je koc, leży na podłodze. Przykryłam je z powrotem. Wyraz twarzy Dems przypominał mi osobę, która się oćpała, zaś Skylar wyglądała, jakby śniły jej się najcudowniejsze rzeczy na świecie. Jednym słowem Liam. Zaśmiałam się cicho i ruszyłam do kuchni, tylko po to by wziąć z niej jabłko, które miałam zamiar zjeść w drodze do sklepu.
Postanowiłam, że dzisiaj wyjątkowo zrobię zakupy na Manhattanie, gdyż po wczorajszym dniu potrzebowałam większego kontaktu z ludźmi. Manhattan był tak zapełniony, że na pewno nie mogłam narzekać na brak tłumów za każdym rogiem. Czułam, że jeśli spędzę w towarzystwie Harry'ego jeszcze kilka dni to całkowicie odizoluje się od ludzi. Piętnaście po dziewiątej wsiadłam do metra, które gnało w stronę Central Parku. W środku było duszno i śmierdziało potem, przemieszanym z różnego rodzaju spalinami. Zajęłam miejsce obok na oko dwudziestoletniego chłopaka, z burzą brązowych włosów na głowie, w tym momencie częściowo zasłoniętych przez beani i z idealnie okrągłymi błękitnymi oczami. Był przepiękny. Ubrany w bordową bluzę, czarne rurki i czarne converse, przyciągał mój wzrok, jak magnez.
Chyba zobaczył, że spoglądam w jego stronę, bo uśmiechnął się uroczo ukazując dwa dołeczki.
- Jestem Andrew - wyciągnął do mnie rękę.
- A ja Des - uścisnęłam jego dłoń.
Była wręcz lodowata, choć na dworze wcale nie było tak zimno. Zarumieniłam się lekko, gdy zdałam sobie sprawę, że rozmyślam nad temperaturą jego rąk, gdy on uporczywie się mi przygląda.
- Często podróżujesz sama metrem ? - zapytał, wyjmując z drugiego ucha białą słuchawkę i wsadzając swój telefon do kieszeni spodni.
- W zasadzie tak. Nie mam samochodu - wyjaśniłam - A moje przyjaciółki są do dupy jeśli chodzi o robienie zakupów.
Andrew zaśmiał się cicho, ale chyba zaraz uznał to za niestosowne, bo przestał. Wydawał się rozmyślać nad słowami, które mu powiedziałam. Na chwilę zapanowała między nami cisza, która o dziwo wcale mi nie przeszkadzała. Zazwyczaj irytowało mnie siedzenie w ciszy, już po jakiejś minucie, ale przy tym chłopaku było inaczej.
- Mogę ci potowarzyszyć jeśli chcesz, Destiny - w jego ustach moje imię zabrzmiało jakoś lepiej, niż zazwyczaj.
- Wspaniale - uśmiechnęłam się do niego najszerzej, jak umiałam.
W jednej chwili poczułam się w jego obecności dużo swobodniej, niż w towarzystwie chociażby Niall'a bądź Liam'a. Andrew nie zadawał mi niepotrzebnych pytań, tylko próbował nawiązać kontakt, ale tak po przyjacielsku. Chyba. No i przede wszystkim był przystojny, ale nie podobał mi się, a to była znacząca różnica. Jechaliśmy metrem jeszcze przez trzy minuty, a potem oboje wysiedliśmy na stacji obok Time Warner Center. Andrew przepuścił mnie w przejściu, uśmiechając się przy tym. Miałam dziką ochotę na rzucenie się na niego i utonięcie w jego ramionach, ale stwierdziłam, że wyglądałoby to co najmniej dziwnie.
Tak więc spacerowaliśmy dalej szerokimi chodnikami, by dość do najbliższego sklepu spożywczego. Na dworze było dużo chłodniej niż wczoraj. Ulice były maksymalnie zatłoczone, ale ja lubiłam natłok. Z chęcią przeprowadziłabym się tutaj, gdyby nie kosmiczne ceny apartamentów. Kiedyś rozmyślałam nad zakupieniem namiotu i spaniem w Central Parku, jednak to nie wydawała się być kusząca propozycja. Tym bardziej z moim wstrętem do wszelkiego rodzaju robactwa.
Moje dość ambitne przemyślenia przerwał nagły ruch chłopaka, który zerwał mi z głowy czapkę, a na zamianę dał swoje beani. Oba nakrycia głowy były identyczne.
