czwartek, 11 lipca 2013

Chapter VII

~Destiny~
08.06.2013 r.

Przeciągnęłam się leniwie, przy okazji zrzucając z łóżka poduszkę. Po krótkiej chwili namysłu stwierdziłam, że nie chcę mi się jej podnosić. W zasadzie niewiele mi się chciało. Wciąż byłam przybita wczorajszym popołudniem, które byłam zmuszona spędzić w towarzystwie pana Styles'a. Miałam ochotę mu wydrapać oczy. Wtedy może by nie był w stanie mnie złapać. Choć tego też do końca nie byłam pewna.
Skrzywiłam się na myśl o kolejnych, nieuniknionych spotkaniach z Harrym, bo o ile zdążyłam zauważyć moje przyjaciółki doskonale dogadywały się z jego współlokatorami. A jeśli mowa już o nich, ciekawe co robiły cały poprzedni wieczór, gdy mnie nie było. Pewnie upijały się na kanapie, oglądając kolejny beznadziejny film puszczany w telewizji.
Po dwudziestu minutach zastanawiania się nad całkiem nieistotnymi kwestiami, wreszcie wstałam z łóżka i ślamazarnym krokiem ruszyłam do łazienki. Dzisiejszego ranka postanowiła nie tracić więcej czasu i udać się na zakupy, gdyż w naszej lodówce nie było nic oprócz coli w puszce. Szybko wzięłam prysznic, zrobiłam makijaż, ubrałam się i uczesałam, tym razem pozostawiając włosy rozpuszczone. Wpakowałam do torby najpotrzebniejsze rzeczy i wciąż myśląc o Harrym, opuściłam pokój.
W salonie znalazłam Demi i Sky, które spały na kanapie, całkowicie nie przejęte tym, że wcześniej przykrywający je koc, leży na podłodze. Przykryłam je z powrotem. Wyraz twarzy Dems przypominał mi osobę, która się oćpała, zaś Skylar wyglądała, jakby śniły jej się najcudowniejsze rzeczy na świecie. Jednym słowem Liam. Zaśmiałam się cicho i ruszyłam do kuchni, tylko po to by wziąć z niej jabłko, które miałam zamiar zjeść w drodze do sklepu.
Postanowiłam, że dzisiaj wyjątkowo zrobię zakupy na Manhattanie, gdyż po wczorajszym dniu potrzebowałam większego kontaktu z ludźmi. Manhattan był tak zapełniony, że na pewno nie mogłam narzekać na brak tłumów za każdym rogiem. Czułam, że jeśli spędzę w towarzystwie Harry'ego jeszcze kilka dni to całkowicie odizoluje się od ludzi. Piętnaście po dziewiątej wsiadłam do metra, które gnało w stronę Central Parku. W środku było duszno i śmierdziało potem, przemieszanym z różnego rodzaju spalinami. Zajęłam miejsce obok na oko dwudziestoletniego chłopaka, z burzą brązowych włosów na głowie, w tym momencie częściowo zasłoniętych przez beani i z idealnie okrągłymi błękitnymi oczami. Był przepiękny. Ubrany w bordową bluzę, czarne rurki i czarne converse, przyciągał mój wzrok, jak magnez.
Chyba zobaczył, że spoglądam w jego stronę, bo uśmiechnął się uroczo ukazując dwa dołeczki.
- Jestem Andrew - wyciągnął do mnie rękę.
- A ja Des - uścisnęłam jego dłoń.
Była wręcz lodowata, choć na dworze wcale nie było tak zimno. Zarumieniłam się lekko, gdy zdałam sobie sprawę, że rozmyślam nad temperaturą jego rąk, gdy on uporczywie się mi przygląda.
- Często podróżujesz sama metrem ? - zapytał, wyjmując z drugiego ucha białą słuchawkę i wsadzając swój telefon do kieszeni spodni.
- W zasadzie tak. Nie mam samochodu - wyjaśniłam - A moje przyjaciółki są do dupy jeśli chodzi o robienie zakupów.
Andrew zaśmiał się cicho, ale chyba zaraz uznał to za niestosowne, bo przestał. Wydawał się rozmyślać nad słowami, które mu powiedziałam. Na chwilę zapanowała między nami cisza, która o dziwo wcale mi nie przeszkadzała. Zazwyczaj irytowało mnie siedzenie w ciszy, już po jakiejś minucie, ale przy tym chłopaku było inaczej.
- Mogę ci potowarzyszyć jeśli chcesz, Destiny - w jego ustach moje imię zabrzmiało jakoś lepiej, niż zazwyczaj.
- Wspaniale - uśmiechnęłam się do niego najszerzej, jak umiałam.
W jednej chwili poczułam się w jego obecności dużo swobodniej, niż w towarzystwie chociażby Niall'a bądź Liam'a. Andrew nie zadawał mi niepotrzebnych pytań, tylko próbował nawiązać kontakt, ale tak po przyjacielsku. Chyba. No i przede wszystkim był przystojny, ale nie podobał mi się, a to była znacząca różnica. Jechaliśmy metrem jeszcze przez trzy minuty, a potem oboje wysiedliśmy na stacji obok Time Warner Center. Andrew przepuścił mnie w przejściu, uśmiechając się przy tym. Miałam dziką ochotę na rzucenie się na niego i utonięcie w jego ramionach, ale stwierdziłam, że wyglądałoby to co najmniej dziwnie.
Tak więc spacerowaliśmy dalej szerokimi chodnikami, by dość do najbliższego sklepu spożywczego. Na dworze było dużo chłodniej niż wczoraj. Ulice były maksymalnie zatłoczone, ale ja lubiłam natłok. Z chęcią przeprowadziłabym się tutaj, gdyby nie kosmiczne ceny apartamentów. Kiedyś rozmyślałam nad zakupieniem namiotu i spaniem w Central Parku, jednak to nie wydawała się być kusząca propozycja. Tym bardziej z moim wstrętem do wszelkiego rodzaju robactwa.
Moje dość ambitne przemyślenia przerwał nagły ruch chłopaka, który zerwał mi z głowy czapkę, a na zamianę dał swoje beani. Oba nakrycia głowy były identyczne.
- Tak lepiej - stwierdził, zakładając beani - Załóż moją - zachęcił, na co ochoczo pokiwałam głową.
Zdawało mi się, że zrobiłam to z przesadną chęcią malującą się na mojej twarzy.
- Myślę, że wyglądam w niej lepiej niż ty - popatrzyłam na chłopaka z dołu. On też był ode mnie dużo wyższy - Powinieneś dać mi ją na stałe.
- Jest twoja, ale tej już nie odzyskasz - wskazał na swoją głową.
Jakoś szczególnie mi to nie przeszkadzało. Pewnie dla postronnego obserwatora wyglądał w niej milion razy lepiej, niż ja. Śmiejąc się weszliśmy do sklepu. Zakupy nie trwały więcej niż trzydzieści minut, po których od ciągłego uśmiechu aż rozbolała mnie szczęka. Andrew nie chciał się ze mną jeszcze rozstawać, więc zaproponowałam spacer wokół stawu w Central Parku.
Przez wielkie konary drzew przelewały się na alejkę promienie słoneczne. Dokładnie widziałam ostrą zarysowaną szczękę szatyna. Idealnie wystające kości policzkowe i długie rzęsy rzucające częściowo cień na jego policzki. Musiał mieć w sobie coś z bóstwa. Niemożliwym było, żeby normalna osoba była tak piękna.
- Wiesz co ? - popatrzył na mnie swoimi niebieskimi oczami - Dzisiaj koncert gra Bradford Bad Boy. Przyjechał aż z Anglii. Może weź swoich znajomych i przyjdź. Planowałem się tam wybrać z przyjaciółmi - zaproponował, a na jego policzkach wykwitły dwa rumieńce.
- Daj mi swój numer telefonu, to się jeszcze odezwę - powiedziałam, wyciągając z torby iPhone'a i wręczając go Andrew, by mógł wpisać cholernie ważny dla mnie rząd cyferek.
Po chwili zrobiłam to samo na jego telefonie. Rozmawialiśmy jeszcze kilka minut, gdy z oddali zobaczyłam biegnącego Harry'ego. Na początku nie chciałam w to uwierzyć, ale to musiał być on. Nikt inny nie posiadał takich loków, jak ON. Pożegnałam się szybko z chłopakiem, tłumacząc się czekającymi na mnie wykładami i jak najszybciej skręciłam w prawo, by uniknąć Styles'a.  Nie wiem czy on mnie śledził, czy przypadkiem pojawiał się w tych samych miejscach co ja, ale im mniej z nim gadałam tym lepiej.
Odwróciłam się przez ramię, by zobaczyć czy chłopak wciąż biega po zachodniej alejce, ale go już tam nie było. Odetchnęłam z ulgą i z powrotem się odwróciłam, napotykając na drodze Harry'ego. Zaklęłam pod nosem. Niemożliwe było, żeby dobiegł tutaj aż tak szybko. Chyba, że postanowił skrócić sobie drogę biegnąc przez trawę, między drzewami.
- Cześć, słońce - przywitał się, zatrzymując się tylko kilka centymetrów ode mnie.
Chłopak był bez bluzki, a na jego umięśnionym torsie, przyozdobionym tatuażami, błyszczały kropelki potu. Znów czułam się zdominowana wzrostem szatyna, jednak on zdawał się tego nie zauważać, bo nie odsunął się ani o krok.
- Czego chcesz ? - spytałam oschle, unosząc wzrok do góry.
- Czemu jesteś nie miła ? A ja się tak o ciebie troszczę.
- Raczej mnie śledzisz - wtrąciłam, a moja twarz całkowicie pokryła się rumieńcem.
Nie lubiłam się Harry'emu wcinać w słowo, bądź nie zgadzać się z tym co mówi. Zawsze wtedy jego wzrok był karcący. Jakbym była pięcioletnim dzieckiem. Jednak tym razem patrzył się na mnie z zainteresowaniem, uśmiechając się lekko. Jego oczy stały się całkowicie ciemne, a ręce spoczęły na moich biodrach.
- Nie śledzę cię. Za to ty zaskakującą często jesteś na Manhattanie. Zakochałaś się, skarbie ? - zacmokał cicho.
Czułam się co najmniej niekomfortowo w tej sytuacji. Próbowałam nie zatrzymywać wzroku na torsie chłopaka i na jego pełnych ustach, w które mimo wszystko uwielbiałam się wpatrywać, ale to okazało się przynajmniej trudne. Tym bardziej, gdy nachylił głowę tak, że gdybym tylko drgnęła, z pewnością doszło by do pocałunku.
- Daj mi spokój - załkałam cicho, patrząc się na górującego nade mną Harry'ego.
- Chciałbym - westchnął - ale jesteś tak piękna - dotknął moich włosów, jakby były z jedwabiu lub równie delikatnego materiału - Zobaczymy się jeszcze - pocałował mnie w czoło i szybko się odsunął, odbiegając w przeciwną stronę.
***
Po powrocie na Brooklyn wszystkie moje zmysły starały się skupić na czym innym, niż rozpamiętywaniu dotyku, głosu, uśmiechu Harry'ego, jednak to okazało się być strasznie trudne. Bo choćbym nie wiem, jak się starała myślałam o tym chłopaku w kręconych włosach. Myślałam o tym wszystkim co było w nim idealne, a nawet o tych irytujących mnie rzeczach. Tęskniłam za jego widokiem, ale nie zachowaniem. 
Żeby choć na chwilę zająć się czymś innym, wyjęłam z torby telefon i napisałam esemesa do Sky. Co prawda droga do domu nie zajmie mi więcej, niż dziesięć minut, ale wolałam, żeby już zaczęła przygotowywać się na koncert. 

