czwartek, 17 kwietnia 2014

Chapter III (Arcana)

~Destiny~
16.09.2013 r. 

Dochodziła piąta rano, gdy Harry zaparkował samochód koło stacji benzynowej. Słońce dopiero wschodziło, barwiąc niebo na różne odcienie różu i czerwieni. Napawałam się chwilę tym widokiem, wreszcie znajdując coś pięknego w życiu. Coś, co choć na chwilę pozwoliło myśleć o czym innym niż UCIECZKA. Słowo ucieczka i bezpieczeństwo były dla mnie tak drażniące, że Harry dostał oficjalny zakaz wypowiadania ich. Choć zakaz ten nie był za bardzo potrzebny, gdyż przez całą siedemnastogodzinną podróż prawie nie rozmawialiśmy. Pomijając lakoniczne odpowiedzi. Nie miałam właściwie pojęcia gdzie jesteśmy tym razem. Wahałam się między Tennessee, a Kentucky, wnioskując po piaszczystych terenach po obu stronach autostrady. Było też zdecydowanie cieplej. Mimo klimatyzacji czułam, że mój szary t-shirt jest przepocony. W samochodzie pachniało mieszanką kawy i taniego dezodorantu. Zaczynało mi się kręcić w głowie od tego zapachu. 
- Chcesz coś zjeść zanim dojedziemy do Louisville ? - Chłopak zajrzał prze okno, po tym jak zatankował samochód. 
Pokiwałam głową, w duchu przybijając sobie piątkę za świetną znajomość geografii. Louisville przecież było w Kentucky. Harry wzruszył ramionami i poszedł zapłacić za paliwo. W zasadzie nie miałam powodów, by się na niego złości. Sama zdecydowałam się na ucieczkę, możliwe, że przez resztę mojego życia, ale trochę minie za nim przyzwyczaję się do ciągłej jazdy. I do braku Sky i Demi. Na nich zależało mi chyba najbardziej. Zastanawiałam się czasami, co one robią w tym czasie. Pewnie Skylar spędza najlepsze chwilę swojego życia u boku Liama, a Demi z pełną mocą planuje ślub. Może chodzą do salonu sukien ślubnych. Znając życie, dobrze się bawią. Zawsze dobrze się bawiłyśmy we trzy. Moje rozmyślenia przerwał Harry, który wparował do samochodu, napychając sobie buzię hot-dogiem, w drugiej ręce dzierżąc jakiś napój energetyczny. Wyglądał, jakby nie jadł od tygodnia, w rzeczywistości minęło tylko kilka godzin od ostatniego posiłku. Odwróciłam od niego wzrok, bo widok człowieka jedzącego w tym smrodzie po prostu mnie obrzydzał. Harry jeszcze chwilę spożywał mega tłusty posiłek, po czym z sykiem otworzył puszkę. 
- Możesz się pospieszyć ? - spytałam zirytowana. 
W czasie, gdy ścigał nas jeden z najniebezpieczniejszych gangsterów w Nowym Jorku, on postanowił sobie urządzić piknik. 
- Spokojnie, skarbie - zaśmiał się, odkładając napój. Zaraz potem przekręcił kluczyk w stacyjce. - Złość piękności szkodzi. - Szturchnął mnie zaczepnie łokciem. 
Już miałam odpowiadać mu kuksańcem, ale w ostateczności stwierdziłam, że to no i tak nie przyniosłoby większych efektów. 
- Śmierć też. - Przygryzłam wargę i wpatrzyłam się w widok zza szybą. 
Z daleka widać było metropolię Louisville. Nigdy wcześniej tutaj nie byłam, mówiąc szczerze. W ogóle rzadko kiedy ruszałam się poza Nowy Jork. Uśmiech Harry'ego zbladł, a sam chłopak nagle spochmurniał. Potrafiłam zepsuć humor nie tylko sobie. 
- Nie umrzesz. - stwierdził, jednak jego ton kazał mi myśleć, że nie jest zbyt pewny siebie. - Kocham cię. 
- To mnie nie ocali. - burknęłam. 
Wiem, że w tym momencie nie byłam najmilszą osobą, ale zmęczenie dawało się we znaki. To musiało być zmęczenie, bo całkowicie zignorowałam jego wyznanie miłości. 
- Ale ja cię ocalę. - zerknął na mnie, a potem wbił wzrok w jezdnie. 
