~Destiny~
16.09.2013 r.
Dochodziła piąta rano, gdy Harry zaparkował samochód koło stacji benzynowej. Słońce dopiero wschodziło, barwiąc niebo na różne odcienie różu i czerwieni. Napawałam się chwilę tym widokiem, wreszcie znajdując coś pięknego w życiu. Coś, co choć na chwilę pozwoliło myśleć o czym innym niż UCIECZKA. Słowo ucieczka i bezpieczeństwo były dla mnie tak drażniące, że Harry dostał oficjalny zakaz wypowiadania ich. Choć zakaz ten nie był za bardzo potrzebny, gdyż przez całą siedemnastogodzinną podróż prawie nie rozmawialiśmy. Pomijając lakoniczne odpowiedzi. Nie miałam właściwie pojęcia gdzie jesteśmy tym razem. Wahałam się między Tennessee, a Kentucky, wnioskując po piaszczystych terenach po obu stronach autostrady. Było też zdecydowanie cieplej. Mimo klimatyzacji czułam, że mój szary t-shirt jest przepocony. W samochodzie pachniało mieszanką kawy i taniego dezodorantu. Zaczynało mi się kręcić w głowie od tego zapachu.
- Chcesz coś zjeść zanim dojedziemy do Louisville ? - Chłopak zajrzał prze okno, po tym jak zatankował samochód.
Pokiwałam głową, w duchu przybijając sobie piątkę za świetną znajomość geografii. Louisville przecież było w Kentucky. Harry wzruszył ramionami i poszedł zapłacić za paliwo. W zasadzie nie miałam powodów, by się na niego złości. Sama zdecydowałam się na ucieczkę, możliwe, że przez resztę mojego życia, ale trochę minie za nim przyzwyczaję się do ciągłej jazdy. I do braku Sky i Demi. Na nich zależało mi chyba najbardziej. Zastanawiałam się czasami, co one robią w tym czasie. Pewnie Skylar spędza najlepsze chwilę swojego życia u boku Liama, a Demi z pełną mocą planuje ślub. Może chodzą do salonu sukien ślubnych. Znając życie, dobrze się bawią. Zawsze dobrze się bawiłyśmy we trzy. Moje rozmyślenia przerwał Harry, który wparował do samochodu, napychając sobie buzię hot-dogiem, w drugiej ręce dzierżąc jakiś napój energetyczny. Wyglądał, jakby nie jadł od tygodnia, w rzeczywistości minęło tylko kilka godzin od ostatniego posiłku. Odwróciłam od niego wzrok, bo widok człowieka jedzącego w tym smrodzie po prostu mnie obrzydzał. Harry jeszcze chwilę spożywał mega tłusty posiłek, po czym z sykiem otworzył puszkę.
- Możesz się pospieszyć ? - spytałam zirytowana.
W czasie, gdy ścigał nas jeden z najniebezpieczniejszych gangsterów w Nowym Jorku, on postanowił sobie urządzić piknik.
- Spokojnie, skarbie - zaśmiał się, odkładając napój. Zaraz potem przekręcił kluczyk w stacyjce. - Złość piękności szkodzi. - Szturchnął mnie zaczepnie łokciem.
Już miałam odpowiadać mu kuksańcem, ale w ostateczności stwierdziłam, że to no i tak nie przyniosłoby większych efektów.
- Śmierć też. - Przygryzłam wargę i wpatrzyłam się w widok zza szybą.
Z daleka widać było metropolię Louisville. Nigdy wcześniej tutaj nie byłam, mówiąc szczerze. W ogóle rzadko kiedy ruszałam się poza Nowy Jork. Uśmiech Harry'ego zbladł, a sam chłopak nagle spochmurniał. Potrafiłam zepsuć humor nie tylko sobie.
- Nie umrzesz. - stwierdził, jednak jego ton kazał mi myśleć, że nie jest zbyt pewny siebie. - Kocham cię.
- To mnie nie ocali. - burknęłam.
Wiem, że w tym momencie nie byłam najmilszą osobą, ale zmęczenie dawało się we znaki. To musiało być zmęczenie, bo całkowicie zignorowałam jego wyznanie miłości.
- Ale ja cię ocalę. - zerknął na mnie, a potem wbił wzrok w jezdnie.