Skręciłam w pierwszą na lewo uliczkę i dalej pędziłam do domu. W powietrzu czuć było stęchliznę, spaliny i śmieciowe żarcie z knajpy obok. Mój żołądek fiknął koziołka. Jak najszybciej chciałam się wydostać z tamtej uliczki i znaleźć się w bardziej cywilizowanym miejscu. Już kilka minut później otwierałam drzwi mieszkania, z którego już na klatce słychać było głośną muzykę. Uśmiechnęłam się pod nosem. Zadziwiające było, że naszym sąsiadom to nigdy nie przeszkadzało. Przynajmniej się nie skarżyli. 
Zdjęłam buty wspomagając się palcami u stóp i szybkim krokiem ruszyłam do pokoju Skylar. 
- Hej - przywitała mnie z ogromnym uśmiechem malującym się na jej twarzy - Własnie wróciłam z pracy. A co tam u ciebie ? - spytała, zarzucając włosy na jedno ramie. 
- Koszmarnie. Harry to idiota - zrobiłam minę nadąsanego dziecka i rzuciłam się na jej łóżko. 
- To niedobrze - dziewczyna odwróciła się do mnie plecami, nie chcąc patrzeć mi prosto w oczy - Po chłopaki też idą na ten koncert. 
- Kurwa - zaklęłam głośno i wyszłam z pokoju. 
Miałam ochotę resztę popołudnia spędzić pod kołdrą.  

wtorek, 9 lipca 2013

Chapter VI

~Skylar~
07.06.2013 r.

Uśmiechnęłam się pod nosem, gdy dźwięk mojego laptopa poinformował mnie o tym, że Liam przysłał do mnie jakąś wiadomość. Nie chciało mi się przechodzić na balkon, ponieważ byłam w trakcie robienia sobie jakiegoś śniadania. Demi nadal spała. Zaczynałam się o nią martwić. Na imprezie chyba ostro przeholowała. Każda z nas była podkręcona, ale to Demi ledwo żyła. W zamyśleniu przerzuciłam naleśnika na drugą stronę i spojrzałam z utęsknieniem na laptopa, który nadal stał na stoliku na balkonie. Postanowiłam, że obudzę moją przyjaciółkę i zobaczę jak się czuje. Póki co, nie miałam ciekawszego zajęcia, a uszy aż kuły od ciszy. Otworzyłam szafkę nad zlewem i stanęłam wysoko na palcach, wyciągając szyję. Ja i Destiny miałyśmy zdecydowanie przechlapane. Demi była trochę wyższa od nas, dlatego było jej o wiele łatwiej dostać się, na przykład, do głupiej szafki nad zlewem, w czasie, gdy ja i Des miałyśmy z tym nie lada problem. Sięgnęłam po spory kubek, stojący na półce i opadłam płasko na stopy, żeby nalać do niego wodę. Zrzuciłam jeszcze z rozgrzanej patelni świeże naleśniki. Na początku miałam robić tylko dla siebie, ale po jakimś czasie wpadłam też na to, że być może Demi także będzie głodna. Postanowiłam nie być taka samolubna i usmażyłam jej dwa spore naleśniki. Chwyciłam szklankę i powędrowałam korytarzem do pokoju mojej przyjaciółki. Uchyliłam drzwi po cichu i zauważyłam, że dziewczyna już nie śpi. Miała jednak mocno zmrużone oczy.
-I jak tam się czujesz, imprezowiczko? - zaśmiałam się, ponieważ mimo wszystko sytuacja była komiczna.
-Daj spokój. Chyba przegięłam - przyjaciółka przyznała ze skruchą. Wzruszyłam ramionami. Nie był to ani pierwszy, ani tym bardziej ostatni raz, kiedy któraś z nas była naćpana, albo zalana w trupa.
-Każdy czasem musi się wyluzować - mrugnęłam do niej po przyjacielsku, uśmiechając się szeroko i nachylając się, aby położyć na szafce nocnej przygotowaną wcześniej szklankę z wodą.
-Która jest w ogóle godzina? Nie mam pojęcia gdzie jest mój telefon.
-Jest po czternastej. Des już dawno wyszła na wykłady - poinformowałam, zmierzając w stronę drzwi z zamiarem opuszczenia pomieszczenia. - Aha, a śniadanie stoi na stole.
-Jesteś cudowna - powiedziała Demi i posłała mi całusa. Zaśmiałam się cicho i wyszłam w końcu z jej pokoju.
Powędrowałam do kuchni, gdzie naładowałam do naleśników tyle dżemu wiśniowego, ile tylko się dało. Od czasu do czasu moja mama przysyłała mojego starszego brata, żeby przyniósł mi jedzenie. Co ciekawe, mimo, iż mieszkałam już w tym mieszkaniu od roku to moja mama jeszcze nigdy mnie nie odwiedziła. Szczerze mówiąc to nie miałam z mamą tak dobrego kontaktu jak z rodzeństwem. Szczególnie upodobałam sobie braci, a miałam ich dwóch. Starszy - Jace - był wymarzonym braciszkiem, który zawsze się za mną wstawiał i bronił przed natrętnymi siostrami, a młodszy - William - był chyba moim najlepszym kumplem. Dzielił nas tylko rok, tak więc mieliśmy kontakt doskonały, czego nie mogłam powiedzieć o moich stosunkach z siostrami. W zamyśleniu wkroczyłam na balkon, usiadłam na wiklinowym leżaku i sięgnęłam na stolik po, znowu informującego mnie o nowej wiadomości, laptopa. Otworzyłam okno rozmowy na Facebooku.


Uśmiechnęłam się do ekranu. Tak naprawdę to nie umówiłam się z Liamem co do godziny, ale na mojej twarzy i tak można było zobaczyć tylko czystą radość. Zaczynałam bardzo lubić tego szatyna. Naprawdę wydawał się być idealnym materiałem na kumpla i kompana na nudne wieczory. Przeżuwałam powoli kolejny kęs naleśnika z ulubionym dżemem, który zrobiła jakiś czas wcześniej moja babcia, gdy nagle zadzwonił mój telefon. Odblokowałam go powolnie, przesuwając palcem po dotykowym ekranie iPhone'a.



Wstałam pospiesznie z leżaka i skierowałam się do swojej sypialni. Po drodze zauważyłam, że Demi nie wyszła z pokoju, ale przygotowane przeze mnie naleśniki zniknęły z kuchennego blatu. Czułam satysfakcję przez to, że pomogłam mojej przyjaciółce dojść do stanu używalności. W pokoju przebrałam się pospiesznie z rozciągniętych dresów w coś ładniejszego. Włosy pozostawiłam rozpuszczone tak, żeby mogły mi się układać falami na ramionach. Przed wyjściem z domu założyłam na głowę jeszcze tylko czarną czapkę. Odczekałam chwilę na windę, w której był niesamowity tłok. Tak się składało, że godzina piętnasta była godziną, kiedy wszyscy wracali z pracy, albo jechali na popołudniowe zmiany do swoich zakładów. Windą jechałam dość długo, ponieważ najpierw wjeżdżała ona na samą górę, a dopiero później powoli toczyła się w dół, a ja wysiadałam na parterze. Skierowałam się w stronę wyjścia. Wśród natłoku samochodów ustawionych na chodniku znalazłam czarnego Jeepa, którego pożyczył mi ostatnio Jace. Jemu auto było niepotrzebne, a mi ułatwiało poruszanie się po mieście. Usadowiłam się wygodnie na siedzeniu kierowcy i odpaliłam. Kolejka na ulicy była spora, więc musiałam chwilę odczekać. Byłam jednak cierpliwa. Mieszkałam w Nowym Jorku całe życie i nie wyobrażałam sobie, żeby na ulicy nie było korków, żeby ludzie nie przechodzili jak kaczki przez środek ulicy zamiast znaleźć pasy. Mimo wszystko kochałam to miasto i chciałam tu zostać na zawsze. Podkręciłam korbkę radia, gdy usłyszałam jedną z moich ulubionych piosenek.
*
-Cześć, młody - przelotnie zmierzwiłam włosy mojemu bratu, który uśmiechnął się do mnie szeroko, ukazując rząd równych, bielutkich zębów.
-Dzięki, że przyjechałaś. Miałem dzisiaj rano spinę z rodzicami i chciałem z tobą pogadać - powiedział, nie owijając w bawełnę. Zawsze taki był i za to go lubiłam.
-Mów, co się dzieje, przystojniaku - zaśmiałam się, spoglądając na Willa.
Byłam pewna, że za moim bratem uganiają się dziewczyny. Co prawda nigdy mi tego nie powiedział wprost, ale widziałam co się działo, gdy jeszcze ja uczęszczałam do szkoły. Nie było dziewczyny, która by nie zawiesiła na nim wzroku. Will miał kruczoczarne włosy, które sterczały mu na wszystkie strony. Ciemnobrązowe oczy okalały niesamowicie długie rzęsy. Brwi, choć nigdy nie regulowane, układały się w idealne łuki. Usta były wykrojone tak doskonale, że można by pomyśleć, że mój brat miał kiedyś operację plastyczną. Ubrany w czarne rurki, czerwone conversy i biały t-shirt bez nadruków opierał się swoim szczupłym kolanem o deskę rozdzielczą samochodu i zagryzał pełną wargę w zamyśleniu. W końcu odwrócił się w moją stronę tak, że jego włosy zafalowały i potargały się jeszcze bardziej. Był uroczy i nie dziwiłam się, że tyle dziewczyn za nim szalało.
-Rodzice przeglądali mój komputer - wypalił w końcu.
-To faktycznie nie za fajnie, ale nie można ich winić za to, że się martwią - zauważyłam, podnosząc do góry brwi.
-Problem w tym, że przeczytali tam coś, czego nie powinni nigdy przeczytać - Will coraz bardziej intrygował mnie swoją historią.
-Co konkretnie masz na myśli?
-Dowiedzieli się, że przespałem się z jedną laską - powiedział, w ogóle niezawstydzony swoim wyznaniem. Odwróciłam gwałtownie głowę w jego stronę. Na moich ustach kwitł jednak szeroki, drwiący uśmiech.
-Przeleciałeś kogoś? O matko, Will. Jace taki był zawsze, ale ty?
-Przestań, to serio poważna sprawa - mruknął mój brat lekko poirytowany. Wiedziałam jednak, że nie jest na mnie zły.
-No, ale jest dziewczyna w ciąży, czy coś? - zainteresowałam się. Może ta sprawa była jednak głębsza, niż się spodziewałam.
-No co ty, oszalałaś? Oczywiście, że nie jest, ale rodzice i tak robią dramę - poskarżył się William. Cały czas mierzył mnie spojrzeniem małego, zbitego pieska. Nie musiał nic mówić, bo wiedziałam, o co będzie chciał mnie poprosić.
-No dobrze, zadzwonię wieczorem do mamy i porozmawiam z nią - zapewniłam czarnowłosego, gdy podjechałam już pod nasz ceglany dom, który stanowił zaledwie jedno mieszkanko z całego rzędu czerwonych szeregowców. Brat pocałował mnie przelotnie w policzek i uśmiechnął się. To był chyba najszerszy uśmiech jaki widziałam w całym swoim życiu.
-Dziękuję - powiedział, ale tylko dla formalności. Mrugnęłam do niego w odpowiedzi.
Brat opuścił pospiesznie samochód, odwracając się przy samych drzwiach jeszcze tylko po to, żeby szybko mi pomachać i po chwili zniknąć w mroku za drzwiami.
*
Przekroczyłam próg domu w akompaniamencie wesołych śmiechów, dochodzących z pokoju Demi. Wyraźnie słyszałam trzy głosy. Ściągnęłam buty i powędrowałam w stronę pokoju mojej przyjaciółki. Nie kłopotałam się pukaniem do drzwi, bo wiedziałam, że Demi nie będzie miała nic przeciwko temu, żebym wparowała bez ostrzeżenia. Otworzyłam drzwi jednym, zgrabnym ruchem i już po chwili trzy pary oczu mierzyły mnie od góry do dołu.
-Hej! Przyszliśmy odwiedzić Demi, bo poskarżyła mi się, że nie czuje się najlepiej - powiedział blondyn dość radośnie. Zupełnie tak, jakby nie pamiętał sytuacji, która zaistniała między nami poprzedniej nocy. Zmarszczyłam nos z niesmakiem tak, jakby jego słowa gorzko smakowały. Zauważyłam, że towarzyszący mu Liam wstał, gdy tylko weszłam do pokoju. Od tamtej pory jego ręka cały czas znajdowała się w połowie drogi do uda tak, jakby chciał się ze mną przywitać, ale zabrakłoby mu słów.
-Cześć wam - pomachałam do wszystkich i wycofałam się z pokoju. W razie czego udam, że musiałam zrobić coś do pracy.
Doszłam zaledwie do kuchni, gdy zorientowałam się, że mimo wszystko nie jestem sama. Odwróciłam się na pięcie i po chwili patrzyłam z dołu na Liama, który wpadł na mnie, zaskoczony moim nagłym odwrotem.
-Przepraszam - szepnęłam, czerwieniejąc.
Szatyn odsunął się ode mnie pospiesznie, zapewniając, że nic się nie stało. Postanowiłam być na tyle kulturalna, że zaproponowałam mu coś do picia. Skończyło się na tym, że już po pół godziny siedzieliśmy w salonie na kanapie, sącząc bezalkoholowe drinki. Zastanawialiśmy się nad alkoholem, ale w końcu stwierdziłam, że nie chcę się czuć źle kolejnego dnia, ponieważ z samego rana musiałam wyjść do pracy.
-Widziałem cię dzisiaj z jakimś chłopakiem w samochodzie. Jesteś z nim? - rzucił przelotnie Liam, gdy ja usadzałam się wygodniej na miękkiej kanapie. Jego słowa sprawiły, że omal nie wyplułam na siebie drinka, którego chwilę wcześniej zaczęłam popijać.
-To mój brat - zapewniłam szatyna, a ten spojrzał się na mnie jak na wariatkę.
-Naprawdę? Nie jesteście w ogóle do siebie podobni - zauważył i na początku myślałam, że chodzi mu o to, że ja, w przeciwieństwie do Willa, nie jestem udanym egzemplarzem. Po chwili jednak przypomniałam sobie, że byłam prawie idealną kopią mojego taty, a Will miał w sobie delikatność urody mamy. Kiwnęłam w zamyśleniu głową, zgadzając się ze słowami Liama.
-Will jest bardziej podobny do mamy, a ja do taty. Za to, gdybyś zobaczył mojego drugiego brata... Gdyby nie różny kolor włosów i różnica wzrostu to mogliby nas brać za bliźnięta - powiedziałam, przypominając sobie zabawną historię sprzed kilku lat, kiedy to ciotka, która nas widziała pierwszy raz w życiu, myślała, że jesteśmy bliźniaczym rodzeństwem.
-To ile ty masz tego rodzeństwa? Jak mają na imię? - zapytał Liam, wyraźnie zaciekawiony.
-Will jest rok ode mnie młodszy, Jace ma dwadzieścia lat. Oprócz nich mam dwie siostry. Vivian jest straszną sztywniarą, bo twierdzi, że mając dwadzieścia pięć lat doświadczyła już wszystkiego co możliwe, a Lilou ma dwadzieścia trzy lata i nie interesuje się niczym innym z wyjątkiem drogich ciuchów, na które nawet nie zarabia sama, tylko naciąga swojego narzeczonego - opowiedziałam tak naprawdę w skrócie. Chciałam powiedzieć, jak bardzo nie przepadam za moimi siostrami i co bym zrobiła dla moich braci, ale nie był to odpowiedni czas. Mój rozmówca pokręcił głową w zamyśleniu.
-Ja zawsze chciałem mieć młodszą siostrę, żeby móc się nią opiekować, ale niestety nie mam żadnego rodzeństwa.
-Rodzeństwo to same problemy - pocieszyłam chłopaka, który podniósł głowę wyraźnie rozweselony. Patrzyliśmy się na siebie w ciszy przez dobre dwie minuty, gdy nagle do salonu wparował Niall.
-Stary, powinniśmy się już zwijać. Zaczyna się robić późno, a jeszcze musimy się zorientować, gdzie podziewa się nasz Pan Zły - poinformował blondyn jednym tchem. Liam wstał i uśmiechnął się do mnie. Niall i Demi przeszli do przedsionka, żeby powoli się ubrać w czasie, gdy szatyn podszedł do mnie i cicho zapytał:
-Może się umówimy na spokojnie któregoś dnia? Wiesz, tak we dwoje.
-Jasne, daj znać - zapewniłam z dziką ochotą rozmawiania od wieczora do białego rana z tym niesamowicie miłym, przystojnym szatynem. Chłopak uśmiechnął się do mnie i również powędrował do przedsionka. Szybko się pożegnałam z naszymi gośćmi, trzymając na dystans Nialla, z którym nie miałam ochoty rozmawiać. Zauważyłam, że moja przyjaciółka wpadła blondynowi w oko. Z wzajemnością z resztą. Gdy tylko chłopcy wyszli, udałyśmy się razem z Demi do salonu, gdzie rozsiadłyśmy się wygodnie na kanapie i, przykryte kocem, zaczęłyśmy przerzucać kanały w poszukiwaniu jakiejś łzawej komedii romantycznej. Zaczynało się robić już naprawdę późno, a Destiny nadal była poza domem. Zaczynałam się o nią strasznie martwić. Już miałam wyciągnąć telefon i do niej zadzwonić, gdy usłyszałam trzask frontowych drzwi. Zerwałyśmy się z Demi do pozycji siedzącej, wyciągając szyje. Des weszła do salonu z niemrawą miną, malującą się na jej prześlicznej, dziewczęcej twarzy. Spojrzałam na nią pytająco z nadzieją, że otrzymam jakieś sensowne wyjaśnienia.
-Nienawidzę go - mruknęła tylko moja przyjaciółka i wyszła z salonu, zmierzając ku swojej sypialni. Nawet nie zorientowałam się, kiedy zasnęłam z Demi na kanapie przed telewizorem. 

czwartek, 4 lipca 2013

Chapter V

~Destiny~
07.06.2013 r. 

Wdychałam głośno powietrze, powolnie sącząc już zimną kawę. O dziewiątej rano, na tarasie praktycznie w całości przysłoniętym drzewami, nie było specjalnie ciepło. Opatuliłam się szczelniej starą bluzą mojego brata, którą podkradła przy wyprowadzce z domu. Cieszyłam się ciszą, która przyjemnie koiła moje uszy po wczorajszej imprezie, z której o dziwo pamiętam całkiem dużo. Niestety, pamiętam też rzeczy, które wolałabym, żeby zatonęły w alkoholu, poprzedniej nocy. A szczególnie ten nieznośny chłopak w lokach, który uważał, że potrzebuje jego towarzystwa, choć wcale tak nie było. Oczywiście nie miałabym nic przeciwko, gdyby zatańczył ze mną lub porozmawiał. On jednak wolał obezwładnić mnie przy ścianie i tworzyć kolejne malinki na mojej szyi i obojczykach. Palant.
Odwróciłam się gwałtownie do tyłu, gdy usłyszałam kroki. Jak się okazało stawiała je Sky. Brunetka powolnie przemierzała odległość między nami, w ręku dzierżąc szklankę wody. Jej piżamę tym razem zastąpił dość skąpy szlafrok.
- Jak tam ? - spytałam, gdy opadła na jeden z wiklinowych leżaków.
Skylar pokręciła głową i poczęła rozmasowywać skronie. Postanowiłam nie zadawać już więcej takich pytań. Wygląd dziewczyny nie przywodził na myśl żadnych pozytywnych myśli.
Odłożyłam filiżankę na stolik i wróciłam do kuchni, gdyż na moich nogach pojawiła się już gęsia skórka. Udałam się najpierw do pokoju Demi, która spała, jak zabita, nawet nie zmieniając pozycji od szóstej rano. Z powrotem zamknęłam jej drzwi i ruszyłam do mojej sypialni, w całości skąpanej w promieniach słonecznych. Posiadanie okna od południowej strony i niezasłanianie okien nie było najlepszym pomysłem. Z łoskotem zatrzasnęłam za sobą drzwi. Zlustrowałam cały pokój, który w tym tygodniu nie grzeszył porządkiem. Właściwie nie miałam czasu w nim sprzątać. Większość swojego życia spędzałam na uczelni, bądź w centrum. Siedzenie tutaj i sprzątanie nie wydawało się być kuszącą propozycją.
Podeszłam do biurka, w całości zasypanego opróżnionymi już kubkami i papierami. Otworzyłam dolną szafkę i wyjęłam z niej kilka zeszytów, które wpakowałam do torby. Jeśli miałabym podać definicje koszmaru to z pewnością byłoby to pójście do szkoły, po całej nocy balowania. Miałam ochotę się komuś wyżalić, ale Sky czuła się dużo gorzej niż ja, Dems wyglądała, jakby umarła, a dzwonienie do mamy skończyłoby się dość długim kazaniem.
Zrezygnowana otworzyłam komodę i wyciągnęłam z niej kilka ubrań, które zamierzałam dzisiaj na siebie włożyć. Poszłam odbyć szybki prysznic, umalowałam się, a włosy spięłam w ciasnego kucyka. Kilka minut przed pierwszą byłam gotowa do wyjścia. Chwyciłam jeszcze z łóżka białego iPhone'a, na którego wyświetlaczu widniała wiadomość. Szybko przejechałam palcem po ekranie.