*
Minęły dwie godziny nim znaleźliśmy się w samym centrum Louisville. Z trudem poruszaliśmy się po zakorkowanym mieście. Zważając na to, że było kilka minut po ósmej, a większość osób spieszyła do pracy, główna ulica była prawie nieprzejezdna. Oczywiście Harry znał jakieś skróty i poruszał się z taką łatwością, jakby mieszkał tutaj od dawna. Naprawdę, już nie miałam ochoty zastanawiać się skąd on to wszystko wiedział, kiedy był tutaj ostatni raz i tego typu podobne. Pewnie na koniec i tak zbyłby mnie jakimś słabym tekstem. Jak robił to niezmiennie od kilkunastu godzin. Zupełnie przestałam się tym przejmować, gdy samochód zatrzymał się pod wieżowcem, całkowicie ignorując znak informujący o zakazie. Przewróciłam oczami. Nie zdziwiłabym się, gdyby z policją też miał układy. Chłopak wyskoczył z auta i go okrążył, następnie otwierając moje drzwi. Zignorowałam jego przyjacielsko wyciągniętą rękę i wyszłam bez pomocy. Miałam gdzieś te uprzejmości. Ruszyłam za Harry'm, który w błyskawicznym tempie pokonywał odległość między chodnikiem, a wejściem do budynku. Na moje dwa kroki przypadał jego jeden, więc musiałam nieźle przebierać nogami, by nie zostać w tyle. Pan Zły przywitał się z ochroniarzem po imieniu i skierował się do wind. Jak zwykle, nie zostałam uraczona żadnymi wyjaśnieniami gdzie jesteśmy i co właściwie robimy. Szłam z naburmuszoną miną, trzymając ręce ciasno przy tułowiu i maskując powstałe plamy potu. Tutaj było naprawdę strasznie gorąco. W metalowym pudle, które miało zawieść nas na wyższe piętro nie było nikogo. Pewnie panowałaby przeszywająca cisza, gdyby nie denna piosenka, puszczana w kółko i męcząca pewnie większość mieszkańców. Przejrzałam się w lustrze, ale zaraz potem odwróciłam wzrok udając, że wcale nie było takiego incydentu. Wyglądałam, jak siedem nieszczęść z potarganymi włosami, przepoconym podkoszulku i z podkrążonymi oczami. Przez chwilę zrobiło mi się głupio, że w ogóle pokazuje się Harry'emu w takim stanie, ale on zdawał się zupełnie nie zwracać na mnie uwagi. Nawet, jakbym wyglądała, niczym jeden z aniołków Victoria's Secret. Typowy dźwięk oznajmił nam, że już jesteśmy na upragnionym piętrze. Wygramoliłam się za chłopakiem, ledwo powłócząc nogami. Prawdę mówiąc, byłam cholernie głodna, ale nie miałam ochoty na śmieciowe jedzenie ze stacji benzynowej. W końcu doszliśmy do pokoju numer 505, z metalową tabliczką na drzwiach. Do tej pory nie zwracałam szczególnej uwagi na otoczenie w jakim się znajduje, ale było to zupełne przeciwieństwo motelu w Newport. Tutaj wszystko, od framug, przez ramy luster, aż do klamek było wykonane ze złota. Ewentualnie czegoś szlachetnego. Czułam, że nie pasuje do tego otoczenia. Harry zapukał, po czym szybko opuścił rękę wzdłuż tułowia. Po serii stuknięć i dziwnych odgłosów po drugiej stronie wreszcie otworzyła nam niska blondynka, z warkoczem zawiązanym na jednym ramieniu.
- Leah, zajmij się Des. Idę porozmawiać z Dany'm.- Chłopak wręcz wepchnął mnie do pokoju i w błyskawicznym tempie odszedł w drugą stronę.
Nawet nie zdążyłam się spytać kim właściwie jest Dany i ile czasu tutaj spędzimy. Przełknęłam głośno ślinę, gdy wcześniej wspomniana dziewczyna zamknęła drzwi i odwróciła się do mnie. Ciaśniej opatuliła się szlafrokiem w kwiatowy wzór i uśmiechnęła się szeroko. Mogła mieć najwyżej dwadzieścia lat.
- To ty jesteś ta Destiny. - powiedziała, przypatrując mi się uważnie.