*
Minęły dwie godziny nim znaleźliśmy się w samym centrum Louisville. Z trudem poruszaliśmy się po zakorkowanym mieście. Zważając na to, że było kilka minut po ósmej, a większość osób spieszyła do pracy, główna ulica była prawie nieprzejezdna. Oczywiście Harry znał jakieś skróty i poruszał się z taką łatwością, jakby mieszkał tutaj od dawna. Naprawdę, już nie miałam ochoty zastanawiać się skąd on to wszystko wiedział, kiedy był tutaj ostatni raz i tego typu podobne. Pewnie na koniec i tak zbyłby mnie jakimś słabym tekstem. Jak robił to niezmiennie od kilkunastu godzin. Zupełnie przestałam się tym przejmować, gdy samochód zatrzymał się pod wieżowcem, całkowicie ignorując znak informujący o zakazie. Przewróciłam oczami. Nie zdziwiłabym się, gdyby z policją też miał układy. Chłopak wyskoczył z auta i go okrążył, następnie otwierając moje drzwi. Zignorowałam jego przyjacielsko wyciągniętą rękę i wyszłam bez pomocy. Miałam gdzieś te uprzejmości. Ruszyłam za Harry'm, który w błyskawicznym tempie pokonywał odległość między chodnikiem, a wejściem do budynku. Na moje dwa kroki przypadał jego jeden, więc musiałam nieźle przebierać nogami, by nie zostać w tyle. Pan Zły przywitał się z ochroniarzem po imieniu i skierował się do wind. Jak zwykle, nie zostałam uraczona żadnymi wyjaśnieniami gdzie jesteśmy i co właściwie robimy. Szłam z naburmuszoną miną, trzymając ręce ciasno przy tułowiu i maskując powstałe plamy potu. Tutaj było naprawdę strasznie gorąco. W metalowym pudle, które miało zawieść nas na wyższe piętro nie było nikogo. Pewnie panowałaby przeszywająca cisza, gdyby nie denna piosenka, puszczana w kółko i męcząca pewnie większość mieszkańców. Przejrzałam się w lustrze, ale zaraz potem odwróciłam wzrok udając, że wcale nie było takiego incydentu. Wyglądałam, jak siedem nieszczęść z potarganymi włosami, przepoconym podkoszulku i z podkrążonymi oczami. Przez chwilę zrobiło mi się głupio, że w ogóle pokazuje się Harry'emu w takim stanie, ale on zdawał się zupełnie nie zwracać na mnie uwagi. Nawet, jakbym wyglądała, niczym jeden z aniołków Victoria's Secret. Typowy dźwięk oznajmił nam, że już jesteśmy na upragnionym piętrze. Wygramoliłam się za chłopakiem, ledwo powłócząc nogami. Prawdę mówiąc, byłam cholernie głodna, ale nie miałam ochoty na śmieciowe jedzenie ze stacji benzynowej. W końcu doszliśmy do pokoju numer 505, z metalową tabliczką na drzwiach. Do tej pory nie zwracałam szczególnej uwagi na otoczenie w jakim się znajduje, ale było to zupełne przeciwieństwo motelu w Newport. Tutaj wszystko, od framug, przez ramy luster, aż do klamek było wykonane ze złota. Ewentualnie czegoś szlachetnego. Czułam, że nie pasuje do tego otoczenia. Harry zapukał, po czym szybko opuścił rękę wzdłuż tułowia. Po serii stuknięć i dziwnych odgłosów po drugiej stronie wreszcie otworzyła nam niska blondynka, z warkoczem zawiązanym na jednym ramieniu.
- Leah, zajmij się Des. Idę porozmawiać z Dany'm.- Chłopak wręcz wepchnął mnie do pokoju i w błyskawicznym tempie odszedł w drugą stronę.
Nawet nie zdążyłam się spytać kim właściwie jest Dany i ile czasu tutaj spędzimy. Przełknęłam głośno ślinę, gdy wcześniej wspomniana dziewczyna zamknęła drzwi i odwróciła się do mnie. Ciaśniej opatuliła się szlafrokiem w kwiatowy wzór i uśmiechnęła się szeroko. Mogła mieć najwyżej dwadzieścia lat.
- To ty jesteś ta Destiny. - powiedziała, przypatrując mi się uważnie.
Już miałam zwrócić jej uwagę, że to niegrzeczne tak mierzyć swojego rozmówcę wzrokiem, ale w ostateczności zrezygnowałam z tego pomysłu.
- Co oznacza 'ta' Destiny ? - spytałam, zakładając ręce na klatce piersiowej.
Starałam się, aby mój wzrok wyrażał zastanowienie, pomieszane z wyższością. Jednak Leah po prostu wzruszyła ramionami i podeszła do dużej, białej komody z pozłacanymi rączkami. Wyjęła ręcznik i podała mi go.
- Harry często o tobie opowiada. - wyznała. Od razu nasunęło mi się pytanie, kiedy ona ostatni raz rozmawiała z Harry'm i dlaczego właściwie chłopak nic mi nie mówi o swoich przyjaźniach międzystanowych.- Masz szczęście. Przyjaźnie się z Harrym od dawien dawna i uwierz mi, że to naprawdę dobry chłopak. Choć zdarza mu się czasem przeholować - opowiadała, wpychając w moje ręce coraz to nowe kosmetyki i ubrania, których pewnie miałam użyć. - Zawsze twierdził, że znajdzie dziewczynę, która będzie tylko jego. Że on ją sobie wybierze. - nawijała dalej, choć nawet ją o to nie poprosiłam.
W zasadzie mogłaby skończyć już po pierwszym zdaniu, bo no i tak reszta opowieści mnie nie interesowała. Mogłam się spodziewać, że Harry od zawsze był egoistycznym dupkiem, który traktował dziewczyny, jak przedmioty, które można mieć na własność. Mimo wszystko przytakiwałam głową, nie chcąc wyjść na niemiłą. Rzadko kiedy ktoś tak się otwiera prze nieznajomymi.
- I to ja zawsze chciałam nią być. - skończyła wreszcie, a ja jakbym oprzytomniałam. Spojrzałam się na nią zdziwiona, nie wiedząc właściwie, jak brzmiała wcześniejsza część jej wypowiedzi. Odpuściłam sobie pytanie ją o to, gdy odezwała się po krótkiej chwili milczenia. - Tu jest łazienka. Możesz wziąć prysznic i takie tam, bo jemu no i tak pewnie trochę zejdzie.
Pokiwałam ze zrozumieniem głową, ignorując to co robi w tym momencie ten zachłanny pajac. Zamknęłam się za białymi drzwiami i mało co nie padłam z wrażenia na widok ogromnej toalety, gdzie blaty były z marmuru, a prysznic był tak wielki, że spokojnie mogłabym w nim tańczyć. Przez chwilę przeszło mi przez myśl, że z kranu leci płynne złoto, ale szybko pokręciłam głową, odganiając tą głupią myśl. Zdjęłam z siebie przepocone rzeczy i rzuciłam w kąt pomieszczenia. Szybko załatwiłam czynności związane z myciem zębów i zmywaniem makijażu, gdyż Leah dostarczyła mi naprawdę wszystkich potrzebnych środków. Na koniec wzięłam prysznic, napawając się wonią kwiatowego żelu. Czułam, że moje ciało się relaksuje, przez co i ja byłam w lepszym nastroju. Na koniec wcisnęłam na siebie piżamę, z trochę za krótkimi nogawkami. Przeczuwałam, że była to własność dziewczyny, którą właśnie mi pożyczyła. Wiedziałam również, że wyglądał, jak idiotka lub dziecko, które wyrosło już ze swojego stroju. Wyszłam z toalety, a moją skórę przeszedł dreszcz. Leah właśnie w tym momencie postanowiła przewietrzyć sypialnie. Jednak widząc moją reakcje, szybko wyskoczyła z łóżka, rzucając na szafkę nocną magazyn o modzie i zamknęła okno.
- Przepraszam. Lubię przebywać w wywietrzonym pokoju. - wyjaśniła, uśmiechając się szeroko.
Mimo tego, że była dopiero dziewiąta rano, byłam tak zmęczona, że nie byłam w stanie odwzajemnić jej gestów. Po prostu z utęsknieniem wpatrywałam się w łóżko, które wyglądało na niezwykle wygodne, zaściełane białą narzutą i kilkunastoma poduszkami w odcieniach beżu, złota i bieli. Nie spałam dobrze chyba od miesiąca. Dziewczyna, jakby widząc mój wzrok, który tylko błagał o chwilę snu, zrzuciła narzutę z łóżka i złożyła ją starannie na fotelu.
- Jest do twojej dyspozycji. - powiedziała, zgaszając lampkę nocną, która z niewiadomych przyczyn się paliła. - Jakbyś czegoś potrzebowała, będę w pokoju obok. - wyjaśniła i opuściła sypialnie.
Byłam jej za to niezmiernie wdzięczna.
Minęły dwie godziny nim znaleźliśmy się w samym centrum Louisville. Z trudem poruszaliśmy się po zakorkowanym mieście. Zważając na to, że było kilka minut po ósmej, a większość osób spieszyła do pracy, główna ulica była prawie nieprzejezdna. Oczywiście Harry znał jakieś skróty i poruszał się z taką łatwością, jakby mieszkał tutaj od dawna. Naprawdę, już nie miałam ochoty zastanawiać się skąd on to wszystko wiedział, kiedy był tutaj ostatni raz i tego typu podobne. Pewnie na koniec i tak zbyłby mnie jakimś słabym tekstem. Jak robił to niezmiennie od kilkunastu godzin. Zupełnie przestałam się tym przejmować, gdy samochód zatrzymał się pod wieżowcem, całkowicie ignorując znak informujący o zakazie. Przewróciłam oczami. Nie zdziwiłabym się, gdyby z policją też miał układy. Chłopak wyskoczył z auta i go okrążył, następnie otwierając moje drzwi. Zignorowałam jego przyjacielsko wyciągniętą rękę i wyszłam bez pomocy. Miałam gdzieś te uprzejmości. Ruszyłam za Harry'm, który w błyskawicznym tempie pokonywał odległość między chodnikiem, a wejściem do budynku. Na moje dwa kroki przypadał jego jeden, więc musiałam nieźle przebierać nogami, by nie zostać w tyle. Pan Zły przywitał się z ochroniarzem po imieniu i skierował się do wind. Jak zwykle, nie zostałam uraczona żadnymi wyjaśnieniami gdzie jesteśmy i co właściwie robimy. Szłam z naburmuszoną miną, trzymając ręce ciasno przy tułowiu i maskując powstałe plamy potu. Tutaj było naprawdę strasznie gorąco. W metalowym pudle, które miało zawieść nas na wyższe piętro nie było nikogo. Pewnie panowałaby przeszywająca cisza, gdyby nie denna piosenka, puszczana w kółko i męcząca pewnie większość mieszkańców. Przejrzałam się w lustrze, ale zaraz potem odwróciłam wzrok udając, że wcale nie było takiego incydentu. Wyglądałam, jak siedem nieszczęść z potarganymi włosami, przepoconym podkoszulku i z podkrążonymi oczami. Przez chwilę zrobiło mi się głupio, że w ogóle pokazuje się Harry'emu w takim stanie, ale on zdawał się zupełnie nie zwracać na mnie uwagi. Nawet, jakbym wyglądała, niczym jeden z aniołków Victoria's Secret. Typowy dźwięk oznajmił nam, że już jesteśmy na upragnionym piętrze. Wygramoliłam się za chłopakiem, ledwo powłócząc nogami. Prawdę mówiąc, byłam cholernie głodna, ale nie miałam ochoty na śmieciowe jedzenie ze stacji benzynowej. W końcu doszliśmy do pokoju numer 505, z metalową tabliczką na drzwiach. Do tej pory nie zwracałam szczególnej uwagi na otoczenie w jakim się znajduje, ale było to zupełne przeciwieństwo motelu w Newport. Tutaj wszystko, od framug, przez ramy luster, aż do klamek było wykonane ze złota. Ewentualnie czegoś szlachetnego. Czułam, że nie pasuje do tego otoczenia. Harry zapukał, po czym szybko opuścił rękę wzdłuż tułowia. Po serii stuknięć i dziwnych odgłosów po drugiej stronie wreszcie otworzyła nam niska blondynka, z warkoczem zawiązanym na jednym ramieniu.
- Leah, zajmij się Des. Idę porozmawiać z Dany'm.- Chłopak wręcz wepchnął mnie do pokoju i w błyskawicznym tempie odszedł w drugą stronę.
Nawet nie zdążyłam się spytać kim właściwie jest Dany i ile czasu tutaj spędzimy. Przełknęłam głośno ślinę, gdy wcześniej wspomniana dziewczyna zamknęła drzwi i odwróciła się do mnie. Ciaśniej opatuliła się szlafrokiem w kwiatowy wzór i uśmiechnęła się szeroko. Mogła mieć najwyżej dwadzieścia lat.
- To ty jesteś ta Destiny. - powiedziała, przypatrując mi się uważnie.
Już miałam zwrócić jej uwagę, że to niegrzeczne tak mierzyć swojego rozmówcę wzrokiem, ale w ostateczności zrezygnowałam z tego pomysłu.
- Co oznacza 'ta' Destiny ? - spytałam, zakładając ręce na klatce piersiowej.
Starałam się, aby mój wzrok wyrażał zastanowienie, pomieszane z wyższością. Jednak Leah po prostu wzruszyła ramionami i podeszła do dużej, białej komody z pozłacanymi rączkami. Wyjęła ręcznik i podała mi go.
- Harry często o tobie opowiada. - wyznała. Od razu nasunęło mi się pytanie, kiedy ona ostatni raz rozmawiała z Harry'm i dlaczego właściwie chłopak nic mi nie mówi o swoich przyjaźniach międzystanowych.- Masz szczęście. Przyjaźnie się z Harrym od dawien dawna i uwierz mi, że to naprawdę dobry chłopak. Choć zdarza mu się czasem przeholować - opowiadała, wpychając w moje ręce coraz to nowe kosmetyki i ubrania, których pewnie miałam użyć. - Zawsze twierdził, że znajdzie dziewczynę, która będzie tylko jego. Że on ją sobie wybierze. - nawijała dalej, choć nawet ją o to nie poprosiłam.
W zasadzie mogłaby skończyć już po pierwszym zdaniu, bo no i tak reszta opowieści mnie nie interesowała. Mogłam się spodziewać, że Harry od zawsze był egoistycznym dupkiem, który traktował dziewczyny, jak przedmioty, które można mieć na własność. Mimo wszystko przytakiwałam głową, nie chcąc wyjść na niemiłą. Rzadko kiedy ktoś tak się otwiera prze nieznajomymi.
- I to ja zawsze chciałam nią być. - skończyła wreszcie, a ja jakbym oprzytomniałam. Spojrzałam się na nią zdziwiona, nie wiedząc właściwie, jak brzmiała wcześniejsza część jej wypowiedzi. Odpuściłam sobie pytanie ją o to, gdy odezwała się po krótkiej chwili milczenia. - Tu jest łazienka. Możesz wziąć prysznic i takie tam, bo jemu no i tak pewnie trochę zejdzie.
Pokiwałam ze zrozumieniem głową, ignorując to co robi w tym momencie ten zachłanny pajac. Zamknęłam się za białymi drzwiami i mało co nie padłam z wrażenia na widok ogromnej toalety, gdzie blaty były z marmuru, a prysznic był tak wielki, że spokojnie mogłabym w nim tańczyć. Przez chwilę przeszło mi przez myśl, że z kranu leci płynne złoto, ale szybko pokręciłam głową, odganiając tą głupią myśl. Zdjęłam z siebie przepocone rzeczy i rzuciłam w kąt pomieszczenia. Szybko załatwiłam czynności związane z myciem zębów i zmywaniem makijażu, gdyż Leah dostarczyła mi naprawdę wszystkich potrzebnych środków. Na koniec wzięłam prysznic, napawając się wonią kwiatowego żelu. Czułam, że moje ciało się relaksuje, przez co i ja byłam w lepszym nastroju. Na koniec wcisnęłam na siebie piżamę, z trochę za krótkimi nogawkami. Przeczuwałam, że była to własność dziewczyny, którą właśnie mi pożyczyła. Wiedziałam również, że wyglądał, jak idiotka lub dziecko, które wyrosło już ze swojego stroju. Wyszłam z toalety, a moją skórę przeszedł dreszcz. Leah właśnie w tym momencie postanowiła przewietrzyć sypialnie. Jednak widząc moją reakcje, szybko wyskoczyła z łóżka, rzucając na szafkę nocną magazyn o modzie i zamknęła okno.
- Przepraszam. Lubię przebywać w wywietrzonym pokoju. - wyjaśniła, uśmiechając się szeroko.
Mimo tego, że była dopiero dziewiąta rano, byłam tak zmęczona, że nie byłam w stanie odwzajemnić jej gestów. Po prostu z utęsknieniem wpatrywałam się w łóżko, które wyglądało na niezwykle wygodne, zaściełane białą narzutą i kilkunastoma poduszkami w odcieniach beżu, złota i bieli. Nie spałam dobrze chyba od miesiąca. Dziewczyna, jakby widząc mój wzrok, który tylko błagał o chwilę snu, zrzuciła narzutę z łóżka i złożyła ją starannie na fotelu.
- Jest do twojej dyspozycji. - powiedziała, zgaszając lampkę nocną, która z niewiadomych przyczyn się paliła. - Jakbyś czegoś potrzebowała, będę w pokoju obok. - wyjaśniła i opuściła sypialnie.
Byłam jej za to niezmiernie wdzięczna.
~Harry~
Oparłem się o blat, patrząc z wyrzutem na Dany'ego. Byłem cholernie zmęczony, a rozmowa z tym pieprzonym idiotom wcale mi nie pomagała. Mężczyzna w skórzanej kurtce i przetartych dżinsach, z kucykiem związanym na karku, zbliżający się do czterdziestki, mierzył mnie uważnie wzrokiem.
- Ja rozumiem, Styles. Ty zawsze byłeś zdrowo pierdolnięty, ale żeby wciągać w to dziewczynę. - warknął, z hiszpańskim akcentem.
Wzruszyłem ramionami, uznając, że to będzie lepsze niż nawrzucanie mu od najgorszych. Tym bardziej, że dzisiaj wyjątkowo działał mi na nerwy.
- A co miałem zrobić ? Zostawić ją w Nowym Jorku ? - spytałem, zamaszyście gestykulując rękami.
Spojrzał się na mnie, jak na dziecko, które nic nie rozumie. Bardzo nie lubiłem tego wzroku.
- Najlepiej by było, gdybyś nigdy się z nią nie wiązał. Jeśli się w kimś zakochasz, to musisz brać za niego odpowiedzialność, stary. Romans z nią był twoim błędem. Miłość była twoim błędem. - stwierdził rzeczowym tonem, pocierając swoją szorstką brodę.
- A co z tobą i twoją córką ? Kochasz Leah i też zrobiłbyś dla niej wszystko.
Dany wyglądał, jakby poważnie analizował w głowie to co mu powiedziałem. Miałem nadzieje, że coś dojdzie do tego starego, pustego łba i pozwoli nam tutaj zostać. Przynajmniej na kilka nocy.
- Wracając do tematu, możesz tutaj zostać, ale jak cokolwiek stanie się Leah'i to osobiście sprzedam cię Quincey'owi. - zagroził, wskazując na mnie oskarżycielsko palcem.
Nareszcie. Miałem dość tej dyskusji i w ogóle kontaktu z ludźmi. Potrzebowałem tylko Destiny i tylko ona się dla mnie teraz liczyła. A raczej to czy jest bezpieczna. Kurwa, tak bardzo nie chciałem doprowadzać mojego życia do takiego stanu, a to właśnie zrobiłem. Rzuciłem krótkie 'Na razie' Dany'owi i wróciłem do pokoju, w którym zostawiłem Des. W środku było ciemno, co było spowodowane głównie zasłoniętymi roletami. Dziewczyna spałam na małżeńskim łóżku, oddychając miarowo. Ściągnąłem z siebie spodnie i przerzuciłem koszulkę przez głowę. Nie dbałem o to, gdzie zostawiłem swoje ubrania. Najdelikatniej, jak umiałem wszedłem pod kołdrę i opatuliłem drobne ciało Destiny ramionami, zamykając ją w szczelnym uścisku. Zadrżała.
- Jesteś tylko moja.