Zmarszczyłam brwi, odczytując esemesa. Postanowiłam skasować go ze skrzynki i nie przejmować się tym. Widocznie ktoś robi sobie głupie żarty albo po prostu ludzie lubią być bardzo natarczywi. Wepchnęłam komórkę do tylnej kieszeni jeansów i poszłam zakomunikować Skylar, że wychodzę. 
Przyjaciółka był już w pełni ubrana i leżała na kanapie z laptopem na brzuchu. 
- Idę na uczelnie - uśmiechnęłam się, przewieszając swoje ciało przez oparcie kanapy. 
Dziewczyna cicho zachichotała i pokiwała tylko głową. Sądzę, że była zbyt zajęta pisaniem z kimś, by zwrócić na mnie uwagę. Podejrzewałam, że jej rozmówcą może być Liam lub Niall. Sporo z nimi rozmawiała zeszłej nocy. A, gdy tylko zostałam z Liam'em sama, dopytywał się o przyjaciółkę, która ze mną przyszła. 
Postanowiłam zastanowić się nad tym później, a póki co pognałam na najbliższą stacje metra i już po czterdziestu minutach kierowałam się z Central Parku w stronę Columbia University oblężonego, jak codziennie przez dziesiątki uczniów, którzy wychodzili w przerwach na papierosa, bądź dopiero przyjeżdżali na uniwersytet. 
Uśmiechnęłam się przyjaźnie do grupki dziewczyn, które niestrudzenie machały w moją stronę. Dostrzegłam tam moją najlepszą koleżankę na uczelni Jane. Była może trochę zbyt słodka, jak na moje standardy, ale gdy się z nią rozmawiało, zachowywała się zupełnie inaczej. Szybkim krokiem ruszyłam do wnętrza budynku. Dopiero tutaj można było dostać oczopląsu. Setki ludzi, a każdy z nich w odmiennym stylu. No może oprócz cheerleaderek, które były jak klony. W przykrótkich spódniczkach i topach ledwo zakrywających biust, obowiązkowo z lwem, jako logiem naszej szkoły. No i oczywiście wszędzie dużo niebieskie koloru, stanowiącego naszą barwę. 
Pokiwała w zamyśleniu głową, gdy koło mnie przebiegła grupka dziewczyn, wyśpiewujących, jakąś zagrzewającą do walki piosenkę. Wyminęłam je szybko i ruszyłam po schodach, na górę do mojej auli. Wpadłam do środka przez uchylone drzwi. Ściany tutaj były pomalowane na lekko szary kolor, a po prawej stronie od wejścia wisiała ogromna tablica. Pan Engineering już przygotowywał się do wykładu, a do sali przychodziło coraz więcej uczniów. 
Zajęłam swoje stałe miejsce, mniej więcej na środku. Wypakowałam notatnik, długopis oraz telefon. Dostałam kolejną wiadomość. 


Zrobiło mi się niedobrze. Nie przypominałam sobie, żebym dawała swój numer jakiemuś zboczeńcowi. Miałam już odpowiedzieć, jakąś ciętą ripostą, gdy zadzwonił dzwonek informujący o rozpoczęciu się zajęć z rysunku technicznego. Wrzuciłam iPhone'a do torby i zabrałam się za robienie notatek. Zależało mi, żeby być dobrze przygotowaną do ostatniego w tym roku kolokwium. Jeśli je zdam, będę mogła spokojnie powiedzieć, że ten rok był udany. Jeśli nie, czeka mnie poprawa w sierpniu, której bardzo nie chciałabym być uczestnikiem. Nie minęło trzydzieści minut, gdy do sali ktoś zapukał, a na auli zrobiło się jeszcze ciszej, niż było zazwyczaj. Miałam wrażenie, że każda osoba wstrzymuje oddech, bo w gruncie rzeczy nie często ktoś nas odwiedzał, podczas wykładów. 
Nauczyciel krzyknął lakonicznie 'Proszę' i wszystkie głowy momentalnie zwróciły się w stronę wyjścia. Ja również byłam ciekawa. 
- Dzień Dobry - przywitał się dobrze mi znany głos. 
Nie musiałam wychylać się i spoglądać kto przyszedł. To był Harry. Bez wątpienia ten głos rozpoznam już wszędzie. 
- Dobry - Pan Engineering zmarszczył swoje krzaczaste brwi, widocznie niezadowolony, że ktoś marnuje jego cenny czas. 
- Chciałbym zwolnić pannę Hopkins. Rozmawiałem już o tym z dyrektorką - powiedział najbardziej rzeczowym tonem, na jaki było stać nastolatka. 
Wszystkie pary oczu zwróciły się w moją stronę. Moja twarz momentalnie przybrała koloru pąsowego, a mi aż zaschło w gardle. Nie chodziło o to, że byłam szczególnie na niego zła, ale czułam się strasznie upokorzona. Chłopaki siedzący za mną zaczęli chichotać, a dziewczyny obgadywały mnie. Pewnie głównie dlatego, że Harry budził ogólny zachwyt wśród większości rówieśników. Co ja gadam ? Wśród większości kobiet. Zastanawiające było to, że zwalnia akurat mnie. 
Siedziałam wstrzymując oddech, z nadzieją, że nauczyciel nie pozwoli mnie tak po prostu zabrać z wykładu. 
- Dobrze. Hopkins do domu ! - rzucił szybko. 
- Grzeczniej do kobiety - warknął Harry, tak przeszywającym głosem, że moje serce na chwilę przestało bić. 
Twarz pana Engineering'a przybrała czerwonego koloru. Mierzył chłopaka wzrokiem ślącym pioruny i aż wgniatającym w ziemie. Jakby zaraz miał go rozszarpać na milion kawałków, a facet zbliżony był wiekiem do mojej liczącej siedemdziesiąt lat babci. Czułam się tak potwornie, że już chyba nigdy nie pokarzę się na wykładzie u tego staruszka. 
Harry podziękował szybko i wyszliśmy z sali. Nie miałam zamiaru nigdzie z nim iść, więc gdy tylko drzwi się zamknęły oparłam się o ścianę i zmierzyłam chłopaka groźnym spojrzeniem. 
- Czemu się tak patrzysz ? - Curly popatrzył na mnie, jakby nie zrobił zupełnie nic złego. 
Przymknęłam oczy z nadzieją, że to straszny sen i że zaraz się skończy. Jednak po ponownym ich otwarciu nadal widziałam znienawidzoną przeze mnie postać. 
- Odwiozę cię do domu 
- Sama potrafię wrócić - prychnęłam i wymijając go, ruszyłam przez opustoszały korytarz. 
Harry zachowywał bezpieczną odległość między nami, aż do wyjścia na zewnątrz. Wtedy dopadł do mnie i złapał za nadgarstek. Poczułam, jak jego palce boleśnie wbijają się w moją skórę. Teraz nie byłam już tylko zła, byłam gotowa wymierzyć mu cios w policzek. I może faktycznie bym to zrobiła, ale chłopak był o stopę ode mnie wyższy, a ponad to potężnie zbudowany. Mógłby powalić mnie na ziemie jednym ciosem. 
- Puszczaj mnie ! - krzyknęłam, uderzając w jego klatkę piersiową. 
Chyba nawet tego nie poczuł, bo uśmiechnął się tylko przebiegle i pociągnął mnie za nadgarstek, wprost do jego samochodu. Uwolnił moją rękę z uścisku dopiero wtedy, gdy musiał poszukać kluczyków od auta. 
Nie zastanawiając się ruszyłam pędem w przeciwną stronę. 
- To nie był dobry wybór ! - krzyknął za mną. 
Nie zwróciłam na to uwagi. Lawirowałam sprawnie między ludźmi, którzy nawet nie zwracali na mnie uwagi, jak to bywa w Nowym Jorku. Biegłam ile sił nogach, dokładając wszelkich starań, aby znaleźć jakąś boczną uliczkę, w której mogłabym się ukryć. Jak na złość, żadnej w pobliżu nie było, a Harry zbliżał się do mnie nie ubłagalnie. Był silniejszy, szybszy i miał dłuższe nogi. 
Straciłam całkowitą szansę, na jakąkolwiek ucieczkę, gdy złapał mnie w pasie i przygwoździł do własnego torsu. Miotałam się i szarpałam, ale dało to opłakane efekty.
- Jedziesz ze mną - spojrzał na mnie groźnie i wziął mnie na ręce, jakbym naprawdę nic nie ważyła. 
- Och, wal się - szepnęłam, starając się utrzymać między nami, jak największy dystans, co było dosyć trudne zważywszy na to, że mój prawy bok przylegał do jego klatki piersiowej. Moje niezadowolenie sprawiło tylko, że uśmiechnął się z satysfakcją. 