Już miałam zwrócić jej uwagę, że to niegrzeczne tak mierzyć swojego rozmówcę wzrokiem, ale w ostateczności zrezygnowałam z tego pomysłu.
- Co oznacza 'ta' Destiny ? - spytałam, zakładając ręce na klatce piersiowej.
Starałam się, aby mój wzrok wyrażał zastanowienie, pomieszane z wyższością. Jednak Leah po prostu wzruszyła ramionami i podeszła do dużej, białej komody z pozłacanymi rączkami. Wyjęła ręcznik i podała mi go.
- Harry często o tobie opowiada. - wyznała. Od razu nasunęło mi się pytanie, kiedy ona ostatni raz rozmawiała z Harry'm i dlaczego właściwie chłopak nic mi nie mówi o swoich przyjaźniach międzystanowych.- Masz szczęście. Przyjaźnie się z Harrym od dawien dawna i uwierz mi, że to naprawdę dobry chłopak. Choć zdarza mu się czasem przeholować - opowiadała, wpychając w moje ręce coraz to nowe kosmetyki i ubrania, których pewnie miałam użyć. - Zawsze twierdził, że znajdzie dziewczynę, która będzie tylko jego. Że on ją sobie wybierze. - nawijała dalej, choć nawet ją o to nie poprosiłam.
W zasadzie mogłaby skończyć już po pierwszym zdaniu, bo no i tak reszta opowieści mnie nie interesowała. Mogłam się spodziewać, że Harry od zawsze był egoistycznym dupkiem, który traktował dziewczyny, jak przedmioty, które można mieć na własność. Mimo wszystko przytakiwałam głową, nie chcąc wyjść na niemiłą. Rzadko kiedy ktoś tak się otwiera prze nieznajomymi.
- I to ja zawsze chciałam nią być. - skończyła wreszcie, a ja jakbym oprzytomniałam. Spojrzałam się na nią zdziwiona, nie wiedząc właściwie, jak brzmiała wcześniejsza część jej wypowiedzi. Odpuściłam sobie pytanie ją o to, gdy odezwała się po krótkiej chwili milczenia. - Tu jest łazienka. Możesz wziąć prysznic i takie tam, bo jemu no i tak pewnie trochę zejdzie.
Pokiwałam ze zrozumieniem głową, ignorując to co robi w tym momencie ten zachłanny pajac. Zamknęłam się za białymi drzwiami i mało co nie padłam z wrażenia na widok ogromnej toalety, gdzie blaty były z marmuru, a prysznic był tak wielki, że spokojnie mogłabym w nim tańczyć. Przez chwilę przeszło mi przez myśl, że z kranu leci płynne złoto, ale szybko pokręciłam głową, odganiając tą głupią myśl. Zdjęłam z siebie przepocone rzeczy i rzuciłam w kąt pomieszczenia. Szybko załatwiłam czynności związane z myciem zębów i zmywaniem makijażu, gdyż Leah dostarczyła mi naprawdę wszystkich potrzebnych środków. Na koniec wzięłam prysznic, napawając się wonią kwiatowego żelu. Czułam, że moje ciało się relaksuje, przez co i ja byłam w lepszym nastroju. Na koniec wcisnęłam na siebie piżamę, z trochę za krótkimi nogawkami. Przeczuwałam, że była to własność dziewczyny, którą właśnie mi pożyczyła. Wiedziałam również, że wyglądał, jak idiotka lub dziecko, które wyrosło już ze swojego stroju. Wyszłam z toalety, a moją skórę przeszedł dreszcz. Leah właśnie w tym momencie postanowiła przewietrzyć sypialnie. Jednak widząc moją reakcje, szybko wyskoczyła z łóżka, rzucając na szafkę nocną magazyn o modzie i zamknęła okno.
- Przepraszam. Lubię przebywać w wywietrzonym pokoju. - wyjaśniła, uśmiechając się szeroko.
Mimo tego, że była dopiero dziewiąta rano, byłam tak zmęczona, że nie byłam w stanie odwzajemnić jej gestów. Po prostu z utęsknieniem wpatrywałam się w łóżko, które wyglądało na niezwykle wygodne, zaściełane białą narzutą i kilkunastoma poduszkami w odcieniach beżu, złota i bieli. Nie spałam dobrze chyba od miesiąca. Dziewczyna, jakby widząc mój wzrok, który tylko błagał o chwilę snu, zrzuciła narzutę z łóżka i złożyła ją starannie na fotelu.
