poniedziałek, 19 stycznia 2015

Chapter VI (Arcana)

~Skylar~
04.10.2013 r.
-I co, tak po prostu cię wyrzucili? - Zapytałam z niedowierzaniem.
Moja matka zaczynała przechodzić samą siebie. Jakąś godzinę temu zadzwonił mój telefon. Odebrałam, nie spoglądając nawet na wyświetlacz, co było totalną głupotą, bo równie dobrze mógł dzwonić Liam, a nie mój brat - Will. Spieszyłam przez miasto na spotkanie z Joe, ale czas dla brata znalazłabym zawsze i wszędzie. No i przy okazji okazało się, że w drodze powrotnej będę musiała odwiedzić moją ukochaną rodzicielkę.
-Tak. Stwierdzili, że Lisa nie jest najlepszą osobą dla mnie.
-Masz się gdzie podziać? - Zawsze byłam gotowa przyjąć mojego młodszego brata pod dach.
-Tak, już gadałem z Jacem. - W jego głosie można było wyczuć smutek. - Kurde, głupio mi, że w kółko zwalam się komuś na łeb. - Przyznał szczerze.
-Nie komuś, tylko swojemu rodzeństwu. Przestań, musimy się trzymać razem. - Wyznałam, bo nie dopuszczałam do siebie innej myśli.
Było oczywiste, że ja i dwaj moi bracia byliśmy razem przeciwko rodzicom. I co z tego, że kochaliśmy ich tak samo jak nasze siostry, kiedy to one były tymi cudownymi dziewczynkami, które miały tak cudowne, pełne sukcesów życia?
-Dzięki. - Powiedział Will, po czym rozłączył się.
Być może dlatego, że zgubił zasięg, a może dlatego, że musiał kończyć. Nie wnikałam. Po raz kolejny w ciągu zaledwie kilku miesięcy musiała pomóc mojemu młodszemu bratu i stało się to dla mnie sprawą honoru.
*
Po dłuższym momencie stania w bezruchu przed drzwiami do mojego miejsca pracy, w końcu zdecydowałam się nacisnąć klamkę i pchnąć drzwi. Dzwonek, który był nad nimi zawieszony, zadzwonił przeraźliwe. Rany, mamy XXI wiek, Nowy Jork, jedną z największych metropolii świata, a nad drzwiami do jednego z najbardziej rozpoznawalnych na świecie sklepów wiesza się dzwonki, niczym w sklepie z antykami, gdzieś na obrzeżach Tennessee. Przez chwilę pomyślałam, że nawet się zaśmieję z mojego skojarzenia, ale już po krótkim czasie przypomniało mi się, po co przyszłam do River Island w dzień, w który miałam wolne. Za kasą stał James, od którego się wyprowadziłam zaledwie kilka dni wcześniej, i który nadal umawiał się ze znienawidzoną przeze mnie Aubrey. Podeszłam do blatu, przez który planowałam się nonszalancko przewiesić. Niestety, mój wzrost nie pozwolił mi na to.
-Hej, Jamie. - Prawie, że krzyknęłam, bo byłam pewna, że chłopak nie zauważył mojego pojawienia się, co zdawało się potwierdzić już chwilę później, bo podniósł wzrok i odskoczył od kasy, jakby porażony prądem.
-Siema! Co tam? - Zagaił, ale wyczułam, że średnio go to interesuje, bo przerwałam mu w pracy. Postanowiłam przejść do sedna sprawy.
-Szukam Joe. Jest może gdzieś na sklepie? - Szczerze mówiąc liczyłam na to, że znajdę go między półkami, bo średnio miałam ochotę na konfrontację za sklepem, na starym głośniku.
-Był tutaj jakieś pięć minut temu i mówił, że postoi przy przymierzalni, bo już znudził mu się magazyn. - James zaśmiał się, a ja mu zawtórowałam.
Zaczynaliśmy wszyscy doceniać naszą szefową, bo w sumie dawała nam sporo wolności, o ile przychodziliśmy do pracy zawsze punktualnie. No i dodatkowo, co miesiąc mogliśmy sobie wybrać jakąś rzecz ze sklepu, co było na rękę, szczególnie damskiej części personelu.
-Dzięki wielkie. - Posłałam przyjacielowi całusa nad blatem, na co ten znowu się zaśmiał.