- Tak lepiej - stwierdził, zakładając beani - Załóż moją - zachęcił, na co ochoczo pokiwałam głową.
Zdawało mi się, że zrobiłam to z przesadną chęcią malującą się na mojej twarzy.
- Myślę, że wyglądam w niej lepiej niż ty - popatrzyłam na chłopaka z dołu. On też był ode mnie dużo wyższy - Powinieneś dać mi ją na stałe.
- Jest twoja, ale tej już nie odzyskasz - wskazał na swoją głową.
Jakoś szczególnie mi to nie przeszkadzało. Pewnie dla postronnego obserwatora wyglądał w niej milion razy lepiej, niż ja. Śmiejąc się weszliśmy do sklepu. Zakupy nie trwały więcej niż trzydzieści minut, po których od ciągłego uśmiechu aż rozbolała mnie szczęka. Andrew nie chciał się ze mną jeszcze rozstawać, więc zaproponowałam spacer wokół stawu w Central Parku.
Przez wielkie konary drzew przelewały się na alejkę promienie słoneczne. Dokładnie widziałam ostrą zarysowaną szczękę szatyna. Idealnie wystające kości policzkowe i długie rzęsy rzucające częściowo cień na jego policzki. Musiał mieć w sobie coś z bóstwa. Niemożliwym było, żeby normalna osoba była tak piękna.
- Wiesz co ? - popatrzył na mnie swoimi niebieskimi oczami - Dzisiaj koncert gra Bradford Bad Boy. Przyjechał aż z Anglii. Może weź swoich znajomych i przyjdź. Planowałem się tam wybrać z przyjaciółmi - zaproponował, a na jego policzkach wykwitły dwa rumieńce.
- Daj mi swój numer telefonu, to się jeszcze odezwę - powiedziałam, wyciągając z torby iPhone'a i wręczając go Andrew, by mógł wpisać cholernie ważny dla mnie rząd cyferek.
Po chwili zrobiłam to samo na jego telefonie. Rozmawialiśmy jeszcze kilka minut, gdy z oddali zobaczyłam biegnącego Harry'ego. Na początku nie chciałam w to uwierzyć, ale to musiał być on. Nikt inny nie posiadał takich loków, jak ON. Pożegnałam się szybko z chłopakiem, tłumacząc się czekającymi na mnie wykładami i jak najszybciej skręciłam w prawo, by uniknąć Styles'a. Nie wiem czy on mnie śledził, czy przypadkiem pojawiał się w tych samych miejscach co ja, ale im mniej z nim gadałam tym lepiej.
Odwróciłam się przez ramię, by zobaczyć czy chłopak wciąż biega po zachodniej alejce, ale go już tam nie było. Odetchnęłam z ulgą i z powrotem się odwróciłam, napotykając na drodze Harry'ego. Zaklęłam pod nosem. Niemożliwe było, żeby dobiegł tutaj aż tak szybko. Chyba, że postanowił skrócić sobie drogę biegnąc przez trawę, między drzewami.
- Cześć, słońce - przywitał się, zatrzymując się tylko kilka centymetrów ode mnie.
Chłopak był bez bluzki, a na jego umięśnionym torsie, przyozdobionym tatuażami, błyszczały kropelki potu. Znów czułam się zdominowana wzrostem szatyna, jednak on zdawał się tego nie zauważać, bo nie odsunął się ani o krok.
- Czego chcesz ? - spytałam oschle, unosząc wzrok do góry.
- Czemu jesteś nie miła ? A ja się tak o ciebie troszczę.
- Raczej mnie śledzisz - wtrąciłam, a moja twarz całkowicie pokryła się rumieńcem.
Nie lubiłam się Harry'emu wcinać w słowo, bądź nie zgadzać się z tym co mówi. Zawsze wtedy jego wzrok był karcący. Jakbym była pięcioletnim dzieckiem. Jednak tym razem patrzył się na mnie z zainteresowaniem, uśmiechając się lekko. Jego oczy stały się całkowicie ciemne, a ręce spoczęły na moich biodrach.
- Nie śledzę cię. Za to ty zaskakującą często jesteś na Manhattanie. Zakochałaś się, skarbie ? - zacmokał cicho.
Czułam się co najmniej niekomfortowo w tej sytuacji. Próbowałam nie zatrzymywać wzroku na torsie chłopaka i na jego pełnych ustach, w które mimo wszystko uwielbiałam się wpatrywać, ale to okazało się przynajmniej trudne. Tym bardziej, gdy nachylił głowę tak, że gdybym tylko drgnęła, z pewnością doszło by do pocałunku.