środa, 3 lipca 2013

Chapter IV

~Sky~
06.06.2013 r.
Destiny wypadła z pokoju jak poparzona, nie informując mnie nawet o tym, w jakie miejsce się oddala. Pewnie nagle sobie przypomniała, że nie piła alkoholu całe 2-3 minuty. Zaśmiałam się cicho. Prowadziłyśmy naprawdę okropny styl życia. Ostatnim czasem nie było ani dnia, żebyśmy się nie napiły chociaż małego piwka. Było to strasznie zabawne, bo miałam zaledwie 18 lat, a moi rodzice nic nie wiedzieli o tym, że pieniądze, które mi dają każdego tygodnia wędrują, nie na opłaty i utrzymanie, tylko na alkohol i ciuchy. Telefon w mojej dłoni zabrzęczał nieznośnie. Odblokowałam pospiesznie klawiaturę i odczytałam wiadomość.

Wstałam z łóżka i chwiejnym krokiem ruszyłam w stronę drzwi. Otworzyłam je z łoskotem, bo byłam pewna, że na korytarzu nikogo nie będzie. Moje rozczarowanie nie miało granic, gdy zauważyłam parę, która bezwstydnie obmacywała się przy ścianie, nieopodal łazienki. Byłam pewna, że tej samej nocy będą uprawiać seks. To było oczywiste jak dwa razy dwa. Nie spoglądałam na nich długo. Szybkim i już stabilnym krokiem zeszłam po schodach. Następnie zaczęłam się przeciskać przez tłum ludzi. Było to naprawdę nie lada wyzwanie, ponieważ każda z tych osób była potwornie spocona i przy bliższym kontakcie przyklejała się do mnie. Pewnie w każdym innym momencie uznałabym to za obrzydliwe, ale w tamtej sytuacji było mi to obojętne. Byłam na imprezie i do tego cholernie dobrze się bawiłam. Nie doszłam do połowy, gdy ktoś złapał mnie mocno za ramiona. Byłam pewna, że to Niall, więc na mojej twarzy cały czas gościł uśmiech. Jakie było moje zdziwienie, gdy zamiast blondyna ujrzałam wysokiego szatyna w lokach, który mierzył mnie odważnie spojrzeniem.
-Przyszłaś tutaj z Destiny - powiedział chłopak. Zrobił to cicho, ale jego głos był tak głęboki, że przebijał się przez hałas.
-Oznajmiasz mi to, czy mnie pytasz? - odkrzyknęłam w odpowiedzi. Chciałam, żeby szatyn się uśmiechnął, ale zamiast tego posłał mi gardzące spojrzenie.
-Gdzie ona jest? - tym razem wiedziałam, że to pytanie. Wzruszyłam ramionami.
-Nie widziałam jej od pięciu minut - odparłam.
-Nieważne, i tak jesteś pijana - chłopak machnął na mnie ręką i się oddalił. Poczułam się urażona. Może i byłam pijana, ale na pewno nie głupia. Jego idiotyczne teksty były na poziomie pięcioletnich dzieci. Nagle przypomniałam sobie, że Niall potrzebował towarzystwa. Niall potrzebował towarzystwa, a ja chciałam zaspokoić jego potrzebę. Podobał mi się coraz bardziej. Mógłby mnie prosić o cokolwiek, a ja spełniłabym każde jego życzenie. Znów zaczęłam przepychać się przez tłum dobrze bawiących się ludzi aż w końcu znalazłam się przy drzwiach do kuchni. Pociągnęłam je w swoją stronę i wsunęłam się do pomieszczenia. Panował tam półmrok, ale i tak wyraźnie go widziałam. Stał z telefonem w dłoni, a obok niego znajdowały się dwa kieliszki i butelka szampana.
-Minuta spóźnienia - powiedział blondyn, machając telefonem. Podeszłam bliżej niego i ściągnęłam z nóg buty. Zimna posadzka stanowiła ukojenie dla moich zmęczonych wysokim obcasem stóp.
-Ważne, że w ogóle przyszłam, prawda?
-Jasne, że tak - przytaknął Niall i zbliżył się do mnie na kilka kroków. Odchylił moją głowę w bok, żeby spojrzeć na ślad, który mi zostawił. Zmarszczył brwi z niesmakiem.
-Będę miała po tobie świetną pamiątkę - powiedziałam łapiąc go za dłoń, która wędrowała po mojej szyi.
-Proszę cię, zachowałem się jak debil - mruknął i drugą wolną rękę położył na moim biodrze. Momentalnie na mojej skórze pojawiła się gęsia skórka. Nie była to oznaka chłodu, czy lęku. Blondyn sprawiał swoim dotykiem, że zapominałam o świecie. Podobało mi się to. W każdym innym momencie, stwierdziłabym, że znamy się za krótko, ale czy to naprawdę było wtedy istotne? Imprezy miały swoje zasady i nie miałam powodu, żeby się ich nie trzymać. Przymknęłam powieki, gdy Niall przyłożył swoje ciepłe wargi do mojej szyi. Oczekiwałam kolejnej malinki, ale dostałam coś o wiele lepszego. Niebieskooki zaczął znaczyć na mojej szyi ślad pocałunków. Robił to tak delikatnie i idealnie, że przez moje ciało przebiegały kolejne, delikatne i przyjemne dreszcze. Gdy otworzyłam jego oczy, nasze twarze znajdowały się o kilka milimetrów od siebie. Czułam gorący oddech chłopaka na swojej twarzy. Niall całym ciałem napierał na mnie, a ja byłam wdzięczna, że za mną znajduje się blat, ponieważ w każdym momencie mogłam paść z wrażenia. Blondyn dotknął po chwili swoimi drżącymi wargami moich. Wsunął delikatnie język w moje usta. Rozkoszowałam się pięknem tej idealnej chwili, gdy nagle blondyn odsunął się ode mnie. Spojrzałam na niego, czerwieniejąc. Musiałam zrobić coś nie tak, musiałam.