Boże, jak cudownie było mieszkać z nim przez cały ten czas, gdy zerwałam z Liamem, a Destiny szlajała się gdzieś po sąsiednich (i nie tylko) stanach. Ruszyłam czym prędzej w stronę przymierzalni, co nie było łatwe, bo tego dnia po River Island kręciło się sporo ludzi. Cóż, być może dlatego, że była końcówka wyprzedaży letniej kolekcji, a byliśmy jednym z niewielu sklepów, który tak długo wyprzedawał swój towar. Po przejściu całego sklepu, w końcu dotarłam do przymierzalni i aż musiałam się zatrzymać, żeby z daleka ocenić, jak doskonale tego dnia wyglądał Joe. Nie byłam w nim zakochana, ale jego atutów trudno było nie dostrzec. Właśnie pomagał jakiejś dziewczynie w wyborze sukienki. Żwawo gestykulował umięśnioną, opaloną ręką i śmiał się głośno. Aż zrobiło mi się cieplej na sercu, gdy zobaczyłam jego szeroki, jasny uśmiech. Dziewczyna wydawała się być nim oczarowana, ale on po prostu odwalał swoją robotę. Powoli zaczynałam rozumieć, dlaczego nasza szefowa postanowiła dać mu szansę. Był miły, przystojny, inteligenty, a w dodatku miał doskonałe podejście do klienta. Byłam niemal pewna, że tak sobie owinie tą młodą dziewczynę wokół palca, że bez mrugnięcia kupi wszystko, co chłopak podsunie jej pod nos. Gdyby nie to, że nadal uważałam, że to Liam jest mi pisany, to pewnie rzuciłabym się niejednokrotnie w ramiona mojego kolegi z pracy. Otrząsnęłam się szybko z zamyślenia i w kilku susach pokonałam odległość, dzielącą mnie od miejsca, w którym stał Joe. Po cichu liczyłam na to, że go przestraszę i doprowadzę do palpitacji serca, ale zdawało się, że chłopak ma oczy z tyłu głowy.
-Cześć, mała. - Przywitał mnie całusem w policzek.
Byłam mu strasznie wdzięczna za to, że uznał naszą jednorazową przygodę za zwykłą, miłą odskocznie od szarej codzienności i nie traktował mnie jak cholernej, bezmózgiej desperatki, która zraniona rzuca się na każdego faceta, który znajduje się w pobliżu.
-Możemy chwilę pogadać?
-Jasne, z tobą zawsze. - Mrugnął do mnie i uśmiechnął się zawadiacko.
Po chwili kiwnął ręką na Chloe, która dostała za zadanie pełnić jego rolę przy młodej dziewczynie aż do jego powrotu. Murzynka nie byłaby sobą, gdyby nie próbowała mnie wgnieść w ziemię swoim spojrzeniem. Rany, dlaczego ona nie lubiła mnie aż tak? Przecież to nie ja chodziłam z Jamesem, ani też z Joe, a o naszej przygodzie nie wiedziała na sto procent. Przeszliśmy z Joe między półkami na tył sklepu. Odmówiłam wejścia poza budynek, bo wiedziałam, że mogę ulec chwilowej słabości, a to by oznaczało, że gdzieś w głębi serca przekreśliłam Liama. Postanowiłam od razu przejść do sedna sprawy.
-Słuchaj, Joe. To co się wtedy stało...
-Wiem, nie wziąłem tego do siebie, spoko. - Kolejny uśmiech rozjaśnił jego przystojną twarz.
-Nie chcę wyjść na taką, która bawi się facetami, bo nie jestem taka. - Przyznałam szczerze, mając nadzieję, że nie brzmi to tak, jakbym się z czegoś tłumaczyła, choć może po części to właśnie to robiłam.
-Wiem to. Jesteś po prostu przepiękną, zranioną dziewczyną. Ale rozumiem to i nie uważam, żebyś się mną zabawiła czy coś. Spokojnie, żyjemy w XXI wieku, kochanie. - Te słowa sprawiły, że lekko zadrżałam, ale postanowiłam olać reakcję mojego ciała. To był tylko Joe!
-Dziękuję. - Szepnęłam i przytuliłam się do niego. Znowu usłyszałam koło swojego ucha śmiech.
-Nie ma sprawy. To jak, przyjaciele? - Wystawił w moją stronę dłoń zwiniętą w pięść. Przybiłam żółwika.
-Przyjaciele. - Potwierdziłam z zapałem. Znowu się roześmiał.
*
Zadzwoniłam domofonem już kolejny raz. Ten dźwięk zawsze mnie denerwował, ale tym razem sprawił, że moje zęby niemal zgrzytały. Nie wiem, czy moja rodzicielka postanowiła mi nie otwierać, czy co, ale stałam tam już jakieś 10 minut i czekałam aż ktoś łaskawie odbierze. W samochodzie, zaparkowanym przy krawężniku czekała na mnie Destiny. W końcu, może po dwudziestej próbie, usłyszałam po drugiej stronie stłumiony głos.