- Daj mi spokój - załkałam cicho, patrząc się na górującego nade mną Harry'ego.
- Chciałbym - westchnął - ale jesteś tak piękna - dotknął moich włosów, jakby były z jedwabiu lub równie delikatnego materiału - Zobaczymy się jeszcze - pocałował mnie w czoło i szybko się odsunął, odbiegając w przeciwną stronę.
Skrzywiłam się na myśl o kolejnych, nieuniknionych spotkaniach z Harrym, bo o ile zdążyłam zauważyć moje przyjaciółki doskonale dogadywały się z jego współlokatorami. A jeśli mowa już o nich, ciekawe co robiły cały poprzedni wieczór, gdy mnie nie było. Pewnie upijały się na kanapie, oglądając kolejny beznadziejny film puszczany w telewizji.
Po dwudziestu minutach zastanawiania się nad całkiem nieistotnymi kwestiami, wreszcie wstałam z łóżka i ślamazarnym krokiem ruszyłam do łazienki. Dzisiejszego ranka postanowiła nie tracić więcej czasu i udać się na zakupy, gdyż w naszej lodówce nie było nic oprócz coli w puszce. Szybko wzięłam prysznic, zrobiłam makijaż, ubrałam się i uczesałam, tym razem pozostawiając włosy rozpuszczone. Wpakowałam do torby najpotrzebniejsze rzeczy i wciąż myśląc o Harrym, opuściłam pokój.
W salonie znalazłam Demi i Sky, które spały na kanapie, całkowicie nie przejęte tym, że wcześniej przykrywający je koc, leży na podłodze. Przykryłam je z powrotem. Wyraz twarzy Dems przypominał mi osobę, która się oćpała, zaś Skylar wyglądała, jakby śniły jej się najcudowniejsze rzeczy na świecie. Jednym słowem Liam. Zaśmiałam się cicho i ruszyłam do kuchni, tylko po to by wziąć z niej jabłko, które miałam zamiar zjeść w drodze do sklepu.
Postanowiłam, że dzisiaj wyjątkowo zrobię zakupy na Manhattanie, gdyż po wczorajszym dniu potrzebowałam większego kontaktu z ludźmi. Manhattan był tak zapełniony, że na pewno nie mogłam narzekać na brak tłumów za każdym rogiem. Czułam, że jeśli spędzę w towarzystwie Harry'ego jeszcze kilka dni to całkowicie odizoluje się od ludzi. Piętnaście po dziewiątej wsiadłam do metra, które gnało w stronę Central Parku. W środku było duszno i śmierdziało potem, przemieszanym z różnego rodzaju spalinami. Zajęłam miejsce obok na oko dwudziestoletniego chłopaka, z burzą brązowych włosów na głowie, w tym momencie częściowo zasłoniętych przez beani i z idealnie okrągłymi błękitnymi oczami. Był przepiękny. Ubrany w bordową bluzę, czarne rurki i czarne converse, przyciągał mój wzrok, jak magnez.
Chyba zobaczył, że spoglądam w jego stronę, bo uśmiechnął się uroczo ukazując dwa dołeczki.
- Jestem Andrew - wyciągnął do mnie rękę.
- A ja Des - uścisnęłam jego dłoń.
Była wręcz lodowata, choć na dworze wcale nie było tak zimno. Zarumieniłam się lekko, gdy zdałam sobie sprawę, że rozmyślam nad temperaturą jego rąk, gdy on uporczywie się mi przygląda.
- Często podróżujesz sama metrem ? - zapytał, wyjmując z drugiego ucha białą słuchawkę i wsadzając swój telefon do kieszeni spodni.
- W zasadzie tak. Nie mam samochodu - wyjaśniłam - A moje przyjaciółki są do dupy jeśli chodzi o robienie zakupów.
Andrew zaśmiał się cicho, ale chyba zaraz uznał to za niestosowne, bo przestał. Wydawał się rozmyślać nad słowami, które mu powiedziałam. Na chwilę zapanowała między nami cisza, która o dziwo wcale mi nie przeszkadzała. Zazwyczaj irytowało mnie siedzenie w ciszy, już po jakiejś minucie, ale przy tym chłopaku było inaczej.
- Mogę ci potowarzyszyć jeśli chcesz, Destiny - w jego ustach moje imię zabrzmiało jakoś lepiej, niż zazwyczaj.
- Wspaniale - uśmiechnęłam się do niego najszerzej, jak umiałam.
W jednej chwili poczułam się w jego obecności dużo swobodniej, niż w towarzystwie chociażby Niall'a bądź Liam'a. Andrew nie zadawał mi niepotrzebnych pytań, tylko próbował nawiązać kontakt, ale tak po przyjacielsku. Chyba. No i przede wszystkim był przystojny, ale nie podobał mi się, a to była znacząca różnica. Jechaliśmy metrem jeszcze przez trzy minuty, a potem oboje wysiedliśmy na stacji obok Time Warner Center. Andrew przepuścił mnie w przejściu, uśmiechając się przy tym. Miałam dziką ochotę na rzucenie się na niego i utonięcie w jego ramionach, ale stwierdziłam, że wyglądałoby to co najmniej dziwnie.
Tak więc spacerowaliśmy dalej szerokimi chodnikami, by dość do najbliższego sklepu spożywczego. Na dworze było dużo chłodniej niż wczoraj. Ulice były maksymalnie zatłoczone, ale ja lubiłam natłok. Z chęcią przeprowadziłabym się tutaj, gdyby nie kosmiczne ceny apartamentów. Kiedyś rozmyślałam nad zakupieniem namiotu i spaniem w Central Parku, jednak to nie wydawała się być kusząca propozycja. Tym bardziej z moim wstrętem do wszelkiego rodzaju robactwa.
Moje dość ambitne przemyślenia przerwał nagły ruch chłopaka, który zerwał mi z głowy czapkę, a na zamianę dał swoje beani. Oba nakrycia głowy były identyczne.
- Tak lepiej - stwierdził, zakładając beani - Załóż moją - zachęcił, na co ochoczo pokiwałam głową.
Zdawało mi się, że zrobiłam to z przesadną chęcią malującą się na mojej twarzy.
- Myślę, że wyglądam w niej lepiej niż ty - popatrzyłam na chłopaka z dołu. On też był ode mnie dużo wyższy - Powinieneś dać mi ją na stałe.
- Jest twoja, ale tej już nie odzyskasz - wskazał na swoją głową.
Jakoś szczególnie mi to nie przeszkadzało. Pewnie dla postronnego obserwatora wyglądał w niej milion razy lepiej, niż ja. Śmiejąc się weszliśmy do sklepu. Zakupy nie trwały więcej niż trzydzieści minut, po których od ciągłego uśmiechu aż rozbolała mnie szczęka. Andrew nie chciał się ze mną jeszcze rozstawać, więc zaproponowałam spacer wokół stawu w Central Parku.
Przez wielkie konary drzew przelewały się na alejkę promienie słoneczne. Dokładnie widziałam ostrą zarysowaną szczękę szatyna. Idealnie wystające kości policzkowe i długie rzęsy rzucające częściowo cień na jego policzki. Musiał mieć w sobie coś z bóstwa. Niemożliwym było, żeby normalna osoba była tak piękna.
- Wiesz co ? - popatrzył na mnie swoimi niebieskimi oczami - Dzisiaj koncert gra Bradford Bad Boy. Przyjechał aż z Anglii. Może weź swoich znajomych i przyjdź. Planowałem się tam wybrać z przyjaciółmi - zaproponował, a na jego policzkach wykwitły dwa rumieńce.
- Daj mi swój numer telefonu, to się jeszcze odezwę - powiedziałam, wyciągając z torby iPhone'a i wręczając go Andrew, by mógł wpisać cholernie ważny dla mnie rząd cyferek.
Po chwili zrobiłam to samo na jego telefonie. Rozmawialiśmy jeszcze kilka minut, gdy z oddali zobaczyłam biegnącego Harry'ego. Na początku nie chciałam w to uwierzyć, ale to musiał być on. Nikt inny nie posiadał takich loków, jak ON. Pożegnałam się szybko z chłopakiem, tłumacząc się czekającymi na mnie wykładami i jak najszybciej skręciłam w prawo, by uniknąć Styles'a. Nie wiem czy on mnie śledził, czy przypadkiem pojawiał się w tych samych miejscach co ja, ale im mniej z nim gadałam tym lepiej.