-Nie mogę. Mam kogoś - wypalił Niall, a ja poczułam, że w moich żyłach zaczyna płonąć czysty gniew. Miał dziewczynę i miał czelność obmacywać mnie? Blondyn nie musiał długo czekać na to aż wymierzę mu policzek. Moja ręka wylądowała na jego twarzy z głośnym plaśnięciem. Schyliłam się, aby podnieć buty i wyszłam pospiesznie z kuchni. Wzrokiem ogarnęłam całe mieszkanie, żeby znaleźć wyjście na balkon, bądź taras. Musiałam sobie wszystko przemyśleć. Na początku myślałam, że będę płakać, ale nie robiłam tego. W moich żyłach płonął gniew. Miałam ochotę kupić pistolet i załatwić wszystko jak trzeba. W końcu, wzrokiem, odnalazłam szklane drzwi. Dostanie się do nich nie wymagało ode mnie dotykania tych wszystkich, spoconych ludzi. Po drodze, zabrałam piwo z ręki kolesiowi, który siedział, półżywy już, pod ścianą. Nawet nie protestował. Zamiast tego, odwrócił się na bok i zwymiotował. Ominęłam go czym prędzej i prawie przeskoczyłam próg, żeby znaleźć się na przestronnym tarasie. Przypomniałam sobie, że po drodze widziałam kolesia w lokach, obściskującego się z Des. Szczerze mówiąc trochę mnie to zdziwiło, ale nie chciałam zachowywać się jak stara baba, więc pozwoliłam się bawić im dalej. Wieczorny wiatr smagał nieprzyjemnie moją skórę. Wieczór było jakoś wyjątkowo chłodny. Zimne szpile powietrza wbijały mi się wręcz boleśnie w delikatną skórę. Żeby wygonić z głowy obraz mojego upokorzenia sprzed paru minut, zaczęłam rozmyślać o Destiny. Wiedziałam, że sama z siebie nie pozwoliłaby się tak po prostu obściskiwać obcemu kolesiowi, a tym bardziej sama by się do niego nie przylepiła. Mimo wszystko postanowiłam całe zajście zgonić na zbyt wysoki poziom alkoholu we krwi mojej przyjaciółki. Nie wiem, ile czasu zajęły mi moje rozmyślania, gdy czyjaś dłoń dotknęła moich pleców. Odwróciłam się leniwie do obcego, który mnie zaczepił. Nade mną stał Liam z flaszką wódki w dłoniach.
-Nieudany wieczór? - zagadał, a ja uśmiechnęłam się ponuro.
-Delikatnie mówiąc - przytaknęłam, nadal się uśmiechając, ale bynajmniej nie z radości.
-Mogę więc dotrzymać ci towarzystwa?
-Lepiej siedzieć z kimś niż samemu - zauważyłam bystrze. Liam usiadł na leżaku obok mnie i podał mi butelkę z przezroczystą cieczą w środku. Spojrzał na mnie znacząco. Przystałam na niemą propozycję szatyna i już po chwili sączyłam powoli wódkę. Nie zauważyłam wcześniej nawet kiedy skończyło mi się piwo, które zabrałam ledwo przytomnemu kolesiowi przy drzwiach balkonowych. Nie dbałam o to, ważne, że kolejna porcja alkoholu paliła delikatnie przełyk, drażniła go pieszczotliwymi palcami ognia. Oblizałam usta ze smakiem i oddałam szklaną butelkę mojemu towarzyszowi. Nie rozmawialiśmy już więcej, bo słowa nie były potrzebne. Czuliśmy się dobrze otuleni ciszą. W pewnym momencie przestało mi przeszkadzać nawet to, że na moim ciele pojawiła się gęsia skórka. Liam miał na sobie koszulę w kratę. Rękawy miał podwinięte to połowy przedramienia. Zauważyłam, że on też miał gęsią skórkę. Obydwoje jednak nie myśleliśmy o chłodzie, ponieważ od wewnątrz byliśmy mylnie rozgrzani drażniącą substancją. Od czasu do czasu mierzyłam szatyna spojrzeniem, zezując na niego. Jego profil rysował się zupełnie ciekawie. Miałam ochotę chwycić za ołówek i narysować mojego towarzysza w nocnej poświacie światła mimo, że nigdy nie lubiłam ani tym bardziej nie umiałam rysować. Nie mam pojęcia jak długo tak siedzieliśmy, gdy na tarasie pojawiła się prawie zupełnie trzeźwa Destiny, której na ramieniu wisiała ledwo żywa Dems.
-Myślałam, że w życiu cię nie znajdę. Czerwony alarm, Dems zaraz zejdzie - powiadomiła mnie Des, a ja szybko wstałam z leżaka, dziękując na prędce Liamowi za to, że przez ostatni czas dotrzymywał mi towarzystwa. Podeszłam do moich przyjaciółek, żeby odciążyć częściowo Destiny. Przepchnęłyśmy się wspólnie przez tłum totalnie pijanych i spoconych już ludzi i zdyszane dopadłyśmy w końcu wejścia.
-Zamówiłam taksówkę jakiś czas temu - poinformowała mnie Destiny, sapiąc ciężko ze zmęczenia. Pożegnałyśmy się jeszcze z ochroniarzem i zaczęłyśmy powolną wędrówkę po schodach. Demi była uwieszona na nas i naprawdę nie ważyła mało, zważywszy na to, że obydwie z Destiny prezentowałyśmy się dużo drobniej niż nasza przyjaciółka. Po, zdaje się, całej wieczności dotarłyśmy nareszcie do taksówki. Koleś za kierownicą był rozgadanym Koreańczykiem, który zabawnie przeinaczał język angielski. Mimo to, gdy weszłyśmy do samochodu, powitały nas niezbyt miłe słowa.
-Następnym razem taksówkarz wam odjedzie i będziecie musiały zapieprzać na pieszo, panienki. Nawet tutaj w nocy nie jest do końca bezpiecznie - warknął i znacząco zerknął na nas w lusterku. Wycofałabym się z auta, gdyby nie to, że Demi już nie była praktycznie przytomna. Nie wiedziałam czy się opiła, czy ćpała coś, ale nie było z nią za dobrze. Posadziłyśmy ją z Des na środku, a same usiadłyśmy po bokach. Głowa Dems bezwiednie opadła na moje ramię. Destiny cały czas trzymała naszą przyjaciółkę za dłoń. Droga do domu zajęła nam prawie godzinę i wydałyśmy chyba pół mojej pensji, żeby opłacić taksówkę, ale mieszkanie otwierałyśmy jeszcze przed szóstą rano. Dowlokłyśmy się z Demi do jej pokoju i ułożyłyśmy ją na łóżku, rozbierając ją do bielizny i przykrywając kołdrę. Wiedziałyśmy, że dziewczyna będzie się okropnie czuła kolejnego dnia. Mimo wszystko zrobiło mi się jej szkoda. Na korytarzu Des przytuliła mnie mocno.
-Dziękuję za pomoc, nie wiem co bym zrobiła bez ciebie. Demi dopadła mnie na parkiecie, ale już wtedy ledwo się trzymała.
-Przecież nie musisz mi kilka razy powtarzać, żebym pomogła którejś z was - potwierdziłam to, co było oczywiste. Po krótkim pożegnaniu rozeszłyśmy się do swoich sypialni. Ja sama runęłam na łóżku, nie myjąc się ani nie przebierając. Miałam ochotę przespać resztę życia.