 - Jest do twojej dyspozycji. - powiedziała, zgaszając lampkę nocną, która z niewiadomych przyczyn się paliła. - Jakbyś czegoś potrzebowała, będę w pokoju obok. - wyjaśniła i opuściła sypialnie.
Byłam jej za to niezmiernie wdzięczna.
~Harry~

Oparłem się o blat, patrząc z wyrzutem na Dany'ego. Byłem cholernie zmęczony, a rozmowa z tym pieprzonym idiotom wcale mi nie pomagała. Mężczyzna w skórzanej kurtce i przetartych dżinsach, z kucykiem związanym na karku, zbliżający się do czterdziestki, mierzył mnie uważnie wzrokiem. 
- Ja rozumiem, Styles. Ty zawsze byłeś zdrowo pierdolnięty, ale żeby wciągać w to dziewczynę. - warknął, z hiszpańskim akcentem. 
Wzruszyłem ramionami, uznając, że to będzie lepsze niż nawrzucanie mu od najgorszych. Tym bardziej, że dzisiaj wyjątkowo działał mi na nerwy. 
- A co miałem zrobić ? Zostawić ją w Nowym Jorku ? - spytałem, zamaszyście gestykulując rękami. 
Spojrzał się na mnie, jak na dziecko, które nic nie rozumie. Bardzo nie lubiłem tego wzroku. 
- Najlepiej by było, gdybyś nigdy się z nią nie wiązał. Jeśli się w kimś zakochasz, to musisz brać za niego odpowiedzialność, stary. Romans z nią był twoim błędem. Miłość była twoim błędem. - stwierdził rzeczowym tonem, pocierając swoją szorstką brodę. 
- A co z tobą i twoją córką ? Kochasz Leah i też zrobiłbyś dla niej wszystko. 
Dany wyglądał, jakby poważnie analizował w głowie to co mu powiedziałem. Miałem nadzieje, że coś dojdzie do tego starego, pustego łba i pozwoli nam tutaj zostać. Przynajmniej na kilka nocy. 
- Wracając do tematu, możesz tutaj zostać, ale jak cokolwiek stanie się Leah'i to osobiście sprzedam cię Quincey'owi. - zagroził, wskazując na mnie oskarżycielsko palcem. 
Nareszcie. Miałem dość tej dyskusji i w ogóle kontaktu z ludźmi. Potrzebowałem tylko Destiny i tylko ona się dla mnie teraz liczyła. A raczej to czy jest bezpieczna. Kurwa, tak bardzo nie chciałem doprowadzać mojego życia do takiego stanu, a to właśnie zrobiłem. Rzuciłem krótkie 'Na razie' Dany'owi i wróciłem do pokoju, w którym zostawiłem Des. W środku było ciemno, co było spowodowane głównie zasłoniętymi roletami. Dziewczyna spałam na małżeńskim łóżku, oddychając miarowo. Ściągnąłem z siebie spodnie i przerzuciłem koszulkę przez głowę. Nie dbałem o to, gdzie zostawiłem swoje ubrania. Najdelikatniej, jak umiałem wszedłem pod kołdrę i opatuliłem drobne ciało Destiny ramionami, zamykając ją w szczelnym uścisku. Zadrżała. 
- Jesteś tylko moja. 






















wtorek, 1 kwietnia 2014

Chapter II (Arcana)

~Skylar~
16.09.2013r.

Pchnęłam ciężkie masywne drzwi, angażując w tę czynność wszystkie możliwe mięśnie mojego ciała. Kawał metalu ustąpił dopiero po dłuższej przepychance. Postanowiłam nawet ich nie zamykać, żeby za parę minut nie musieć znowu się z nimi siłować. Usiadłam na popsutym głośniku tak, że moje nogi zwisały bezwiednie po obydwu stronach. Wyciągnęłam paczkę papierosów mentolowych i wsadziłam pierwszego lepszego do moich ust, zapalając go przy głośnym akompaniamencie pstryknięcia zapalniczki, który zdawał się rozrywać ciszę. Zakasłałam głośno, gdy niepożądany dym wtargnął do moich ust. Zaciągnęłam się ponownie, głęboko. Od jakiegoś czasu byłam trochę nerwowa i popadałam w nałogi, ale moje postępowanie mogłam uznać za zupełnie uzasadnione. No bo co innego może robić człowiek, który odkrył, że był oszukiwany i na dodatek nie ma się gdzie podziać, bo mieszkanie wieje pustkami? Każdy, kto by postawił się w mojej sytuacji, przyznałby, że popadanie w nałogi to jeszcze zupełnie nie najgorsza sprawa. Bardzo chciałam cieszyć się chwilą samotności, ale zauważyłam Jamesa, który przeciskał się w szparze między drzwiami. Cóż, być może nie chciało mu się zaczynać przepychanki z tym żelastwem. Chłopak spoglądał na mnie oskarżycielsko, gdy wyrzuciłam peta za siebie i poprawiłam miękkie włosy, lejące się kaskadami na moje ramiona i piersi.
-Palisz - powiedział to takim tonem, jakby był matką, która przyłapała dziecko na jakimś okropnym czynie.
-Popalam - poprawiłam go, schodząc z głośnika.
-Widzę co się z tobą  dzieję. Mieszkasz ze mną - przypomniał, a we mnie nie wiadomo dlaczego zawrzał gniew.
Być może uznałam to za sposób wypomnienia mi tego i pozbycia się mnie ze swojego mieszkania? W normalnej sytuacji nie dziwiłabym się Jamesowi, ale wtedy wymagałam towarzystwa, przyjaźni i po prostu, po ludzku - współczucia. Nie żebym nie dostawała tego od blondyna, ale jego tekst mimo wszystko mnie zirytował. Odwróciłam się gwałtownie w jego stronę.
-Spoko. Wieczorem mnie tam już nie będzie - uśmiechnęłam się przymilnie i ruszyłam z powrotem do budynku.
Nie miałam ochoty słuchać jego umoralniających tekstów o tym jak to papierosy szkodzą płucom i jak źle ze mną będzie, gdy nabawię się raka właśnie tych organów. Miałam to w dupie. Jak na mój gust mogłam umrzeć jakieś 2-3 tygodnie temu, gdy przyłapałam swojego chłopaka w łóżku z inną panienką. Słyszałam jak James coś za mną woła, ale postanowiłam to zignorować. Z niewiadomych przyczyn zezłościłam się na niego i postanowiłam zabrać z jego mieszkania wszystkie moje rzeczy. Być może podziękuję mu nawet za goszczenie mnie przez tak długi czas. Co z tego, że miałam własne mieszkanie skoro musiałabym w nim żyć sama? W mieszkaniu Jamesa był przynajmniej on, a był on moim przyjacielem, więc czułam się przy okazji bardzo komfortowo. Szłam zamyślona przez małe zaplecze, gdy wpadłam na coś twardego. Z roztargnieniem rozejrzałam się wokoło, żeby stwierdzić, że weszłam w drabinę, na której stał Joe. Chłopak zachwiał się niebezpiecznie, ale na szczęście przytrzymał się dobrze usytuowanej półki i po chwili żelastwo już się nie chwiało.
-Chciałaś mnie zabić? - zapytał przez śmiech, zeskakując z dwóch ostatnich stopni drabiny.
-Przepraszam. Zamyśliłam się, a ty postawiłeś ją akurat w takim miejscu, że nawet normalnie nie zwróciłabym uwagi na to, czy coś tu stoi - przyznałam, pokazując dłonią miejsce, w której stała żelazna winowajczyni.
Joe spojrzał na mnie, nadal rozbawiony.
-To w takim razie moja wina i to ja przepraszam - odwrócił się z zamiarem ponownego wejścia na drabinę, gdy minęłam go w milczeniu.
Chłopak postawił podniesioną wcześniej do góry nogę z powrotem na podłodze.
-Hej, Sky - złapał mnie za przedramię.
Spojrzałam na niego tępo. Człowieku, nie mam ochoty na jakieś rozmówki integracyjne.
-Chcesz może pogadać? - rękę, którą wcześniej przytrzymywał moje przedramię, podniósł do góry i przeczesał swoje gęste blond włosy. - Myślę, że jestem dobry w rozmowach.
-Dzięki za chęci, ale nic się nie dzieje - skłamałam.
Cholera, kogo ja próbowałam oszukać? Ostatnio paliłam jak nałogowiec, nie rwałam się do rozmowy i, o zgrozo, nawet do imprez, narkotyków oraz alkoholu. Gdy tydzień temu Niall i Demi zaproponowali mi wspólne wyjście na jakiś koncert to po prostu odmówiłam z obawy przed spotkaniem Liama. Joe wzruszył tylko ramionami, mruknął coś i wszedł z powrotem na drabinę, aby powrócić do wcześniejszej czynności. Ja natomiast wyszłam z zaplecza wprost przed jedną z kas. Obok drugiej stała Chloe i szybko przerzucała zakupy jednego z klientów. Spojrzała na mnie znacząco, jednak nie znalazłam w tym spojrzeniu normalnej w naszej relacji wrogości. Żwawym krokiem ruszyłam do pustej kasy, żeby zwolnić murzynkę z części obowiązków. Klienci przewijali się jeden za drugim, a ja nawet nie zwracałam na nich uwagi - jak zwykle. Zszokowałam się dopiero wtedy, gdy jedna z osób chwyciła mnie za nadgarstek. Jeszcze chwilę i będę musiała sobie przypomnieć lekcje karate, które pobierałam kilka lat temu, kiedy mieszkałam z rodzicami blisko Bronx'u. Podniosłam wzrok z zamiarem warknięcia kilku nieprzyjemnych słów, kiedy moim oczom ukazała się Demi.
-Demi, torujesz kolejkę - powiedziałam dość nieprzyjemnie, nie spuszczając wzroku z mojej przyjaciółki.
Dziewczyna pochyliła się nad blatem i położyła przede mną jakiś mały przedmiot, który, doskonale wiedziałam, był tylko pretekstem, żeby tu podejść, a nie być przepchniętym przez tłum ludzi. Mała bransoletka w panterowy wzór połyskiwała w sztucznym świetle sklepu. Nabiłam co trzeba na kasę i spojrzałam na przyjaciółkę w oczekiwaniu na zapłatę.
-Sky, wróć do domu, proszę.
-Dwadzieścia cztery dolary do zapłaty - wygłosiłam fachowym tonem.
Zapakowałam biżuterię do małej torebki z napisem River Island.
-Przestań robić cyrki. Po prostu wróć do domu - dopiero teraz Demi odchyliła się od blatu, nad którym chwilę wcześniej praktycznie się przewieszała.
-Zrozum, Dems, że nic tam po mnie póki co. Wrócę jak Des wróci - szepnęłam z mocą i odesłałam przyjaciółkę w stronę drzwi, gdy zauważyłam, że reszta klientów się niecierpliwi.
Spoglądałam za Lovato, która szła w stronę szklanych drzwi, kołysząc biodrami. Byłam pewna, że jest na siebie wściekła za to, że poniosła porażkę.
*
W połowie każdego miesiąca pracownicy River Island mogli wybierać sobie jedną rzecz z najnowszej kolekcji, którą później dołączali do swojej garderoby. Siedziałam na kanapie tuż koło Chloe, która bawiła się swoimi kruczoczarnymi włosami, nawijając je na palec, to znów je rozczesując. Szczerzyła się przy tym przeokropnie do Joe. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że murzynka tak robiła względem każdego. No, przynajmniej każdego za kim przepadałam i ja. Kilka dni temu przyłapałam ją na rozmowie z Samanthą i dowiedziałam się tego, że nadal jej zależy tylko na Jamesie, ale będzie podrywać Joe, ponieważ chłopak się o mnie pytał. Boże, czy ona naprawdę była taka głupia czy tylko udawała? Szybciej bym zrozumiała, gdyby robiła mi wyrzuty o Jamesa, szczególnie teraz, gdy z nim mieszkałam. Ale o Joe? Każda osoba w tym sklepie wiedziała, że z tym chłopakiem łączyły mnie jedynie czysto koleżeńskie stosunki i wspólna praca. Fakt, że czasem ze sobą rozmawialiśmy nie oznaczał jeszcze, że za parę lat staniemy razem na ślubnym kobiercu. Tok myślenia Chloe zdawał się być niezrozumiały i przesiąknięty czystą głupotą. Wspominałam już kiedyś, że przez tę dziewczynę staję się rasistką?
-Skylar, teraz twoja kolej - Joe potrącił moje ramię, a ja wychwyciłam szybkie spojrzenie Jamesa, który nadal bał się do mnie odzywać.
-Wszystko mi jedno. Mogą być te kolczyki - wzięłam jakiekolwiek ze stojaka, ponieważ ostatnio było mi jakoś wszystko jedno jak wyglądam.
Sama przyszłam tego dnia do pracy ubrana w dresy, więc czego oni ode mnie wymagali? Spojrzenie Chloe zasugerowało mi, że jej wybór nigdy by nie padł na tak pospolite, kosztujące w dodatku jedyne szesnaście dolarów kolczyki, ale miałam jej opinię gdzieś. Szczerze mówiąc? Miałam ochotę ją pobić, ale darowałam sobie. Bijatyka w pracy nie skończyłaby się najlepiej i dla niej i dla mnie. Poza tym, nawet się cieszyłam wizją samotnego powrotu do domu. Będę mogła się w spokoju spakować i wynieść z mieszkania Jamesa, tak jak planowałam. Jedyny powód do wściekania się był taki, że nie pożyczyłam samochodu od Jace'a, więc musiałam tłuc się metrem, ale było mi wszystko jedno. Nie miałam znowu aż tak dużo stacji do przejechania. Będę musiała jedynie znieść smród bezdomnych ludzi, wrzaski małych dzieci, głupie odzywki ludzi z biedniejszych dzielnic i obłapiające mnie wszędzie dłonie starych biznesmenów. Oni robili to zawsze każdej młodej dziewczynie, która pojawiła się w tym samym wagonie. Tak, to rzeczywiście nie była zła wizja. Była tragiczna. Westchnęłam z ulgą, gdy wszyscy wybrali po jednej rzeczy dla siebie i rozeszli się w swoje strony. Joe i James musieli zostać dłużej, żeby rzucić na wszystko okiem i rozłożyć towar na kolejny dzień. Samantha dorwała swoją różową torebeczkę i pognała w stronę szklanych sklepowych drzwi. Jakim cudem ona dostała pracę w sklepie z modną odzieżą? Była ubrana w krótką jeansową spódniczkę, białą bluzeczkę na ramiączka i buty na wysokim obcasie i platformie. Nie byłoby to jeszcze takie złe, gdyby buty nie były wściekle różowe, a kolejnymi dodatkami nie były również różowa torebka wielkości puzderka (jednak nadal na długim ramiączku, bo po co komu torebka bez ucha?) i tania, złota biżuteria. Blond włosy miała związane w koński ogon, ale były tak przetłuszczone, że widziałam to przez cały dzień z drugiego końca sklepu. Oczy podkreśliła niebieskim cieniem do powiek. Jednym słowem - królowa kiczu i brzydoty. Mimo wszystko Samantha i tak była w hierarchii moich ulubionych współpracowników znacznie wyżej niż Chloe, która była zniewalająco piękną, ciemnoskórą dziewczyną. Blondynka była inteligentna, pomocna, a czasem nawet zabawna i suma summarum to z nią chętniej się spędzało czas niż z zarozumiałą, głupią i wyciągającą pochopne wnioski Chloe. Wstałam z kanapy i skierowałam się w stronę drzwi.
-Do jutra, Sky - usłyszałam za sobą niski głos.
W pierwszej chwili podskoczyłam, pewna, że to Harry, ale po chwili sobie przypomniałam, że przecież on i Destiny są gdzieś daleko od Nowego Jorku. Poza tym, w głosie nie było ani nuty sarkazmu. To nie mógł być Pan Zły. Odwróciłam się, żeby ujrzeć przed sobą wesołą twarz Joe. Po co on co chwilę coś do mnie mówił?
-Cześć, Joe - mimo wszystko starałam się ukryć zirytowanie w moim głosie.
-Jakbyś kiedyś chciała pogadać to wiesz, gdzie uderzać - przypomniał tak, jakbym miała okazję o tym zapomnieć.
-Jasne - przytaknęłam i wyszłam czym prędzej na chłodne powietrze.
Był dopiero 15 września, a i tak wiał lekki wiaterek, który zdawał się wbijać w skórę pod postacią miliona małych, lodowych szpilek. Miałam szczęście, że najbliższa stacja metra znajdowała się zaledwie przecznicę od River Island, w którym pracowałam. Przyspieszyłam kroku, żeby nieco się rozgrzać i oplotłam się szczelnie rękoma. Był wieczór, a Nowy Jork i tak zdawał się nie usypiać. W ulicznym zgiełku było coś pocieszającego o tak później porze. Normalnie, gdybym mieszkała w innym mieście, pewnie bałabym się wyjść na ulicę. Nie żeby Nowy Jork był bezpieczny, ale na pewno można było się poczuć w nim trochę raźniej niż gdzie indziej. Do stacji metra doszłam w dziesięć minut, a na samo metro też nie musiałam długo czekać. Tłum ludzi przepychał się w tę i z powrotem. Jedni wchodzili do wagonów, inni je opuszczali, a jeszcze inni próbowali upchnąć resztę, gdy sami ledwo mieścili się w przedziałach. Poszłam w ich ślady i już po chwili przepychałam się między spoconymi ludźmi. Byłam tak bardzo przyzwyczajona do jazdy własnym samochodem, że prawie zwymiotowałam pod nogi jakiejś starszej pani, gdy usytuowałam się w końcu obok muzułmańskiego kupca i jakiejś murzynki, która najwidoczniej myślała, że jest niesamowicie utalentowaną wróżką. Z każdego kawałka jej ciała zwisały jakieś łańcuszki i kolczyki. Na szczęście musiałam to znosić tylko przez pięć stacji. Wyjście z podziemi wychodziło na wprost wieżowca Jamesa, znajdującego się w Queens. Przeszłam przez ulicę, nie zmierzając wcześniej do przejścia. Kto normalny szukał przejścia ulicznego w Nowym Jorku? Chyba tylko turyści. Mieszkańcy przechodzili jak kaczki, lawirując między hamującymi samochodami. Wjechałam windą na szesnaste piętro i czym prędzej otworzyłam drzwi od mieszkania Jamesa. Nie było sensu tutaj dalej siedzieć. Musiałam znaleźć sobie nowe lokum. Być może poproszę Jace'a o nocleg, albo po ludzku wrócę do domu rodzinnego? Jeszcze nie wiedziałam co zrobię, ale pewne było to, że nie mogę dłużej nadużywać gościnności kumpla z pracy. Chwyciłam z szafy w przedsionku przyniesioną dwa tygodnie wcześniej torbę i ruszyłam do salonu w poszukiwaniu małej szafki, którą James zwolnił na moje potrzeby. Gdy ją odnalazłam, zaczęłam wyrzucać w pośpiechu całą jej zawartość. Nagle usłyszałam klucze, przekręcające się w drzwiach. O nie...
-Co ty robisz? - mruknął James zupełnie tak, jakby takie akcje były w naszej relacji na porządku dziennym.
Rzucił klucze na wysepkę w kuchni.
-Wyprowadzam się. Przecież obiecałam - odwróciłam się w jego stronę, ale tylko na chwilę.
Przeszłam do łazienki i zaczęłam z jednej z półek zgarniać wszystko po kolei do mojej torby. Moje pakowanie przerwał jednak gwałtowny ruch. James złapał mnie za ręce i odwrócił przodem do siebie. Ręce jednak po kilku sekundach puścił. Spojrzałam się na niego beznamiętnie, ale po chwili odwróciłam wzrok.
-Zapytałem co robisz, do cholery? - ile razy można mu odpowiadać na to pytanie?
Nie był zły na to, że stroję fochy, ale na to, że się wyprowadzam. Nie chciał znów zostać sam w wielkim mieście.
-Próbuję naprawić swoje życie, a ty mi w tym nie możesz pomóc, James - pierwsze łzy pociekły z kącików moich oczu.
James złapał mnie za dłoń. Uniosłam na niego swój wzrok i zauważyłam, że mimo tej głupiej sceny, przyjaciel nadal się do mnie uśmiecha. Gdy nie przestałam mimo wszystko płakać, blondyn przyciągnął mnie do siebie i objął mnie. Odwzajemniłam jego uścisk, oplatając go w biodrach i wtulając głowę w miękki materiał ciemnego podkoszulka, idealnie opinającego jego wysportowane ciało.
-Powiedz co mogę zrobić, a postaram się pomóc, obiecuję - wyszeptał do mojego ucha.
Dzięki Bogu, za takiego przyjaciela.
-Po prostu tu zostań, Sky. Nie chcę zostawać sam - poprosił, nie puszczając mnie.
Pokiwałam głową w milczeniu, z nadzieją, że zrozumie mój gest. Nie wiem jak długo staliśmy objęci w toalecie Jamesa.