Odwróciłam się przez ramię, by zobaczyć czy chłopak wciąż biega po zachodniej alejce, ale go już tam nie było. Odetchnęłam z ulgą i z powrotem się odwróciłam, napotykając na drodze Harry'ego. Zaklęłam pod nosem. Niemożliwe było, żeby dobiegł tutaj aż tak szybko. Chyba, że postanowił skrócić sobie drogę biegnąc przez trawę, między drzewami.
- Cześć, słońce - przywitał się, zatrzymując się tylko kilka centymetrów ode mnie.
Chłopak był bez bluzki, a na jego umięśnionym torsie, przyozdobionym tatuażami, błyszczały kropelki potu. Znów czułam się zdominowana wzrostem szatyna, jednak on zdawał się tego nie zauważać, bo nie odsunął się ani o krok.
- Czego chcesz ? - spytałam oschle, unosząc wzrok do góry.
- Czemu jesteś nie miła ? A ja się tak o ciebie troszczę.
- Raczej mnie śledzisz - wtrąciłam, a moja twarz całkowicie pokryła się rumieńcem.
Nie lubiłam się Harry'emu wcinać w słowo, bądź nie zgadzać się z tym co mówi. Zawsze wtedy jego wzrok był karcący. Jakbym była pięcioletnim dzieckiem. Jednak tym razem patrzył się na mnie z zainteresowaniem, uśmiechając się lekko. Jego oczy stały się całkowicie ciemne, a ręce spoczęły na moich biodrach.
- Nie śledzę cię. Za to ty zaskakującą często jesteś na Manhattanie. Zakochałaś się, skarbie ? - zacmokał cicho.
Czułam się co najmniej niekomfortowo w tej sytuacji. Próbowałam nie zatrzymywać wzroku na torsie chłopaka i na jego pełnych ustach, w które mimo wszystko uwielbiałam się wpatrywać, ale to okazało się przynajmniej trudne. Tym bardziej, gdy nachylił głowę tak, że gdybym tylko drgnęła, z pewnością doszło by do pocałunku.
- Daj mi spokój - załkałam cicho, patrząc się na górującego nade mną Harry'ego.
- Chciałbym - westchnął - ale jesteś tak piękna - dotknął moich włosów, jakby były z jedwabiu lub równie delikatnego materiału - Zobaczymy się jeszcze - pocałował mnie w czoło i szybko się odsunął, odbiegając w przeciwną stronę.
***
Po powrocie na Brooklyn wszystkie moje zmysły starały się skupić na czym innym, niż rozpamiętywaniu dotyku, głosu, uśmiechu Harry'ego, jednak to okazało się być strasznie trudne. Bo choćbym nie wiem, jak się starała myślałam o tym chłopaku w kręconych włosach. Myślałam o tym wszystkim co było w nim idealne, a nawet o tych irytujących mnie rzeczach. Tęskniłam za jego widokiem, ale nie zachowaniem.
Żeby choć na chwilę zająć się czymś innym, wyjęłam z torby telefon i napisałam esemesa do Sky. Co prawda droga do domu nie zajmie mi więcej, niż dziesięć minut, ale wolałam, żeby już zaczęła przygotowywać się na koncert.
Skręciłam w pierwszą na lewo uliczkę i dalej pędziłam do domu. W powietrzu czuć było stęchliznę, spaliny i śmieciowe żarcie z knajpy obok. Mój żołądek fiknął koziołka. Jak najszybciej chciałam się wydostać z tamtej uliczki i znaleźć się w bardziej cywilizowanym miejscu. Już kilka minut później otwierałam drzwi mieszkania, z którego już na klatce słychać było głośną muzykę. Uśmiechnęłam się pod nosem. Zadziwiające było, że naszym sąsiadom to nigdy nie przeszkadzało. Przynajmniej się nie skarżyli.
Zdjęłam buty wspomagając się palcami u stóp i szybkim krokiem ruszyłam do pokoju Skylar.
- Hej - przywitała mnie z ogromnym uśmiechem malującym się na jej twarzy - Własnie wróciłam z pracy. A co tam u ciebie ? - spytała, zarzucając włosy na jedno ramie.
- Koszmarnie. Harry to idiota - zrobiłam minę nadąsanego dziecka i rzuciłam się na jej łóżko.
- To niedobrze - dziewczyna odwróciła się do mnie plecami, nie chcąc patrzeć mi prosto w oczy - Po chłopaki też idą na ten koncert.
- Kurwa - zaklęłam głośno i wyszłam z pokoju.
Miałam ochotę resztę popołudnia spędzić pod kołdrą.