-Tak?
-Mamo, to ja, Skylar. Wpuść mnie. - Starałam się nie zabrzmieć błagalnie.
-Nie masz tutaj czego szukać. - Myślałam, że się przesłyszałam, ale stuknięcie po drugiej stronie wyprowadziło mnie z błędu. Mama odłożyła słuchawkę domofonu.
-Niech cię szlag! - Wydarłam się w stronę okien, prowadzących do naszej kuchni.
Nienawidziłam jej. Jak dla mnie mogła zniknąć z powierzchni ziemi. Ale gdzie w tym wszystkim był mój tata?
*
Tłum ludzi parł w stronę wejścia do klubu. Czy ta impreza naprawdę była aż tak ważna dla tych wszystkich ludzi? Pan Zły szedł z przodu i torował nam drogę. W wyrazie jego twarzy musiało być coś wzbudzającego respekt, bo nikt nawet nie jęknął. Wszyscy usuwali się posłusznie z drogi, zupełnie tak, jakby Harry miał jakieś specjalne moce i sam ich rozsuwał na boki. Zmierzaliśmy do tego samego klubu, w którym bawiliśmy się parę miesięcy wcześniej na koncercie. Wtedy wszystko wyglądało inaczej. Demi i Niall byli sobie zupełnie obcy, a w tamtym momencie byli zaręczeni. Wtedy ja i Liam byliśmy w sobie prawie zakochani, teraz szliśmy obok siebie w milczeniu. Cóż, odbyliśmy parę poważnych rozmów, ale mimo chęci, płynących z obydwu stron, po prostu nadal był za wcześnie na jakiekolwiek postępy w naszej znajomości. Poza tym, po konfrontacji z Joe, coraz mniej miałam ochotę na towarzystwo Liama. Weszliśmy do lokalu, który uderzył nas swoją intensywnością. Ściany wydawały się drżeć od mocy basu, a w powietrzu unosiła się mgła, co było totalną głupotą, bo był to tylko dym papierosowy. Prawie każda mijająca nas osoba była spocona, albo już ledwie żywa. Normalnie zdenerwowałoby mnie to, że jestem przepychana od jednej śmierdzącej osoby do drugiej, ale doskonała znajomość tego miejsca, w którym nie byłam już tak długi czas, kazała mi się cieszyć z tego, że jestem tam, bawię się z moimi przyjaciółmi, a w szczególności z Destiny, która uśmiechała się, podnosząc do góry wzrok, cała i zdrowa. Muzyka zdawała się tym razem ogłuszać w przyjemny sposób. Wtuliłam się w nią, jak w coś doskonale mi znanego, choć był to utwór, który słyszałam po raz pierwszy w życiu. Wreszcie poczułam się znowu szczęśliwa. Chwyciłam za rękę Des, która z lekkim ociąganiem podążyła za mną na parkiet. Tańczyłyśmy tak może cztery piosenki, po czym moja przyjaciółka stwierdziła, że musi się napić. Ja nie bardzo miałam ochotę na jakikolwiek napój, więc postanowiłam wyjść, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. Był to doskonały pomysł, ponieważ, gdy tylko przekroczyłam próg klubu, znowu moje myśli się rozjaśniły. Mimo, że nie wypiłam żadnego drinka, to od rana chodziłam jakaś zakręcona. Na dodatek zdenerwowała mnie ta sytuacja z moją matką. Westchnęłam głęboko, opuszczając ręce wzdłuż tułowia.
-Pamiętasz to miejsce? - Usłyszałam za sobą cichy, doskonale znany mi głos. Odwróciłam się na pięcie.
-Nie za bardzo. - Skłamałam bez mrugnięcia okiem.
-Tutaj się przywitaliśmy podczas poprzedniej imprezy. - Liam zamyślił się głęboko.
-I co z tego? - Zapytałam chłodno, a mój ton wyrwał Liama z jakiegoś innego świata.
Wzruszył tylko ramionami.
-Wracam do środka. Ty też niedługo wróć, bo wszyscy się będą martwić.
Powiedział wszyscy. Nie powiedział, że on się będzie martwić. A więc to było oficjalne. Liam Payne miał mnie w dupie. Byłam dla niego tak samo nieznajomą i obojętną osobą, jaką byłam na przykład w kwietniu. Nie znaczyłam kompletnie nic.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz